Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Pokazać Polskę

Polskie kino dokumentalne ze względu na brak silnego wsparcia instytucjonalnego i finansowego musi bardzo uważać, by komuś nie podpaść i ma słabsze niż w krajach zachodnich możliwości dystrybucji

Polskie kino dokumentalne ze względu na brak silnego wsparcia instytucjonalnego i finansowego musi bardzo uważać, by komuś nie podpaść i ma słabsze niż w krajach zachodnich możliwości dystrybucji

Polski film dokumentalny: zwierciadło, które chadza po gościńcu kolejnych dekad transformacji? Czy może zahukany i lekceważony świadek przemian – naszej obyczajowości, kultury, społeczno-gospodarczych procesów, emigracji zarobkowej, konfliktów politycznych i ideowych, wielkich i małych wydarzeń – na których osnute są dzieje? Kino dokumentalne, choć powoli wraca do łask widzów, to wciąż jest ubogim krewnym fabuły. Dzieje się tak także dlatego, że jego twórcy borykają się z banalnymi i typowo polskimi problemami. Za wielością procedur, których wymaga państwo jako mecenas, rzadko idą odpowiednie środki finansowe. Brakuje rzeczywiście dużego wsparcia ze strony prywatnego, polskiego kapitału, a w dodatku strach przed ewentualnym przegranym procesem powoduje, że dokumentaliści unikają w Polsce naprawdę trudnych tematów.

Otwarte oko dokumentalistów

Jakie właściwie skojarzenia budzi w nas „polskie kino dokumentalne”? Gdy wspominałem znajomym, że będę o tym pisał, z reguły pytano o dawne obrazy Krzysztofa Kieślowskiego, głośną „Arizonę” Ewy Borzęckiej, filmy dokumentalne Marii Dłużewskiej, opowiadające o tragedii smoleńskiej i historiach rodzin smoleńskich. Ci zaś, którzy trochę lepiej znają moją publicystykę pytali, czy znów wracam do losów filmu dokumentalnego „Errata do biografii: Władysław Broniewski”, autorstwa Macieja Gawlikowskiego, czy może będę pisał o „Obywatelu poecie” Jerzego Zalewskiego albo o filmie „Solidarność według kobiet” Piotra Śliwowskiego i Marty Dzido. Odpowiadałem, że chciałbym uświadomić czytelnikom, że istnieją takie polskie filmy dokumentalne jak opowieść o bezrobotnym Wałbrzychu, czyli „Wszyscy jesteśmy z węgla” Tomasza Wiszniewskiego, kino polityczne o stanie wojennym, czyli „Mundial. Gra o wszystko” Michała Bielawskiego. Obraz o polskiej emigracji zarobkowej, czyli „Bar na Wiktorii” Leszka Dawida, urocza historia o prowincjonalnym klubie piłkarskim: „Biało-czerwoni z Chrząstawy” Krystiana Kamińskiego, również opowieść kręcona przez wiele lat na podmoskiewskim śmietniku, czyli „Nadejdą lepsze czasy” Hanny Polak. Albo takie obrazy jak oniryczna „Sieniawka” Marcina Malaszczaka, film, który opowiada dzieje terenów po PGR-owskich, „kresów zachodnich” z perspektywy… pacjentów szpitala psychiatrycznego.

Przy okazji uświadomiłem sobie, że oko kamery polskich dokumentalistów, lub związanych z Polską, jest bardzo szeroko otwarte, choć ogromna większość z nich nie ma szans na tak duże wsparcie finansowe/instytucjonalne ze strony państwa/biznesu, jak ich zachodni koledzy i koleżanki. Gdy niedawno przeprowadzałem kolejny duży wywiad (ukaże się drukiem jesienią 2016 roku) ze Śliwowskim i Dzido, to wciąż pojawiał się tam znamienny motyw: mało pieniędzy, dużo biurokracji, mnóstwo nie do końca jasnych reguł gry w dochodzeniu do finansowania produkcji, solidna dawka grantozy i niestety mało prywatnych mecenasów, którzy chcieliby wesprzeć kapitał kulturowy kapitałem ekonomicznym. I oczywiście crowdfunding: jako próba zaradzenia brakowi wsparcia. Przecież to wszystko znamy też z innych rejonów rodzimej rzeczywistości.

