Newsletter

Oczy króla Hetytów

Jakie pomniki należałoby wznosić tym, którym przyszło patrzeć na mrowisko i tarczę zegara?

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

„Złote korony księcia Dardanów” dostałem w prezencie i pochłonąłem natychmiast, a potem już poszło, zwłaszcza, że kolejnych powieści Eugeniusza Paukszty w szkolnej bibliotece nie brakowało. Dopiero kiedy po paru latach wróciłem do „Koron…” uderzyło mnie, że w każdej książce cenionego bezpartyjnego prozaika zawsze obecne są trzy elementy: czy akcja dzieje się w gronie zakochanych studentów z Poznania, trzech kumpli w podróży autostopowej, czy w rodzinno-przyjacielskim kręgu dokonującym wykopalisk w Anatolii (!), koniecznie, ale to koniecznie, w książce zawsze obecny być musi a) emocjonujący i zakończony sukcesem połów ryby z rodziny łososiowatych („patrzał, zdyszany, na otwierający się i zamykający drapieżny pysk”), b) młodzieńcza miłość, która pozostaje zarazem czysta i namiętna, tj. pod koniec książki dochodzi do pierwszego pocałunku („Haszer… – Julek nieśmiało dotknął jej gęstych, jedwabistych włosów”), c) cwany Niemiec z RFN, zapisywanej zwykle jako NRF („Walter zaśmiał się nieprzyjemnie”), który pod koniec okazuje się albo agentem wywiadu, albo szopenfeldziarzem.

Pamięć zbiorowa przetrwała trzy wieki: ostatniemu Suppiluliumie zostało nadane imię po praszczurach, a on sam w spisanej na cokole, częściowo zachowanej inskrypcji chwalił się swoimi triumfami i przyrównywał je do dokonań imiennika, twórcy imperium, chociaż pożal się Boże, co to były za triumfy i jakie podboje, planowane za niskim murem cytadeli Kunulua, podmywanym przez Orontes, na przedpolach Syrii

Poszczególne elementy mogą się oczywiście zmieniać, np. zdanie o drapieżnym pysku mogłoby dotyczyć również obywatela NRF, zawsze jednak muszą być obecne: muchówka, pocałunek, szwargoczący, świński blondyn. Byłbym zapomniał: w tle musiała się jeszcze znaleźć pochwała Ziem Odzyskanych. Zwykle nie było o nią trudno, jako że akcja toczyła się albo na Warmii, albo na Wale Pomorskim, nawet jednak, jeśli fabuła przenosiła się do wyżej wspomnianej Anatolii, uroda prastarych ziem piastowskich, które wróciły do macierzy na mocy porozumień poczdamskich i tak powracała na zasadzie tzw. reminiscencji: we śnie bohatera pojawiał się pstrąg, podorywki w PGR Zawady, duże niebieskie oczy.

W sumie nie mogę narzekać: w podstawówce książki Paukszty wciągały, w liceum były okazją do dworowania na nutę świeżo odkrywanego Freuda, ścisłe współistnienie ryby, Szwaba i dziewczyny jest bowiem na tyle nieoczywiste, że można je tłumaczyć już to czynnościami pomyłkowymi, już to przeniesieniem. Z czasem te powieści stały się dobrym przykładem tego, czym jest dla pisarza leitmotiv (i dlaczego czasem może się stać przekleństwem), a kiedy jeszcze zerknąłem do encyklopedycznej, wcale nieoczywistej notki o Paukszcie (absolwent gimnazjum Batorego i student prawa w Wilnie, podczas wojny w AK, więziony przez kowieńskie Gestapo, po wojnie – w Gliwicach i w Poznaniu, aktywista ZLP – ale studia skończył na KUL) pomyślałem, że on sam jest jakby sklejony z bardziej znanych żywotów pisarzy w PRL: młodość w Wilnie (wszyscy), „repatriacja” (Konwicki, Zagajewski), katolik-aktywista (Żukrowski), entuzjasta rybołówstwa (Putrament, por. młodość w Wilnie), tropiciel agentów BND (Nienacki, Brycht), zwolennik niedopowiedzeń erotycznych (Nienacki, por. rybołówstwo).

Na stałe jednak pozostały mi po Paukszcie tylko cywilizacje anatolijskie: w pięć lat po „Złotych koronach księcia Dardanów” (1967) pisarz opublikował bowiem „W cieniu hetyckiego sfinksa”, książkę oferującą równie wiele wzruszeń archeologicznych, co rybackich i politycznych. Wydawca obiecywał na okładce trzecią część cyklu, „Amfory spod Halikarnasu”, która ostatecznie nigdy się podobno nie ukazała i tym samym należy do kategorii dzieł zaginionych: chociaż nie wszyscy zgadzają się, by zestawiać ją z poszukiwaną do dziś drugą księgą „Poetyki” Arystotelesa czy „Mesjaszem” Schulza, liczba pytań i tęsknot dotyczących „Amfor…”, na jakie trafić można już w pierwszym googlowaniu, pokazuje, że nie tylko mnie trudno pogodzić się z brakiem pointy, podsumowującej losy Julka, Wicka, Haszer i Tarika oraz Ludów Morza, które w XIII w. p.n.e. zniszczyły cywilizację Hetytów i zagroziły Egiptowi Ramzesa III.

Ale mały wielki król siedzi na wysokim krześle „z widokiem na mrowisko i tarczę zegara”, zaciska wąskie usta i nadal patrzy

Minęły eony, w czasie których wyschły morza, a Paukszta trafił na strych, i nagle w ubiegłym tygodniu, w prowincjonalnym muzeum tureckim, dane mi było stanąć twarzą w twarz z władcą Hetytów, Suppiluliumą. Króla strzegł bazaltowy lew i podejrzliwy strażnik, z lewej mżyła świetlówka, z góry – grudniowy deszcz, ale poza tym między nami nie było nic, ani tłumów, ani tafli: gdybym chciał, mógłbym dotknąć jego zwartej w pięść dłoni.

Nie był to słynny Suppiluliuma I, pogromca Syrii i państwa Mitanni, rządzący niemal od morza do morza, a w każdym razie od Syrii do Eufratu w XIV wieku p.n.e.; ani Suppiluliuma II, praprawnuk pierwszego, panujący w półtora wieku później, na którym skończyło się, pod ciosami Ludów Morza, hetyckie imperium. Wyrzeźbiony w czarnej skale Suppiluliuma, przed którym stanąłem, panował trzysta lat później, w nietrwałym, górskim księstewku Patiny, jednej z kilku oaz, w których odrodziła się cywilizacja Hetytów, zanim ostatecznie padła pod ciosami Asyryjczyków.

Pamięć zbiorowa przetrwała trzy wieki: ostatniemu Suppiluliumie zostało nadane imię po praszczurach, a on sam w spisanej na cokole, częściowo zachowanej inskrypcji chwalił się swoimi triumfami i przyrównywał je do dokonań imiennika, twórcy imperium, chociaż pożal się Boże, co to były za triumfy i jakie podboje, planowane za niskim murem cytadeli Kunulua, podmywanym przez Orontes, na przedpolach Syrii.

Posąg króla (a właściwie jego górna część; dolna przepadła w rumowisku) został odnaleziony w lecie 2012 roku przez międzynarodową grupę badawczą na obrzeżach miasteczka Reyhanlı. Umieszczony na cokole tors mierzy ponad półtora metra, wszystko – głowa, palce, oczy, ufryzowane kędziory, przypominające z daleka hełm w pełnym kamuflażu – jest nadnaturalnej wielkości. A jednak stojąc twarzą w twarz z Suppiluliumą uparcie myślałem o nim: „mały król”.

Mały wielki król jest gotów na wiele: oba jego nadgarstki chronione są przez dwie grube bransolety, zakończone lwimi głowami, mostka i tchawicy strzeże mosiężny półksiężyc, wzruszająco i anachronicznie podobny do ryngrafu konfederata barskiego. W prawej dłoni trzyma czworograniaste ostrze włóczni, w lewej – dojrzały kłos zboża: jak brzmiałoby „Żywią y bronią” w wymarłym języku luwijskim?

Nos ma potężny, orli, masywne kości policzkowe, szerokie czoło i mocne barki. Tylko te usta, wąskie i zaciśnięte; tylko te oczy z białego marmuru ze źrenicami z obsydianu, którymi wpatruje się w ciemność zamykanego w zimie już o szesnastej muzeum, i w ciemność Anatolii. On też, jak Paukszta, poskładany był z kawałków: skoro nosił imię po przodkach, wiedział, że Suppiluliuma I padł ofiarą zarazy, którą przywlekli egipscy jeńcy, a ostatnia tabliczka, jaka wyszła z kancelarii Suppiluliumy II, adresowana do wiarołomnego sojusznika w Ugarit, brzmiała: „Wróg nadciąga i nie ma liczby, która […] Jest nas niewielu […] Nadeślij, jakiekolwiek zdołasz, posiłki”. Te wąskie usta, ten zbyt mało clooneyowski podbródek, ukryty pod krótką, ufryzowaną brodą, jest jak skreślony przez Adama Zagajewskiego portret Schopenhauera:

 

Wraca do siebie, zamyka

się na klucz, przed służącym. Jak gładko

pracuje zamek, chyba bierze udział

w spisku. Płacze. Drobne ciało wielkiego

filozofa, siódmy kontynent, drży.

Jego kamizelka. Nakrochmalony kołnierzyk.

Żółte policzki. Brązowy redingot.

Wszystkie te zbędne rzeczy drżą,

jakby nad Frankfurtem już spadały

bomby. Drży jego samotność, gęsta,

cienka jak holenderskie płótno

Ale mały wielki król siedzi na wysokim krześle „z widokiem na mrowisko i tarczę zegara”, zaciska wąskie usta i nadal patrzy. Widzi Asyryjczyków, którzy w rytualnym akcie zniszczenia pogruchoczą jego posąg i zakopią go głęboko, w fosie okalającej Kunulua. Widzi Greków, Rzymian, szczury Tobruku i krzyżowców; widzi ciężarówki i taksówki, dzień i noc pełne czarnowłosych uchodźców, widzi błysk zamachu, w którym zginęło 50 osób w rok po tym, jak wykopano go pod niskim słońcem. Widzi ludy, ludy, ludy idące z północy i ze wschodu, od pustyni i od morza, a jego marmurowe oczy stają się coraz większe.

Ostatnim kilku monumentom wzniesionym na cześć Lecha Kaczyńskiego nie szczędzono uszczypliwości. Ci, którzy potrafili się wznieść ponad Schadenfreude, zastanawiali się, jak powinien wyglądać współczesny pomnik polityka, by nie zniżać się do pracowitego odrabiania w mosiądzu guzików marynarki i flądry krawata. Zawsze było z tym zresztą ciężko: na rocznicowej wystawie w Muzeum Narodowym w osobnej sali zgromadzono kilkanaście pomników Marszałka, z którego został w końcu tylko czub nad czołem i krzaczaste brwi. Patrząc na zamęt współczesnego świata, nie mam wątpliwości: tym, którym przyszło patrzeć na mrowisko i tarczę zegara, najlepiej byłoby oddać sprawiedliwość, nadając ich pomnikom rysy ostatniego króla Suppiluliumy.