Państwo prawa kruszeje w zgiełku

Aktualności,

PiS forsuje, wbrew przedwyborczym i powyborczym zapowiedziom, wylanie dziecka z kąpielą: kastowy system zastąpić chce podporządkowaniem demokratycznej władzy i ręcznym sterowaniem

Przedłożony przez PiS pakiet zmian w sądownictwie jest co do zasady szalenie niebezpieczny: antyrepublikański, antyinstytucjonalny, podważający niezależność trzeciej władzy, w wielu miejscach co najmniej wątpliwy konstytucyjnie. Wczorajsze zmiany nieco go zmiękczyły, nie zmieniając jednak istoty. Zamiana ręcznego sterowania składem Sądu Najwyższego przez ministra sprawiedliwości (w „okresie przejściowym”) na przekazanie kompetencji w tej materii Krajowej Radzie Sądownictwa, w połączeniu z wprowadzeniem zaproponowanej przez prezydenta większości 3/5 w wyborze „sędziowskiej” izby KRS – to kroki w dobrym kierunku. Nie są jednak zawróceniem z drogi podporządkowywania trzeciej władzy rządowi i parlamentarnej większości, co jest lekarstwem gorszym od choroby.

Jednocześnie część zmian jest wartościowa lub przynajmniej godna dyskusji. Powinniśmy toczyć właśnie racjonalną debatę nad poszczególnymi rozwiązaniami. Zamiast tego – znów każe nam się wybierać między rządową destrukcją instytucjonalną a niewiarygodną histerią opozycji.

Nie znaczy to, że w tej sprawie właściwy jest „symetryzm”. Stan sądownictwa jest zły i domaga się radykalnych reform, o czym w Nowej Konfederacji mówimy od lat. W clue swoich projektów PiS forsuje jednak, wbrew przedwyborczym i powyborczym zapowiedziom, wylanie dziecka z kąpielą: kastowy system niezawisłości czczonej jako wartość sama w sobie zastąpić chce podporządkowaniem demokratycznej władzy i ręcznym sterowaniem. To nie rozwiąże największych bolączek polskiego sądownictwa. Nie skróci postępowań, nie uczyni sędziów lepiej rozumiejącymi problemy ludzi, nie sprawi, że system stanie się tańszy i wydajniejszy. Umożliwi natomiast bardzo efektowne „granie pod publikę”: minister sprawiedliwości będzie mógł występować jako mąż opatrznościowy w głośnych medialnie przypadkach szczególnie gorszącego łamania standardów moralnych przez sędziów. Systemu to nie zmieni, pozwoli natomiast lepiej zarządzać emocjami.

Wbrew dominującej wśród opozycji narracji demokracja liberalna jeszcze w Polsce nie zginęła. Sądy wciąż wiele mogą, wolność słowa i zgromadzeń pozostaje w mocy, mamy pluralizm polityczny. Ale przeforsowanie antyreform Sądu Najwyższego, Krajowej Rady Sądownictwa i sądów powszechnych wstrząśnie podstawami państwa prawa, dając rządowi możliwość dyscyplinowania niepokornych prezesów sądów (odwoływanych odtąd swobodnie przez ministra sprawiedliwości), wymuszania konformizmu politycznego (poprzez upartyjnienie KRS). Szczególnie niepokojący jest precedens podporządkowania obozowi rządzącemu SN, instytucji stwierdzającej ważność i nieważność wyborów. Stąd już tylko krok do autorytaryzmu.

Ziobro już w latach 2005-2007 wyhodował sobie szereg prokuratorów podzielających jego wizje i z nim wiążących swoje kariery. Teraz to samo, tyle że na większą skalę, zrobi z sędziami. On buduje swoje imperium

Nie podzielam wprawdzie poglądu o „końcu demokracji” także dlatego, że nie wierzę, aby PiS był organizacyjnie zdolny do sfałszowania wyborów. Co więcej, będąc w konflikcie ze środowiskami prawniczymi, wciąż mającymi dużą autonomię i możliwości oddziaływania, partia rządząca nie zdoła ich w ciągu kilku lat zwasalizować. Warto pamiętać, że KRS nominuje rocznie ok. 500 sędziów, zaledwie 5 proc. całej ich społeczności. Każdy cieszy się silnym immunitetem, a masową, partyjną preselekcję pośród aplikantów doprawdy trudno sobie wyobrazić.

Tym niemniej pojawi się silna presja na partyjną dyspozycyjność. Nie trzeba specjalnie bujnej wyobraźni, żeby pojąć, że w rękach partii tradycyjnie sprzyjających korporacyjnemu samozadowoleniu, jak również tych bardziej od PiS antyrepublikańskich, które dziś nie istnieją lub są na marginesie, tworzone właśnie narzędzia mogą być jeszcze bardziej niebezpieczne niż w najśmielszych planach Jarosława Kaczyńskiego.

Czy kierownictwo Zjednoczonej Prawicy naprawdę sądzi, że będzie rządzić wiecznie? Trudno podejrzewać tak doświadczonych polityków o tak wybrakowaną wyobraźnię. Rację mieli Rafał Matyja czy Jan Rokita, już dawno podejrzewając PiS et consortes o zupełny antyinstytucjonalizm, niezdolność do zrozumienia, że oprócz lojalności kadr polityczne znaczenie mają też reguły, mechanizmy, organizacje.

Ale – pozwalam sobie na postawienie hipotezy – jest tu jeszcze jeden czynnik. To ambicje Zbigniewa Ziobry. Ten zręczny gracz już w latach 2005-2007 wyhodował sobie szereg prokuratorów podzielających jego wizje i z nim wiążących swoje kariery. Wielu z nich wytrwało w tych motywacjach podczas ośmiu długich lat Ziobry w opozycji. Teraz to samo, tyle że na większą skalę, zrobi minister z sędziami. On buduje swoje imperium.

Jarosław Kaczyński może się tym niepokoić, ale zarazem są mu te zmiany na rękę. Umożliwiają bowiem ogłoszenie pierwszego poważnego sukcesu w walce z „Układem” (jakkolwiek dziś zwanym), podkręcają polaryzację z niepopularną grupą po drugiej stronie, tworzą wrażenie miażdżącej skuteczności nieskutecznego co do zasady rządu.

Potrzebna jest mobilizacja ludzi zdrowego rozsądku. Nie mogą dawać się zaszczuć narzucaniem wyboru między PiS a anty-PiS, między rozwalaniem bezpieczników siekierą a prostym głosem na status quo ante

Główny nurt opozycji, krzyczący „koniec demokracji!” jest dziś bliżej prawdy niż kiedykolwiek. Problem w tym, że ci sami w dużej mierze ludzie ogłosili Kaczyńskiego „faszystą”, jeszcze gdy próbował przeprowadzić lustrację, a potem organizował antyrządowe marsze. Te same autorytety z życzliwym milczeniem lub wręcz poparciem przyglądały się majstrowaniu przez PO przy prawie o zgromadzeniach, gigantycznym nieprawidłowościom podczas ostatnich wyborów samorządowych (co nie znaczy: sfałszowaniu ich) czy zawłaszczeniu Trybunału Konstytucyjnego przez polityków dzisiejszej opozycji. Są więc nie tylko w dzisiejszym darciu szat niewiarygodni, ale wręcz za tę sytuację współodpowiedzialni. Zgodnie z dobrze znaną socjologom i psychologom zasadą naznaczania, im bardziej tak o nas mówią, tym bardziej tacy jesteśmy. Wieloletnie, obliczone oczywiście na marginalizację i radykalizację Kaczyńskiego, przypisywanie mu dyktatorskich zapędów okazało się w pewnej mierze samospełniającą się przepowiednią.

Może największy dramat obecnej sytuacji polega na tym, że owa „totalna” i histeryczna opozycja jest dziś jedyną siłą zdolną wyprowadzić ludzi na ulice w obronie praworządności, jakkolwiek rozumianej. Rozmawiam z popierającymi gruntowne reformy sądownictwa prawnikami z sektora prywatnego, dziś radykalnie przeciwnymi PiS-owskiej destrukcji instytucjonalnej. I słyszę, że fatalnie się czują w towarzystwie pokrzykującym „Kaczyński do wora…”, chcącym „żeby było tak jak było”. Nie da się też ot tak unieważnić dekad blokowania jakichkolwiek naruszeń dobrego samopoczucia sędziowskiego establishmentu, nawet gdy szło o ukrócenie pijaństwa i naruszeń kodeksu drogowego.

Z drugiej strony, forsowane przez rząd losowanie spraw czy wprowadzenie izby dyscyplinarnej w SN zasługują na pochwałę, a przynajmniej na dyskusję. Do tego jednak jego najsilniejsi przeciwnicy są niezdolni.

Potrzebna jest mobilizacja ludzi zdrowego rozsądku. Nie mogą dawać się zaszczuć narzucaniem wyboru między PiS a anty-PiS, między rozwalaniem bezpieczników siekierą a prostym głosem na status quo ante. Gdy niewiele można zrobić, należy przynajmniej ocalić resztki racjonalnej dyskusji publicznej, choćby z myślą o Polsce po tym, gdy obecna, dysfunkcjonalna i toksyczna polaryzacja, przeminie. Opór wobec niszczenia instytucji to jedno, rozumna refleksja i projektowanie – to drugie.

Gdyby głos rozsądku był silny, możliwy byłby nie tylko intelektualny, ale i polityczny kompromis, tak w sprawie sądownictwa potrzebny. Na przykład wokół forsowanej pierwotnie przez PiS demokratyzacji KRS. Czy wokół projektu prof. Rzeplińskiego z 2005 r., bardziej radykalnego w „odkorporacyjnieniu” sądów niż cokolwiek, co wydała z siebie partia Kaczyńskiego, ale w duchu wzmacniania, a nie psucia instytucji państwa prawa. Sędziowie SN mogliby być z kolei wybierani na przykład przez Sejm, ale wymuszającą szeroki, ponadpartyjny kompromis większością 2/3 głosów.

To jednak dziś rozważania rodem z „równoległego wszechświata”, w którym wciąż możliwa jest racjonalna rozmowa o Polsce. Oazy wolnej myśli trzeba jednak, na przekór wszystkiemu, wytrwale budować także w obecnych realiach.