Polskie kino dokumentalne, wielka polityka i neokolonialna transformacja stanowią temat rzekę. Raz na kilka lat przeprowadzam wywiady z Arturem Liebhartem, twórcą i dyrektorem Millennium Docs Against Gravity Film Festival (dawniej Planete+ Doc Film Festival), szefem firmy dystrybucyjnej Against Gravity oraz projektu edukacyjnego opartego na filmie dokumentalnym, czyli Akademii Dokumentalnej. Liebhart bierze udział w pracach gremium Cinema Eye Honors, które wybiera najlepsze filmy dokumentalne świata. Kilka lat temu mówił tak: „polscy dokumentaliści lat 80. i 90. stracili strasznie dużo tematów. Nie powstał film dokumentalny o Kwaśniewskim. Nie powstał dokument o Lepperze. Nie powstał choćby duży, kręcony cztery, pięć lat film o Stadionie Dziesięciolecia, w którym można by pokazać nową klasę ekonomiczną w Polsce, która od łóżek polowych przez szczęki weszła do większego biznesu. To mogły być filmy, do których pokolenia by nawiązywały”.

Niewarte wyższej sztuki?

Gdy zapytałem go rok temu, czy coś się zmieniło na lepsze, odpowiedział: „Moim zdaniem nic się nie zmieniło. Doszły za to kolejne tematy. Można by nakręcić interesujący film dokumentalny pod tytułem »Polskie drogi«, którego bohaterem mógłby być mały podwykonawca jednej z polskich dróg ekspresowych czy autostrad, jego życie, praca, bankructwo. To się aż prosi o pokazanie”. Niestety, wiele wskazuje na to, że w samoświadomości społecznej przegapiliśmy „płynność transformacji”, jej procesualny charakter, który sprawił, że polski trzydziestolatek z 1996 roku jest kimś zupełnie innym niż trzydziestolatek z roku 2016. Liebhart, który filmy dokumentalne, polskie i zagraniczne, ogląda zawodowo, stanowczo stwierdza, że nie pamięta żadnego porządnego filmu dokumentalnego o polskich przemianach ekonomicznych: „Mówię o solidnym filmie, zrobionym nie z dystansu i na podstawie materiału archiwalnego, ale wtedy nakręconym. (…) Dokumentaliści nie chcieli o tym mówić – zwyciężyło przekonanie, że to jest niewarte wyższej sztuki”.

Co ważne, w tamtych, dość zamierzchłych już latach, około 70 proc. pieniędzy na filmy dokumentalne dawała Telewizja Polska: „trzeba było odbyć ścieżkę czeladnictwa, to znaczy najpierw zrobić kilka reportaży na zlecenie TVP, być grzecznym i posłusznym, żeby ewentualnie później zdobyć pieniądze na film dokumentalny”. Ponadto polscy dokumentaliści nie robili pełnometrażowych filmów dokumentalnych, a jedynie krótkometrażowe, na potrzeby tej czy innej telewizji – dobrze to dziś widać choćby na przykładzie wczesnych filmów dokumentalnych Macieja Gawlikowskiego, poświęconych m.in. dawnym pracownikom PRL-owskiego aparatu represji.

Mało pieniędzy, dużo biurokracji, mnóstwo nie do końca jasnych reguł gry w dochodzeniu do finansowania produkcji. Solidna dawka grantozy i niestety mało prywatnych mecenasów, którzy chcieliby wesprzeć kapitał kulturowy kapitałem ekonomicznym

Niewykluczone jednak, że najistotniejszym wydarzeniem, które zablokowało na lata bardziej wnikliwe zaglądanie pod podszewkę nie do końca jasnych aspektów rodzimej transformacji, były losy filmu dokumentalnego „Witajcie w życiu”, w reżyserii Henryka Dederki, nazywanego „pierwszym półkownikiem” III Rzeczpospolitej. Tak, właśnie „półkownikiem”: w III RP istnieje kolekcja filmów dokumentalnych skazanych na archiwalne półki, ze względu na procesy lub możliwość procesów albo brak woli ich pokazywania. Przełamaniem tego schematu było ogłoszenie kilka miesięcy temu przez nowego szefa TVP Historia Piotra Gursztyna – co uczestnicy mediów społecznościowych na ogół przyjęli brawami – że jego kanał zacznie emitować takie obrazy jak poświęcony Wojciechowi Jaruzelskiemu „Towarzysz generał” w reżyserii Grzegorza Brauna i Roberta Kaczmarka. Przypomnijmy, że kilka lat wcześniej Telewizja Polska zablokowała wykorzystanie tego filmu.

