Pielęgniarkom nie chodzi tylko o kasę

Aktualności,

Niezależnie od tego kto rządzi mamy do czynienia z pogłębiającą się z roku na rok zapaścią w branży białych czepków, która wzmacnia strukturalny rozpad służby zdrowia.

Pogłębiający się kryzys pielęgniarstwa w Polsce jest jednym z najlepszych na to dowodów, że jako wspólnota polityczna mamy problem z budowaniem cywilizowanego państwa. Niezależnie od tego kto rządzi, politycy i administratorzy służby zdrowia sprawiają wrażenie kompletnie niezdolnych do zrozumienia, że mamy do czynienia z pogłębiającą się z roku na rok zapaścią w branży białych czepków, która wzmacnia strukturalny rozpad służby zdrowia. Jeżeli gdzieś z całą ostrością kumulują się wszystkie negatywne czynniki rodzimej transformacji (która nie była jedynie procesem dotyczącym wyprzedaży fabryk, zakończonym gdzieś pod koniec lat 90. XX w.), kompletnie nie rozpoznane jako zagrożenia przeobrażenia państwa i jego agend, niebezpieczne dla losów całej wspólnoty przemiany wyobrażeń społecznych, to właśnie w tej sferze, która dotyczy najważniejszego dobra, z jakim w ogóle można pracować – ludzkiego życia.

Pani Premier, to nie jest zdrowy system – wszyscy jesteśmy chorzy od antycywilizacyjnego niedowładu, jesteśmy chorzy z nieumiejętności uczynienia własnego państwa sprawnym, dobrym i bezpiecznym dla obywateli.

W naszej służbie zdrowia jedynie lekarzom stworzono – jak na rodzime warunki – dobre warunki finansowe wykonywania zawodu. Pielęgniarki, pielęgniarze, położne oraz liczni pracownicy medyczni (np. kierowcy karetek) od lat doświadczają na własnej skórze takich patologii jak marne zarobki, coraz dłuższy czas pracy i rosnąca liczba obowiązków, liczne formy uśmieciowienia i outsourcingu warunków pracy. Nikomu to na dobrą sprawę znacząco nie przeszkadza, ponieważ świetnie wpasowuje się w logikę i mentalność dekad realnego liberalizmu. Więcej nawet – w środowisku pielęgniarskim również istnieje głęboki konflikt między zwolenniczkami pracy kontraktowej i tymi pielęgniarkami, które zwracają uwagę, że tego typu formy zatrudnienia (finansowe niekiedy lepsze, ale też znacznie bardziej wyczerpujące) stwarzają rozliczne zagrożenia dla życia pacjenta.

Niezależnie od tego, kto rządzi Polską,  w służbie zdrowia od dawna panuje chore status quo. Gdy Platforma Obywatelska nic nie robiła w tej sprawie, 4 czerwca 2015 roku obecna premier Beata Szydło stwierdzała, że „polskie pielęgniarki muszą strajkować, żeby osiągnąć to, co im się należy. To nie jest zdrowy system”. Ale dziś dowiadujemy się od ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła, że „pielęgniarkom chodzi tylko o kasę”. Zaiste, Pani Premier, to nie jest zdrowy system – wszyscy jesteśmy chorzy od antycywilizacyjnego niedowładu, jesteśmy chorzy z nieumiejętności uczynienia własnego państwa sprawnym, dobrym i bezpiecznym dla obywateli.

Nie, pielęgniarki nie są pazerne na kasę. Owszem, mają prawo do godziwych zarobków i często w ich poszukiwaniu zarobkowo migrują za granicę. No ale to przecież polska norma. Przede wszystkim rzecz w tym, że polskie pielęgniarki są coraz starsze i jest ich coraz mniej. Ale kogo to obchodzi? Klasę polityczną – nie bardzo. Może polskich publicystów, łącznie z tymi arcypatriotycznymi? Cóż, większość naszych publicystów potrafi tokować o trzeciorzędnych sprawach i (tak, mam na tym punkcie lekką obsesję) perorować o wspaniałościach liberalizmu gospodarczego. Ale tak naprawdę polska klasa publicystyczna i polskie dziennikarstwo bardzo mało rozumie z architektury państwa, choruje na antyetatyzm – podobnie zresztą jak duża część polskiej klasy urzędniczej, która momentami sprawia wrażenie jakby nienawidziła samej siebie.

Oczywiście, w Polsce jest wcale liczne grono osób, które uważają, że wystarczy odciąć „chory socjalizm” w jego różnych wariantach i kolejnym grupom zawodowym będzie już tylko lepiej. Jak mówiła mi w wywiadzie udzielonym „Nowemu Obywatelowi” wieloletnia pielęgniarka Małgorzata Aulejtner, dyrektorzy często zmuszają pielęgniarki do pracy kontraktowej. – Wzywa się pojedyncze osoby i mówi: „albo przejdzie pani na samozatrudnienie, albo dostanie wypowiedzenie”. Dziewczyny stawiane są pod ścianą. Z obawy przed utratą pracy otwierają działalność gospodarczą. A to prowadzi do wspomnianej już pracy w wielu placówkach, w ciągłym pośpiechu i nakładającym się zmęczeniu – mówiła Aulejtner. I jeśli ktoś myśli, że to „tylko” kwestia braku etatu, to powiem mu, że często kontrakty skonstruowane są na niekorzyść pielęgniarek. „W przypadku umowy cywilnoprawnej normą są klauzule, że pielęgniarka musi znaleźć kogoś na swoje miejsce, gdy chce wziąć urlop. Czasem mniej doświadczone pielęgniarki nie wiedzą też, ile mają żądać za podstawową godzinę pracy. Albo w umowie jest zapis, że po roku można… zmniejszyć stawkę godzinową, na przykład z 35 zł na 25 zł. Obecnie słyszałam nie tylko o zmniejszeniu stawki godzinowej do 17 zł, ale również o obniżeniu czasu pracy do ¼ etatu”. Tak wygląda praca kontraktowych pielęgniarek w praktyce.

Najgorsze jest to, że nic się nie zmieni. Systemowe problemy są nudne jak ten tekst. Jeśli nie zmieni się sposób myślenia ludzi, ewentualne zmiany pójdą jedynie w jednym kierunku: jeszcze więcej prawego lumpenliberalizmu.