Piąta kolumna Ankary

Aktualności,

Niemcy obawiają się wielkiego poparcia dla R. T. Erdogana wśród mieszkających w RFN Turków. Potencjalnego wewnętrznego wroga wyhodowali sobie sami.

„To my jesteśmy Niemcami” – okrzyki wznoszone przez mieszkających w RFN Turków podczas manifestacji poparcia dla Reccepa Tayyipa Erdogana w minioną niedzielę zabrzmiały jak groźba. Ponad 30 tys. osób zebrało się w Kolonii – nie pod czarno-czerwono-złotą banderą, ale tureckimi flagami z półksiężycem. Doszło do przepychanek z policją. Transmisji na żywo przemówienia tureckiego prezydenta zapobiegł w ostatniej chwili niemiecki Trybunał Konstytucyjny. W niemieckich mediach zapanowała konsternacja po fali pogróżek skierowanych do tych Turków, którzy odważyli się wypowiadać krytycznie o Erdoganie. W Gelsenkirchen w Zagłębiu Ruhry spotkanie młodych zwolenników Fethullaha Gülena zostało zaatakowane przez Szare Wilki, marzące o pantureckiej strefie od Bałkanów po Sinciang. Było słychać okrzyki „zdrajcy!” i „Allahu akbar!”.

To, że Erdogan jest w stanie wzniecać niepokoje w Niemczech jest przy tym winą wyłącznie Niemców

W Niemczech rośnie napięcie między tureckimi nacjonalistami, a sympatykami kurdyjskiej PKK i innymi przeciwnikami władz w Ankarze. Wewnątrzturecki spór przeniósł się na niemieckie ulice, a Berlin nie wie jak sobie z tym poradzić. Niemców przeraża przy tym nie tyle to, ilu Turków wychodzi na ulicę, by poprzeć Erdogana, tylko to, ilu nie wychodzi, by bronić demokracji w Turcji oraz kraju, który ich przyjął i którego obywatelstwo posiadają. Bo to, że Niemcy skreślili Erdogana od chwili czystek po puczu z listy – parafrazując byłego kanclerza Gerharda Schrödera – „kryształowych demokratów”, nie podlega dyskusji. Nie ulega też kwestii, że większość Niemców uważała, iż Turcy są dobrze zintegrowani ze społeczeństwem. Przebudzenie okazało się bolesne. Pojawił się strach przed „piątą kolumną” Ankary, łatwą do zmobilizowania i posiadającą spory potencjał destabilizacyjny. W Niemczech żyje ok. 1,5 mln Turków oraz kolejne 2 mln Niemców o pochodzeniu tureckim. W ubiegłorocznych wyborach do tureckiego parlamentu głosowało ok. 570 tys. z nich – 60 proc. poparło właśnie narodowo-islamską partię AKP Erdogana. Nie ma w tym nic dziwnego. Większość tureckich gastarbeiterów w Niemczech pochodzi z Anatolii, tak jak turecki prezydent. Po wojskowym zamachu stanu w 1980 r. w Turcji wielu mieszkańców tego ubogiego regionu przeniosło się z wiosek do miast i stało się przeciwwagą dla zlaicyzowanych miejskich elit. Kiedyś zwolennicy laicyzacji patrzyli z góry na muzułmanki w chustach, którym co najwyżej wolno było sprzątać toalety w ich domach. To stanowczo zmieniło się za czasów Erdogana, dlatego cieszy się tak dużym poparciem.

To, że Erdogan jest w stanie wzniecać niepokoje w Niemczech jest przy tym winą wyłącznie Niemców. Turecki urząd ds. religii kontroluje ponad 800 meczetów w Niemczech, imamowie nie są szkoleni w Niemczech, tylko w Turcji. Płaci im tureckie państwo, czyli są de facto tureckimi urzędnikami na niemieckiej ziemi. Jest to osobliwe państwo w państwie, które wyrosło w samym sercu Niemiec wraz z kolejnymi minaretami i jest stale rozbudowywane. To imamowie Erdogana decydują czego uczą się tureckie dzieci na lekcjach religii w szkołach. Fanatyczni zwolennicy AKP znajdują się także na najwyższych szczeblach politycznej drabiny. W niedzielę, tuż po demonstracji w Kolonii, pojawił się list zaniepokojonych członków chadecji w którym ostrzegali przed „przeciwnikami demokracji w partii”. Chodziło im o Betül Ulusoy, wojowniczkę na rzecz chust islamskich oraz członkinię młodzieżówki CDU, która po puczu publicznie domagała się linczu na przeciwnikach Erdogana. Problem dotyczy jednak nie tylko CDU. Organizator demonstracji w Kolonii to wieloletni członek SPD. Obie partie przez lata starały się zdobyć muzułmanów jako członków, chadecy celowali przy tym w konserwatywnych Turków, którzy popierają AKP. Wierni utopii wielokulturowości nie domagali się przy tym od nich dowodów lojalności ani asymilacji. W ten sposób wyhodowali sobie potencjalnego wewnętrznego wroga.

To jednak tylko jedna z odsłon tureckiego problemu Berlina. Drugim jest ciągły szantaż odkręcenia kurka z imigrantami, jeśli Ankara nie dostanie tego czego chce, czyli liberalizacji wizowej. Na członkostwo w Unii Turcy już dawno przestali liczyć. Na kwestii wiz da się jednak sporo ugrać, w końcu warunkiem dla ich zniesienia nie była wzorowa demokracja w Turcji tylko spełnienie umowy z UE. A z niej Erdogan się wywiązał. Jest to dla Berlina bardzo niekomfortowa sytuacja, bowiem jeśli wizy zostaną zniesione, Niemcy może zalać fala Turków i Kurdów, a jeśli nie, to maleńka Grecja załamie się pod ciężarem napływu uchodźców. By pokazać, że nie żartuje, turecki prezydent już wycofał swoich żołnierzy z granicy z Grecją i w ciągu kilku dni liczba imigrantów napływających na greckie wyspy się potroiła. W odpowiedzi wicekanclerz Niemiec zagroził Turcji wycofaniem Bundeswehry z bazy NATO w Incirlik. Ta osobliwa gra z szantaży i ultimatów nie może trwać jednak wiecznie. A Niemcy są pragmatyczni.

Turków wewnątrz kraju się już nie pozbędą, więc znajdą sposób na pogodzenie się z Ankarą. Niemcy mają świadomość, że Erdogan dokonuje obecnie pewnego zwrotu geopolitycznego przy jednoczesnej konsolidacji swoich wpływów wewnętrznych. Z perspektywy Zachodu wygląda to brutalnie, ale Europa potrzebuje Turcji, a islam Erdogana jest o wiele bardziej umiarkowany niż to, co można zobaczyć nieco dalej na Bliskim Wschodzie. Nie jest miło być przedmiotem szantażu, ale czasami alternatywa jest jeszcze gorsza.