Film Dederki powstał w 1997 roku, ale od tamtego czasu jego rozpowszechnianie nie było możliwe z powodu wyroków sądowych. Firma Amway, o której Dederko rzecz nakręcił, przez lata skutecznie blokowała projekcje za pomocą kolejnych procesów. Dopiero po osiemnastoletniej „odysei sądowej” polski wymiar sprawiedliwości orzekł prawomocnie, że producent filmu „Witajcie w życiu” nie musi przepraszać Amwaya za nieprawdziwe dane o podziale jego dochodów. W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Dederko wypowiedział o swoim filmie i jego bohaterach mocne zdania, za które jednak nikt już nie podał go do sądu: „To nie opowieść o królu, ale o dworzanach będących pierwszymi ofiarami systemu, który promują. Chciałbym, żeby ludziom, których sportretowałem przed 15 laty, wiodło się jak najlepiej, ale mam złe przeczucia. Ich korporacja poza sprzedażą środków piorących zajmuje się produkowaniem liderów nowego świata i porządku. Są wśród nich prawnicy i policjanci, sędziowie Trybunału Konstytucyjnego. Stanowią przykład dla wciąganych do biznesu. Często werbuje się ludzi z trudem wiążących koniec z końcem. A ci za ostatnie pieniądze kupują materiały edukacyjne, kalkulatory, eleganckie teczki. Innym opowiadają o kwotach, o których sami tylko słyszeli”.

Reżyser stwierdzał, że Amway zrobił mu przysługę – darmową reklamę filmu, rozpowszechnianego pirackimi metodami najpierw na kasetach VHS, a znacznie później w Internecie. Ma prawo do nuty słodyczy w tej historii. Jednak bliżej gorzkiej prawdy jest Liebhart, wedle którego sądowe perypetie Dederki były jasnym sygnałem dla dokumentalistów, by „nie czepiali się” tych drażliwych aspektów transformacji, w których znaczącą rolę odgrywał wielki biznes i różne ważne, powiązane z nim postaci życia publicznego. To nie była jego zdaniem typowa cenzura polityczna czy też tematyczna: „To jest wprost cenzura cywilna, która uruchamia w twórcach cenzurę wewnętrzną: nie będę się wychylał, mam rodzinę, chorą matkę, lepiej robić »fajne filmy«”.

Przemilczeć lub stygmatyzować

W tym kontekście przestaje dziwić, że najważniejszym filmem dokumentalnym o przemianach na polskiej prowincji, na zapomnianej wsi przez długie lata była „Arizona” Borzęckiej. Tytuł oznacza butelkę taniego winopodobnego napitku, sprzedawanego w po PGR-owskich geesach w latach 90. XX w. Bezpieczniej było opowiadać historie ludzi przegranych, pokazanych w dodatku przez pryzmat ich realnych i wyimaginowanych przewin. Przecież największym ich błędem było to, że nie pasowali do nowej rzeczywistości, że najbezpieczniej było ich przemilczeć albo stygmatyzować. Borzęcka nie chciała źle – sfilmowała to, co samo rzucało się w oczy. Bieda przecież dzieje się na widoku, gdy wielkie pieniądze chronią ludzi żonglujących potężnymi kapitałami i wpływami. Stąd niemal niemożliwe było filmowe udokumentowanie powstawania wielkich i mniejszych fortun, procesów i postaci tworzących po PRL-owską redystrybucję majątku. Czy nie byłyby ciekawe losy ludzi, którzy zostawali właścicielami po PGR-owskich latyfundiów? Czy nie byłyby ciekawe filmy dokumentalne, opowiadające historie, które pokazał prof. Jacek Tittenbrun w książce „Z deszczu pod rynnę. Meandry polskiej prywatyzacji”? Niestety, tego wszystkiego nie dałoby się pokazać bez retuszu.

Na marginesie, kilkanaście dni temu w kinie „Muranów” miała miejsce premiera debiutanckiego filmu dokumentalnego grupy TV Kryzys o warszawskiej reprywatyzacji. „Syrena to strajk” to opowieść o losach kamienicy z ulicy Wilczej w Warszawie, przekazanej w ręce deweloperów, a przejętej przez anarchistyczną komunę mieszkaniową. Czy kiedyś powstanie film dokumentalny o spaleniu Jolanty Brzeskiej? Albo – z nieco innej bajki – o polskiej warstwie „frankowiczów”, którzy dużą część swojego życia mają wpisaną w plan kredytowy?

Owszem, po wielu latach podjęto próbę zbiorczego ukazania polskiej transformacji, dotykając nawet wpływów tajnych służb PRL na jej przebieg. Kilka lat temu Andrzej Horubała i Wojciech Klata nakręcili pięcioodcinkowy film dokumentalny „System 09”. W obszernym wywiadzie Horubała tak opowiadał mi o tym projekcie: „pokazywaliśmy słabe punkty świątecznej opowieści o dwudziestoleciu wyborów do Sejmu kontraktowego. Mogliśmy pokazać różnych »oszołomów«, których historie stanowiły dowód, że w tej zadekretowanej, odgórnej narracji coś nie gra. Naszym głównym celem nie było niszczenie i kontestowanie, lecz ukazanie »miękkiego podbrzusza« rzeczywistości. Sądzę, że to się udało, gdy była mowa o ofiarach transformacji, roli tajnych służb w jej przebiegu, o zakulisowych rozgrywkach”. Po pokazie pierwszego z odcinków TVP próbowała zawiesić emisję kolejnych, ale to się nie udało. Pokazano zatem całość… I schowano na półkę. Dopiero całkiem niedawno serię ponownie wyemitowała TVP Kultura, już pod rządami Mateusza Matyszkowicza.

W III RP istnieje kolekcja filmów dokumentalnych skazanych na archiwalne półki ze względu na procesy,  możliwość procesów albo brak woli ich pokazywania

Owszem, istnieją polskie filmy dokumentalne, które pokazują polską współczesność głębiej niż migawkowe wiadomości w głównych wydaniach programów informacyjnych różnych stacji. I nie myślę jedynie o „Nocnej zmianie” Jacka Kurskiego i Michała Balcerzaka, który jest politycznym filmem dokumentalnym o największej sile oddziaływania na wyobrażenia społeczne w czasach III RP. Jeżeli jednak ktoś chciał przed laty zobaczyć obraz rodzimej emigracji zarobkowej, inny niż ten z propagandowych plakatów władzy i mediów, czyli z radosnym hydraulikiem, to mógł obejrzeć „Bar na Wiktorii”. Jeśli ktoś chciał zobaczyć, jak wygląda zdezindustrializowany Wałbrzych, pełen nagle bezrobotnych górników, przemienionych w biedaszybników, to mógł obejrzeć „Wszyscy jesteśmy z węgla”. Jeżeli dziś ktoś chciałby zobaczyć refleksyjną i ciepłą historię o lokalnej drużynie piłkarskiej z głębokiej prowincji, która wciąż przegrywa mecze, to szczerze polecam „Biało-czerwonych z Chrząstawy”.

Istnieje to, co opisane

Polskie kino dokumentalne jest wartościowe, jego twórcy mają zmysł obserwacji i umiejętność, by pokazać widzom świat. Łączą pasję z profesjonalizmem. Jego problem polega na czymś innym: jest znacznie uboższe od kina zachodniego. Ze względu na brak silnego wsparcia instytucjonalnego oraz finansowego musi bardzo uważać, by komuś nie podpaść. Ma też słabsze niż w krajach zachodnich możliwości dystrybucji. Telewizja publiczna, co zdumiewa, przez dekady III RP nie dorobiła się własnego kanału w rodzaju TVP Dokument, choć od wielu już lat filmy dokumentalne (owszem, przede wszystkim za sprawą wielkich, zagranicznych sław) przeżywają swój renesans wśród widzów. Mamy w dodatku twórców rozpoznawalnych na świecie i przyjmowanych w branży z nadzieją. Warto wspomnieć choćby o Michale Malczaku, który kilka lat temu w bazie wojskowej na Syberii nakręcił film „Koniec Rosji”. Trzeba także raz jeszcze przywołać film „Nadejdą lepsze czasy” Hanny Polak. Autorka przedstawiła historię bezdomnej matki i córki, historię dojrzewania i macierzyństwa tej drugiej: pośród ton śmieci, rozpaczy i nadziei.

Istnieje to, co opisane: pełnometrażowe kino dokumentalne stanowi świetne narzędzie analizy rzeczywistości, jej naświetlenia, inicjowania debaty publicznej. Równocześnie dobre kino dokumentalne wymaga od widza/konsumenta pewnej cierpliwości, empatii, zgody na cudzy punkt widzenia, kultury oglądania. To problem, bo dla rosnącej liczby odbiorców „przekaz dokumentalny” to dziś kręcony z ręki, albo „z kija”, film z aparatu cyfrowego. Szybki i bezrefleksyjny zapis mocnych wrażeń. Tym bardziej warto promować i oglądać rodzime kino dokumentalne – to naprawdę dobry kawałek historii, złapanej w przeróżnych, czasem wstydliwych pozach.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz