Newsletter

O potrzebie nowej selenografii w Instytucie Badań Literackich

Łatwiej wylądować po ciemnej stronie Księżyca niż sprawić, by nasi sawanci, elita z IBL-u i Znaku, podjęli wysiłek dowiedzenia się, co naprawdę myśli „polska prawica” – a w zasadzie, co myślą polskie prawice, których jest bez liku

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Pół wieku temu, kiedy wyścig w kosmosie trwał w najlepsze, zatrważające przewagi Sowietów usiłowano oswoić żartem: jak nie sławetnym dialogiem „Panie majster, Ruskie w kosmos polecieli!”, to tym drugim, o radzieckich astronautach przemalowujących księżyc na czerwono. W pouczającej anegdocie, jak pamiętamy, Amerykanie do końca zachowali zimną krew, po czym misja Apollo napisała na naszym satelicie „Coca-Cola”, i w ten sposób załatwiła przeciwnika. Chińczyków, którzy 3 stycznia br. zawitali na Srebrny Glob, nie da się jednak ograć w tak prosty sposób: ostatecznie ChRL jest trzecim co do wielkości konsumentem coli na świecie. Nic już nie będzie takie samo, odkąd łazik Chang’e 4 stanął tydzień temu w kraterze von Kármána. Geostratedzy niech spekulują nad scenariuszami rywalizacji dwóch potęg w kosmosie: dla mnie decydujący jest fakt, że ludzkość ostatecznie dotarła na ciemną stronę Księżyca.

Niby od lat było już wiadomo, że nic tam nie ma – a raczej, że jest mniej więcej to samo, z tą różnicą, że „ciemna strona” jest tak naprawdę dużo jaśniejsza, bo księżycowe „morza”, czyli równiny pokryte skrzepłą, czarną lawą, stanowią zaledwie dwa procent jej powierzchni. Fotografowała te okolice Łuna 3 i Apollo 8, w Moskwie i Waszyngtonie drukowano mapy, i gdzieś na początku lat 70. nieznane ostatecznie stało się znanym. Niejasne lęki i nadzieje ludzkości musiały znów pójść na wygnanie niczym skrzaty z bajek: po ciemnej stronie Księżyca nie kryło się nic, ani anioły, ani ufoludki, i z tęsknoty za tamtym wyobrażeniem (czasem dobrze, gdy obawę przed Nieznanym można jakoś umiejscowić: to pozwala przekształcić lęki w strach) wzięły się fake newsy o „misji Apollo 20” i czarny humor filmu „Iron Sky”, traktującego o ukrytej po niewidocznej stronie tarczy bazie nazistów.

Ale zanim tak się stało, przez stulecia na serio zachodzono w głowę, co znajduje się po drugiej stronie naszego satelity; a jednym z pierwszych, który ślepił w lunety i dzięki rysiemu wzrokowi dostrzegał na powierzchni Księżyca setki „mórz”, „wysp”, „zatok”, „rzek” i „cieśnin” był nasz współobywatel, rzeczpospolitanin Johann Hewelcke alias Johannes Hevelius, gdański astronom, matematyk i piwowar. Wydana w 1647 roku „Selenografia, czyli opisanie Księżyca” była europejskim bestsellerem. Zapatrzony w niebo szlifierz soczewek zapędził w kozi róg poprzedników, a jego wizja obowiązywała przez dalszych 150 lat.

Jednym z pierwszych, który ślepił w lunety i dzięki rysiemu wzrokowi dostrzegał na powierzchni Księżyca setki „mórz”, „wysp”, „zatok”, „rzek” i „cieśnin” był nasz współobywatel, rzeczpospolitanin Johann Hewelcke alias Johannes Hevelius, gdański astronom, matematyk i piwowar

Wspomniałem na ciekawość Heweliusza, przerzucając kolejne kartki książki, po której tak wiele sobie obiecywałem: „Czasu nieprzewidzianego”, rozmowy-rzeki z profesorem Michałem Głowińskim. Wielkie nazwisko, wszyscy kojarzą jego szkice o nowomowie PRL-u, a kto otarł się o polonistykę – legendarny „Słownik terminów literackich” i tuziny innych prac. Ale ja znałem go przecież jeszcze z innych tekstów, z późnych szkiców autobiograficznych, w których bardziej jeszcze od opisanego świata Miasteczka i Zagłady uderza szczególny ton: matowy, w tonacji moll, nieledwie głuchy, jakby dobywający się z pękniętej i sklejonej filiżanki. Ton, którego niepodobna zapomnieć, głuche brzęknięcia, przerywające długą ciszę, jakby był to podkład dźwiękowy do któregoś z „zimowych” obrazów Bruegla, „Powrotu myśliwych” czy „Pokłonu Trzech Króli”, gdzie jeśli dobiegają okrzyki, to z daleka, a z bliska słychać najwyżej skrzyp śniegu pod butami i wszystko skąpane jest w słabym, szarozielonym świetle. Jaka to mogłaby być książka, gdyby z takim bólem i namysłem opisane zostało pół wieku powojennej polonistyki, jej horyzonty, bunty i kompromisy! A to przecież zapowiadał okładkowy blurb, to i więcej jeszcze: „Niezwykłą opowieść humanisty, naukowca, pisarza i świadka epoki. Skarbnicę wiedzy o polskiej kulturze ostatnich dekad, katalog kluczowych dla polskiej humanistyki nazwisk”.

Oczywiście, na blurby trzeba brać poprawkę; i na znużenie meandrami rozmowy-rzeki, i na kolanopokłonność rozmówcy profesora Głowińskiego, dra Grzegorza Wołowca. Trzeba zrozumieć, że autor, który cierpko wyrzuca „niezliczone powtórzenia” Stefanowi Kisielewskiemu (str. 417), wspomina słynny artykuł Ludwika Flaszena z roku 1952 trzykrotnie – na stronach 83, 106 i 364. Nie jest niczym niezwykłym, że „świadectwem epoki” okazuje się wzmianka o Tyrmandzie, który nosił kolorowe skarpetki, informacja, że na podstawie zdjęć Biura Politycznego KC KPZR sowietolodzy spekulowali o walkach frakcyjnych, i że było kilka „polskich miesięcy”, dwa Czerwce, Marzec (oczywiście!), Październik, Sierpień i Grudzień.

Oczywisty, choć niekoniecznie satysfakcjonujący jest swoisty, „profesorski” sposób opisywania dokonań kolegów z łamów, katedry i instytutu. Ech, nadstawiało się niegdyś ucha na te urywki konwersacji, dobiegające z sąsiednich stolików w „profesorskiej” kawiarni w Pałacu Kazimierzowskim, przerywane czasem brzęknięciem łyżeczki o spodek, na te nienaganne grzeczności. „Panie kolego”, padało, „zdolny badacz”, „ceniony prozaik”, mnożyły się reweranse, „szanowny panie” i przyciskanie brodą skrzyżowanego na piersi szalika przy zarzucaniu na ramiona płaszcza. „Ja znam jego prace, bardzo wartościowe”, padało, i „biegnę, muszę jeszcze dziś przygotować recenzję dla N-skiego”, brzęk, odzywała się łyżeczka niczym dziecięcy model gilotyny, i wśród tych poufałych pogwarek, dobrodusznych żarcików, „rzeczywiście, mam kilka publikacji z tego zakresu” nagle brzęk!, błyskało na mgnienie lukrecjowe ostrze, robiło swoje, i znów zwierał się krąg tweedowych marynarek, i znów pito herbatę z plasterkiem pociemniałej nagle cytryny, o, jak doskonałe są akademickie skrytobójstwa, których doskonałość daremnie sililiby się naśladować fachowcy z GRU, jak niewykrywalne scyzoryki ironii, jak, posłuchawszy chwilę, chce się czmychnąć od tych jowialnych lub kostycznych dobrodziejów gdzie pieprz rośnie, jak żywe staje się marzenie o chuliganie.

Ale kto nie może czmychnąć, musi przywyknąć, i rytualne uprzejmości profesora Głowińskiego są w najgorszym razie przewidywalne. W którymś momencie lektury czytelnika zaczyna za to uwierać co innego: deklarowana co i raz niewiedza, chlubna jako świadectwo powściągliwości badawczej, zdumiewająca w wywiadzie reklamowanym jako „skarbnica wiedzy”. „Nie wiem”, zastrzega się Głowiński w odpowiedziach na kolejne pytania, nie wiem, co śpiewa się przy piciu wódki i czy N. coś napisał. „Nie wiem, jak wyglądała fryzura zwana plerezą” mówi o uczesaniu, którego definicja („fryzura męska z dość długich włosów zaczesanych do tyłu, opadających na kark”) widnieje zarówno w Słowniku Języka Polskiego, jak w każdej encyklopedii. „Nie wiem, czy teraz wychodzi jakieś pismo wojskowe” podkreśla Głowiński, wczoraj – najwnikliwszy czytelnik gazet na wschód od Łaby, dziś nieświadom, jak widać, istnienia „Polski Zbrojnej”.

Jest w tej deklarowanej co i raz, ostentacyjnej „niewiedzy” coś więcej niż kostyczna niechęć do świata; jest w tym jakby dobrowolne sięgnięcie, wśród wielu przebrań tego świata, po wodewilowo przerysowany wizerunek „roztargnionego profesora”. Mistrzem podobnej mimikry był przed półwiekiem Jan Parandowski: odpowiednia liczba rekwizytów niczym z przedpokoju niezapomnianego prof. Bączyńskiego z „Zielonej Gęsi” – zrolowany parasol (cudzy), półbuty nie do pary, zastanawiająca w czerwcowy dzień wata w uszach – chroniła go przed koniecznością opłacania wielu rytualnych trybutów. Ta przebieranka zaszła daleko: w jednym z najświetniejszych felietonów Passenta z lat 70. autor „Mitologii” dopytuje się (w zmyślonym, rzecz jasna, przez satyryka dialogu) „co to takiego ten mercedes”, by wreszcie wykrzyknąć z ulgą „Aaa, rozumiem, to jest taki automobil!”.

Zauważmy jednak, że Jan Parandowski, zakreśliwszy gigantyczny krąg swoich kompetencji, nie wykraczał poza jego granice: nieświadom (jakoby) istnienia na świecie mercedesów, nie zajmował się, wyjąwszy może kilka szkiców o rydwanie Heliosa, komentowaniem rynku motoryzacyjnego. Michał Głowiński, w wielu miejscach rozmowy-rzeki deklarując swą nieznajomość spraw tego świata, w innych – osądza te sprawy nader zdecydowanie.

Znacznie bardziej przykry od banalnej, wyrastającej na zlepku własnych wyobrażeń i lęków „antyprawicowości” jest dla mnie sposób, w jaki Michał Głowiński rozprawia się z tym prawactwem

I to pewnie mnie najbardziej rozczarowało. Jestem zdumiony, że w rozmowie-rzece, która miała być, przypomnijmy, „katalogiem kluczowych dla polskiej humanistyki nazwisk” oraz „mapą intelektualnych kamieni milowych polskiej nauki”, profesor Głowiński w aż tylu miejscach nie był w stanie opanować swojej graniczącej z pogardą niechęci do tego, co uważa za „polską prawicę”. Ale niechby tak! – gorzej, że autor „Mowy w stanie oblężenia” wyraża tę niechęć i pogardę w sposób tak, nazwijmy to, mało wyrafinowany retorycznie.

Zacznijmy od światooglądu, przewidywalnego, bo, niczym dzieci w piosence Kleyffa, cały on jest z gazet do zrobienia, a zwłaszcza z jednej gazety.

Prawica to mitomani, którzy opowiadają „prawicowe legendy” o zbrodniach Armii Czerwonej wchodzących na ziemie Polski (str. 11). Głupi antykomunizm de facto sprzyja komunizmowi (str. 25). „Tak zwani obrońcy życia” twierdzą, że aborcja to przejaw stalinizmu (str. 42) – ot, i taka to ich wizja świata. Co można im przeciwstawić? Oczywiście, laudację Okrągłego Stołu, „jednego z najwspanialszych wydarzeń w historii Polski” (str. 387). A czy była dlań jakaś alternatywa? No, jedynie rzeź członków partii, wojna domowa, którą zaleca, jak można domyśleć się z wypowiedzi profesora, nielubiany przezeń poeta. „Kiedy czytam o tych patriotach, którzy marzą, żeby się lała polska krew na polskiej ziemi, to myślę o nich jak najgorzej (…) [a] to, co wypisują mędrcy autoramentu Jarosława Marka Rymkiewicza, uważam za przejaw obłędu” (tamże). Krwiopijcy z tych patriotów, ale i dwuznaczne typy, co jasno pokazuje nakreślona przez Michała Głowińskiego linia rozwojowa III RP: „Widać pewną ciągłość pomiędzy poparciem dla Tymińskiego a poparciem 25 lat później dla takiej partii, jaką jest Prawo i Sprawiedliwość, i dla jej przywódcy” (str. 399). Nic dziwnego, skoro mamy do czynienia ze spadkobiercami ubeków i stalinistów, że określenie „bezpartyjni bolszewicy”, ściśle historyczne, związane z fenomenem tzw. poputczików, „dzisiaj również [staje się] zrozumiałe” (str. 66). To takie sączone z dużą ostrożnością procesową aluzyjki: zabolą – a niemal niewinne.

Mniejsza jednak o poglądy – każdy ma prawo do uproszczeń, a trzydzieści lat z jednym tytułem prasowym w ręku musi mieć konsekwencje dla samodzielności w widzeniu świata. Znacznie bardziej przykry od banalnej, wyrastającej na zlepku własnych wyobrażeń i lęków „antyprawicowości” jest dla mnie sposób, w jaki Michał Głowiński rozprawia się z tym prawactwem. On, który potrafił rozłożyć na części pierwsze wszystkie gry półsłówek pismaków moczarowskich i jaruzelowych; on, który na seminarium przed trzydziestu laty potrafił w zwartym tekście wypatrzeć przemilczenia i zająknięcia hermetycznego młodopolskiego krytyka Cezarego Jellenty – on nie potrafi wyjść poza złośliwości, jakie słyszymy u cioci na imieninach? On o prolifersach potrafi powiedzieć jedynie „tak zwani obrońcy życia”? („Tak zwany były NSZZ „Solidarność” – podsuwa usłużna pamięć frazę, pojawiającą się co i raz w ustach rzecznika Jerzego Urbana). On używa słówka „niestety” w funkcji zarezerwowanej, jak dotąd naiwnie sądziłem, w przekomarzankach przedszkolaków i madek z Biedry? („Niestety, o utworach Schaeffera mało kto pamięta”). On używa zagrywek tak banalnych jak konstrukcja „pan + nazwisko”, której używamy, gdy chcemy kogoś potraktować lekceważąco, zachowując przy tym elegancję? „Pan Duda” – słyszy się co i raz od aktywistów KOD na stanowiskach. „Pan Grynberg” – mówi z pseudorewerencją Michał Głowiński o nielubianym przezeń pisarzu (o tych lubianych mówi bez „pan”, to jasne).

Myślę z żalem o zmarnowanej szansie na wielką rozmowę-rzekę. Co straciliśmy, pokazują dwa jej apolityczne rozdziały – o muzyce i o doświadczaniu starości; także fragmenty o Pruszkowie, mieście dzieciństwa, o doświadczeniu odrębności

„Prezes”, cedzi przez zęby profesor Głowiński, albo dla odmiany „pewien prezes”. Nie używamy nazwiska „Kaczyński”, nie będziemy wszak zaśmiecać nim sobie głowy: wspomnimy jedynie, opowiadając o sporach między następcami Stalina, że „w partii typu wodzowskiego (…) trudno się zastanawiać, kto będzie następcą zawiadującego nią prezesa” (str. 56). Prezesa, hehe. I taki to „pewien prezes” – „mówi dziś o drugim Budapeszcie” (str. 93). I tak dobrze, że „mówi” – kiedy Głowiński streszcza (?) debatę o granicach współpracy z powojenną władzą, nerwy puszczają i słyszymy „prawicowe gadanie o usłużności polskiej inteligencji (…) to bujda” (str. 123). Nerwy puszczają zresztą coraz częściej. „W jednym z numerów tygodnika «Od Rzeczy» [co za cudowny, świeży kalambur! – WS] przeczytałem artykuł mojego magistranta i potem niedoszłego doktoranta, bystrego skądinąd młodzieńca, Andrzeja Horubały, na temat twórczości Szymborskiej”.

„Nie jest w stanie odczytać ironii” – stawia na to kropkę nad i niezawodny dr Wołowiec, i od razu widać, że rozmówca prof. Głowińskiego to doktorant, który doszedł. Ale ja myślę o czymś innym: o tym, że określenie Andrzeja Horubały, który już przecież jakiś czas temu świętował swoje półwiecze, mianem „bystrego młodzieńca” to taki najtańszy profesorski prztyczek, w gruncie rzeczy kłopotliwy dla tego, kto nim się posługuje, prawdziwa poduszka-pierdziuszka akademickiego humoru. Ale i o tym, że skoro prof. Głowiński promuje i wypuszcza w świat magistrantów, którzy nie są w stanie odczytać ironii u Szymborskiej, ba, przyjmuje ich potem na swoje seminarium doktoranckie, to ten zwischenruf jest naprawdę epickim strzałem w stopę.

Przede wszystkim jednak myślę z żalem o zmarnowanej szansie na wielką rozmowę-rzekę. Co straciliśmy, pokazują dwa jej apolityczne rozdziały – o muzyce i o doświadczaniu starości; także fragmenty o Pruszkowie, mieście dzieciństwa, o doświadczeniu odrębności. Czemu tak się stało, czemu stracono okazję, by wysłuchać raz jeszcze cichego głosu Głowińskiego, oferując nam w zamian brzęk blaszki? Czy zdecydował o tym żar polityczny, trawiący zarówno rozmówcę profesora, jak jego wydawcę, Pawła Szweda, którego wyraziste poglądy widać już na poziomie imponującego katalogu Wielkiej Litery, w którym jak nie Agata Passent, to Andrzej Saramonowicz? Czy niechęć, która przepełniała samego profesora, i której musiał dać upust, kosztem opowieści o Jellencie, o warszawskiej szkole historyków idei, o Reinharcie Kosellecku, którego dorobek odkrywał polskim filologom?

Czy są szanse na jakiekolwiek rzetelne przedsięwzięcie selenograficzne, na dialog profesora Głowińskiego lub jego uczniów z rzeczywistymi autorami z najszerzej pojętej „prawej strony” w miejsce boksowania ich szyderczych wyobrażeń?

Myślę też o tym, że łatwiej wylądować w kraterze von Kármána niż sprawić, by nasi sawanci, elita z IBL-u i Znaku, podjęli wysiłek dowiedzenia się, co naprawdę myśli polska „prawica” – a w zasadzie, co myślą polskie prawice, których jest bez liku, szerzej, wszyscy inakomysliaszczyje niż konsumenci deserów z Krakowskiego Przedmieścia. Myślę, że dla profesury z IBL, emerytowanej i przyszłej, dla rzesz doktorantów i marszandów, eseistek i bohemistek, „prawica” pozostaje równie nieznana, jak ciemna strona Księżyca. Czasem, w chwili precesji, ukaże im się jakiś skrawek, spłachetek gruntu, jakiś Rymkiewicz czy Rydzyk, what’s the difference; ale nie krzywdują sobie, nie są jej ciekawi, wygodniej im chichotać nad wizją dziwnych ziem, zaludnionych przez ufoludki i neonazistów.

Czy to się kiedyś zmieni, czy są szanse na jakiekolwiek rzetelne przedsięwzięcie selenograficzne, na dialog profesora Głowińskiego lub jego uczniów z rzeczywistymi autorami z najszerzej pojętej „prawej strony” w miejsce boksowania ich szyderczych wyobrażeń? Dalibóg, nie wiem. Ale dum spiro, spero – jak powiadał nasz współobywatel, rzeczpospolitanin Johann Hewelcke, zdmuchując popiół po spalonej drukarni z cudem ocalałego rękopisu, nomen omen, „Roku zwrotnego”, wydanego w roku 1685.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej