Ostatnie polskie powstanie

„Solidarność Walcząca” była inną opozycją niż ta, której obraz znamy z propagandowego lukru uświetniającego rocznice takie jak 4 czerwca. Tu chodziło nie o „porozumienie”, lecz o „niepodległość”

„Solidarność Walcząca” była inną opozycją niż ta, której obraz znamy z propagandowego lukru uświetniającego rocznice takie jak 4 czerwca. Tu chodziło nie o „porozumienie”, lecz o „niepodległość”.

„Twierdza” Igora Jankego opowiada historię ostatniego czy też może najnowszego, prawdziwego polskiego powstania. Powstania jak poprzednie „za wolność waszą i naszą” (część oficjalnej przysięgi „Solidarności Walczącej”) i niestety jak poprzednie przegranego.

Nie dla finlandyzacji

„Solidarność Walcząca” była inną opozycją niż ta, której obraz znamy z propagandowego lukru uświetniającego rocznice takie jak 4 czerwca. Inną niż ta, o której czytamy w wywiadach przeprowadzanych przez dziennikarzy mainstreamowych mediów z Lechem Wałęsą i Henryką Krzywonos. Motyw, który powtarza się wciąż w wypowiedziach wszystkich rozmówców Igora Jankego, to nie „porozumienie”, lecz słowo „niepodległość”. Doskonale ujmuje tę różnicę Jadwiga Chmielowska, najdłużej ukrywająca się działaczka w historii opozycji:

„O co mi chodziło? Chciałam doprowadzić do pełnej niepodległości Polski i obalenia komunizmu. Pamiętam moje spotkanie z Adamem Michnikiem w Katowicach w 1981 r. Michnik objeżdżał wtedy MKZ-y. Przekonywał mnie do finlandyzacji, do walki o ludzką twarz systemu. Odpowiedziałam mu: »Ja nie chcę żadnej finlandyzacji ani komunizmu z ludzką twarzą Kuronia, ja chcę wolnej Polski bez komunizmu«”.

I o taką Polskę „SW” walczyła aktywnie jak mało kto. Przez organizację przewinęły się dwa tysiące działaczy, a wspierało ich 20 tys. sympatyków, darczyńców, ludzi dobrej woli. Drukowano dziesiątki tytułów. Za pomocą pasty Komfort i ręcznych powielaczy zaczerniano co miesiąc tony papieru. „SW” jako jedyna z dużych organizacji opozycyjnych miała też swój pion bojowo-dywersyjny. Kiedy zaś SB zaczęła działaczy opozycji wywozić do lasu i grozić im śmiercią, „SW” nie zawahała się podjąć akcji odwetowej. Doszło wtedy do słynnego podpalenia willi letniskowej gen. Błażejewskiego.

Najbardziej radykalną akcją było jednak wysadzenie w powietrze siedziby PZPR w Gdyni w odwecie za śmierć ks. Jerzego Popiełuszki. A największym dokonaniem dywersyjnym opracowanie prototypu pokątnie produkowanego karabinu maszynowego w Stoczni im. Komuny Paryskiej (Gdynia).

Starzy i młodzi

Nic dziwnego, że Kornel Morawiecki (słynny przywódca „SW”) miał opinię zagorzałego antykomunisty, który nigdy nie zgodzi się na okrągłostołowe negocjacje. Gdy Morawiecki w końcu wpadł, ugodowy solidarnościowy mainstream z Mazowieckim i Wałęsą na czele odwrócił się od niego, nie chciał interweniować, starać się o uwolnienie, demonstrować.

Zwolennicy ugody ze średniego pokolenia zderzyli się tutaj z radykalną powstańczą młodzieżą wspieraną przez strażników dawniejszych jeszcze tradycji. Nieraz już tak w polskiej historii bywało. W „SW” najaktywniejsi działacze byli bowiem kwiatem ówczesnej, młodej, wrocławskiej, trójmiejskiej i poznańskiej inteligencji. Zaskakująco wielu z nich zajmowało się np. badaniami nad rozwojem najnowszych technologii i naukami ścisłymi. Byli to doskonale zapowiadający się elektronicy, matematycy, fizycy. Zaś ze starszego pokolenia organizację zasilili byli akowcy, np. Zbigniew Lazarowicz czy też Roman Lipiński, słynny Żołnierz Wyklęty i działacz WiN.

Ten ostatni był dawniej bezwzględnym egzekutorem podziemia, a do lat 80. dożył tylko dlatego, że „oszczędnie gospodarował” swoimi zeznaniami. Co jakiś czas, kiedy prokuratorzy już mieli dowody i miał zapaść wyrok, Lipińskiemu przypominał się jeszcze jeden zakopany gdzieś pod lasem komunista. Dowody zbierano więc na nowo, pojawiała się zwłoka i tak aż do amnestii po śmierci Stalina. W strukturach wrocławskiej „SW” Lipiński stworzył później osobną komórkę bojową, to on zaplanował też podpalenie willi Błażejewskiego.

Legenda wrocławska

To swoją drogą zastanawiające i ciekawe, że ruch był tak silny we Wrocławiu, mieście złożonym z przesiedleńców, a już znacznie słabszy w osiadłym, mieszczańskim Poznaniu. Zdaje się to wręcz iść w poprzek tezy o zgubnym dla patriotyzmu wykorzenieniu z „Eseju o duszy polskiej” Ryszarda Legutki.

Zupełnie jakby Wrocław, którego ludność w dużym stopniu napłynęła z dawnych Kresów Rzeczypospolitej, z jednej strony kontynuował tradycję konfederatów barskich i obrońców Lwowa, a z drugiej chciał zbudować nową, własną legendę. Do tej właśnie legendy nawiązuje tytuł książki Igora Jankego. W latach 80. powstało bowiem już nie niemieckie „Festung Breslau”, ale nasza, polska „Twierdza”. Tak jakby miasto zasiedlone przez nowych ludzi domagało się nowego mitu tylko luźno nawiązującego do starszej warstwy pamięci historycznej. Czyż zresztą dziś pomajdanowy rewolucyjny, ukraiński Lwów także w podobny sposób nie próbuje zbudować nowej legendy na gruzach dawnego Lwowa polskiego?

„SW” w każdym razie dała Wrocławowi jego legendę. Wgryzła się w pamięć miasta jak sprej użyty przez Maksa Florczyka do wymalowania znaku „SW” na pamiętnym głazie (okazał się zbyt porowaty, by dało się napis zmyć) na placu dziś oficjalnie nazywanym już placem „Solidarności Walczącej”.

Ciekawe, czy np. Rafał Dutkiewicz, kiedy działała „SW”, spodziewał się, że kiedyś będzie wzywał MSW do surowości wobec „hołoty”, która w jego obecności ośmieliła się zakłócać wykład Zygmunta Baumana

Jednak pomimo ofiarności działaczy bezkompromisowy, wrogi wobec okrągłego stołu program „SW” poniósł klęskę. Zresztą jedną ze smutnych prawd, jaka wyłania się z materiałów zebranych przez Jankego, jest to, że już od 1986 r. (a może i wcześniej) wyżsi rangą funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa wiedzieli, iż upadek systemu jest nieuchronny, i sami kreowali nowe elity. Mówili o tym niemal otwarcie. Bardzo potrzebni byli im bowiem opozycyjni partnerzy, który zagwarantowaliby płynne przedzierżgnięcie się z mundurów w garnitury. Stąd dziwne zabawy w kotka i myszkę oraz brak zdecydowania przy rozbijaniu niektórych sektorów opozycji.

Dopiero kiedy okazało się, że „SW” nie będzie negocjować, służby postanowiły uderzyć w jej kierownictwo. Morawieckiego aresztowały, a potem zmusiły do wyjazdu, tak aby nie przeszkadzał. Potem spokojnie znalazły zaś sobie innych ludzi do prowadzenia rozmów.

Historia w takich przypadkach okazuje się gorzką ironistką. Michał Gabryel („SW”) chciał we wczesnych latach 80., podczas przesłuchania, zakpić z milicjantów i esbeków. Powiedział więc:

„– Wie pan, jak się zmieni system, będzie selekcja. Tajna policja też przecież będzie. My będziemy zatrudniać nie takich, co tłuką kamienie na drogach i o niczym nie mają pojęcia. Tylko fachowców. Fachowcy zostaną.

– Pan się wygłupia… – odpowiedział jeden z milicjantów”.

Gabryel też myślał, że się wygłupia, że manipuluje mało rozgarniętymi funkcjonariuszami. Okazało się, że doskonale przepowiadał przyszłość. Co gorsza, przyszłość, w której swój udział będą również mieli niektórzy działacze „SW”. Ciekawe, czy np. Rafał Dutkiewicz, kiedy działała „SW”, spodziewał się, że kiedyś będzie wzywał MSW do surowości wobec „hołoty”, która w jego obecności ośmieliła się zakłócać wykład Zygmunta Baumana.

Bicz na komunistów

Pomimo że „SW” nie osiągnęła swoich strategicznych celów, odegrała kluczową rolę w upadku PRL. To jej, a nie Jacka Kuronia władza się naprawdę bała; Janke przytacza zresztą słowa samych esbeków o tym fakcie świadczące. Rząd wiedział, że musi z kimś szybko ubić targu, bo młodsze pokolenie opozycjonistów, pokolenie ludzi takich jak Zbigniew Jagiełło i Roman Zwiercan do stołu już nie usiądzie. Kto zaś wie, na co pozwoliłaby sobie strona rządowa, gdyby nie czuła na plecach oddechu „SW”.

Dlatego właśnie warto jest opowiadać historię tej organizacji. Książka Igora Jankego jest zaś opowieścią wybitną. Zawiera więcej zaskakujących faktów niż niejedno opracowanie historyczne, a czyta się ją lepiej niż niejeden kryminał. Brakuje tylko skorowidza lub przypisów dla nieco młodszych czytelników i indeksu dla osób chcących łatwo cytować „Twierdzę” jako materiał źródłowy. W dopracowaniu tych detali Janke mógłby wziąć przykład z doskonałego pod tym względem „Przewodnika po IV Rzeczypospolitej” Jerzego Zalewskiego.

Nawet przy pewnych edytorskich niedociągnięciach czytelnik i tak dostaje do rąk kawał świetnej literatury faktu, która rzuca nowe światło na stosunkowo mało znany fragment naszej historii.

Igor Janke, „Twierdza. Solidarność Walcząca – podziemna armia”, Wielka Litera 2014

[wykres]

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 27 (39)/2014, 3–9 LIPCA, CENA: 0 ZŁ
Stały współpracownik Nowej Konfederacji, doktor nauk politycznych. Pracownik Uczelni Łazarskiego. Absolwent Louisiana State University, Ośrodka Studiów Amerykańskich UW oraz Instytutu Filologii Angielskiej UAM. Stypendysta Fundacji Fulbrighta, a także członek Philadelphia Society. Autor tekstów publicystycznych i naukowych z zakresu filozofii polityki oraz politologii porównawczej.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Ostatnie polskie powstanie”

  1. Wojciech Tomaszewski pisze:

    Interesujący tekst, tylko gdzie tu jest powstanie ?

  2. ms pisze:

    Wszystko pięknie, ale mi się wydaje, że od doktora nauk politycznych o ambicjach opiniotwórczych można chyba wymagać wyższego poziomu refleksji nt. omawianej książki. Na przykład odniesienia się do już postawionych jej zarzutów – chociażby tu: http://konfederat.pl/viewtopic.php?f=1&t=70. Bez tego kolejne zachwytem wypełnione recenzje uniemożliwiają rzeczową debatę. W ten sposób powstaje realna groźba, że p. Janke uwierzy w swoją wielkość, a powiedzmy sobie szczerze – przymiotnik wybitny w odniesieniu do pisarstwa tego autora więcej mówi o poziomie erudycji określającego, niż jakości określanego produktu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz