Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Nowy Dziwny Świat

Żyjemy już w innej rzeczywistości, która nadal gruntownie się zmienia, podczas gdy mówimy o niej językami z poprzednich epok. Odpowiedź na jej wyzwania wymaga nowych metod działania

Gdy wiosną tego roku warszawskim Śródmieściem przeszedł kilkusetosobowy marsz Obozu Narodowo-Radykalnego, czołowe media liberalne ogarnęła histeria. Oto jakoby stary, dwudziestowieczny faszyzm podniósł wreszcie (zgodnie z tysiąckrotnymi prognozami Adama Michnika) swój parszywy łeb, a obowiązkiem wszystkich miłośników wolności stało się zwalczanie go. Nic to, że ONR to dziś formacja marginalna, bez cienia pomysłu na rozwiązanie jakiegokolwiek współczesnego problemu, nie mająca wsparcia żadnej istotnej siły, pozbawiona społecznej emocji, która mogłaby ją ponieść. Temat nie schodził z medialnych czołówek, dając przy okazji narodowym radykałom darmową, ogólnopolską kampanię reklamową.

Na wyrażenie podstawowej tezy o ograniczonej racjonalności człowieka w medialnym głównym nurcie przeważnie nie starcza czasu antenowego

Tymczasem trzeźwych analiz realnych, nieskończenie większych zagrożeń dla obywatelskich wolności próżno szukać na pierwszych stronach gazet. W sprawie rewolucji cyfrowej, niezaprzeczalnie czyniącej nasze życie wygodniejszym a portfele grubszymi, dominuje na ogół entuzjazm. Ma ona jednak także dość oczywistą, ciemną stronę, jaką jest możliwość masowej, precyzyjnej jak nigdy dotąd, inwigilacji. Jak często zastanawiamy się nad tym, że każde urządzenie nadawcze jest jednocześnie odbiorczym, a odbiorcą może być nie tylko znajomy, ale też anonimowy pracownik operatora lub służb specjalnych, i to niekoniecznie w chwili, gdy chcemy się czymkolwiek dzielić? Ile medialnej presji idzie w kierunku postawienia politykom zapór w korzystaniu z tych, niewątpliwie czyniących rządzenie łatwiejszym, zdobyczy współczesnej techniki?

Dekady zapóźnień

Te pytania retoryczne można powtarzać wobec kolejnych, głęboko zmieniających się dziś dziedzin życia. Nauki społeczne od kilkudziesięciu już lat orane są przez zjawisko określane mianem przewrotu neobehawioralnego: kolejnych odkryć obalających tezę, na której oparł się nowoczesny świat – że człowiek jest zwierzęciem racjonalnym. Okazuje się być jednak o wiele bardziej emocjonalny i skłonny ulegać zmysłowym bodźcom niż śniło się oświeceniowym filozofom.

Weźmy tylko ekonomię. Podczas gdy główny spór w tej sferze wciąż toczy się między „liberalnymi” neomonetarystami a „socjalistycznymi” neokeynesistami, a podważająca podstawy obu nurtów ekonomia behawioralna z wolna przebija się do szerszej świadomości, giganci tego ostatniego kierunku od dawna już pracują w wielkich instytucjach finansowych. Podpowiadając im, jak skuteczniej nami manipulować, żebyśmy zaciągali kredyty, nabywali instrumenty pochodne, czy by sięgnąć po zwyklejszy przykład, chodząc po supermarkecie kupowali znacznie więcej niż potrzebujemy. Tak oto idea, która niosła nadzieję na bardziej sprawiedliwą gospodarkę, została sprzedana możnym tego świata i służy utrwaleniu status quo. Tymczasem na wyrażenie podstawowej tezy o ograniczonej racjonalności człowieka w medialnym głównym nurcie przeważnie nie starcza czasu antenowego. Mainstreamowa debata notuje mniej więcej 40 lat zapóźnienia wobec przełomowych ustaleń ekonomii, których efekty są już powszechnie obecne w naszym życiu.

W polskich szkołach nie uczy się o wojnach finansowych czy nawet (znacznie starszych i mających miejsce także w odległej przeszłości) walutowych, nie mamy więc intelektualnych narzędzi, żeby o tym rozmawiać

Przewrót behawioralny dalece wykracza poza gospodarkę. Cały wachlarz opisanych przez teoretyków tego nurtu „szturchnięć” (nudges), mających skłaniać maluczkich do zgodnego z intencjami nadawcy działania, stosują na co dzień choćby polityczni spindoktorzy, angażując nas w rozmaite konflikty i dyskusje, bardzo zwykle odległe od naszych żywotnych interesów. O tych ostatnich znacznie wygodniej rozmawia się przecież w bardziej kulturalnych i węższych gremiach, „gdy dzieci śpią”.

Kilka lat temu udałem się z reklamacją rachunku za prąd, gdy zużycie na papierze okazało się znacznie wyższe pomimo ewidentnego spadku w rzeczywistości. Usłyszałem, że ciężko coś z tym zrobić, bo kwoty wylicza teraz komputer za pomocą algorytmu z repertuaru wyższej matematyki. Skądinąd dowiedziałem się, że szef energetycznego giganta, u którego zaopatruję się w prąd, też nie ma zielonego pojęcia, jak ów wzór działa. Czy nie uznalibyśmy za szokujące, gdyby premier wykazał się brakami elementarnej wiedzy o administracji, czy prezes koncernu zbrojeniowego – o śmiercionośnych maszynach, które sprzedaje?

Masowe rażenie tego rodzaju algorytmów – stosowanych już szeroko i coraz szerzej także w szkołach, sądach czy na giełdach – opisała niedawno Cathy O’Neil w książce pod znamiennym tytułem „Bronie matematycznego zniszczenia” (omówiliśmy ją w Nowej Konfederacji, wraz z pokrewnymi problemami, jeszcze przed polskim wydaniem). Moc obliczeniowa komputerów niewątpliwie ułatwia życie, a błędy systemu się zdarzają. Jednak obdarzona potężnym wpływem i nimbem obiektywizmu wyższa matematyka z furtką na absurdy to także wygodny parawan dla arbitralnych decyzji władzy. Znów: ile miejsca poświęcają temu problemowi media? Ile konstytucjonaliści, niezmordowanie drążący na co dzień ustrojowe sposoby na powstrzymanie arbitralności władzy, tyle że tej z połowy dwudziestego wieku? Ile komentatorzy polityczni, nie wahający się drobiazgowo roztrząsać kolejnych, trzeciorzędnych wypowiedzi drugoligowych polityków?

Fałszywe antynomie

Nowego rodzaju zagrożenia dla wolności to tylko jeden z wymiarów problemu, o którym mowa. O współczesnych państwach liberalno-demokratycznych rozmawiamy językiem w najlepszym razie sprzed dekady, częściej tym sprzed 70 lat, nie bacząc, że od połowy XX w. straciły lwią część kompetencji, a ich otoczenie radykalnie się zmieniło. Tylko przez ostatnie 10 lat w Europie powstał nowy ład instytucjonalny i polityczny, który tylko na zasadzie pastiszu można opisać jako „niemiecką hegemonię”, a naprawiać przebrzmiałymi koncepcjami „Europy ojczyzn” z jednej, a federalizmu z drugiej strony.

Reszta świata też głęboko się zmieniła. Kto w Polsce słyszał o amerykańsko-irańskiej wojnie finansowej z lat 2012-13? Odcinając Teheran od międzynarodowych systemów płatności, Stany Zjednoczony wywołały w tym kraju ciężki kryzys gospodarczy, czyniąc go – przynajmniej na jakiś czas – znacznie bardziej spolegliwym. W polskich szkołach nie uczy się o wojnach finansowych czy nawet (znacznie starszych i mających miejsce także w odległej przeszłości) walutowych, nie mamy więc intelektualnych narzędzi, żeby o tym rozmawiać. Największe media o nich nie mówią, nie mamy więc powodu wątpić w swoje rozumienie rzeczywistości. Jednak niedostrzegane zjawiska jedno po drugim następują i zmieniają nasz świat. Czy gdy Polska padnie ofiarą agresji cyberfinansowej lub walutowej czołowi dziennikarze w ogóle to zauważą? Opozycja (ktokolwiek z dzisiejszych graczy będzie zasiadał w jej ławach) powie zapewne, że to wszystko wina rządu; być może takie wyjaśnienie wystarczy – do zachowania dobrego samopoczucia.

To świat dość dziwny, w którym gwałtowna ekspansja możliwości komunikacyjnych i transportowych owocuje wzrostem czasu spędzanego przed telewizorem, bezprecedensowa dostępność wiedzy – pandemią fake newsów, a rekordowe bogactwo – manią zadłużenia

Współczesne państwa są znacznie mocniejsze, gdy idzie o możliwości kontroli obywateli, ale znacznie słabsze, jeśli chodzi o zdolność do zmieniania rzeczywistości, pełnej mediów, organizacji międzynarodowych, trybunałów arbitrażowych, wielkich korporacji. Ich otoczenie nieustannie ewoluuje, pod wpływem przemian społecznych, geopolitycznych, geoekonomicznych. Płynie stąd jasny wniosek, że roztropna modernizacja państwa powinna dziś oznaczać z jednej strony ograniczenie jego możliwości inwigilacyjnych i represyjnych, z drugiej: wzmocnienie jego władzy tam, gdzie nie zagraża wolności, a przeciwnie – może i powinno pomóc ją chronić. Ponownie jednak, wymaga to wywrócenia do góry nogami dominującego dyskursu, zafiksowanego na głęboko dwudziestowiecznych, płaskich antynomiach: państwo vs. wolność, wolność vs. wspólnota, obywatel vs. państwo. Potrzebujemy dziś jednocześnie więcej państwa, więcej wolności i więcej wspólnotowości. Tyle, że używając zrozumiałych dziś pojęć i odniesień, nie sposób uzasadnić tej tezy podczas przejażdżki windą.

Przekleństwo specjalizacji

Trzeba dodać, że mówiąc „społeczeństwo” czy „naród” też myślimy przeważnie o czymś, co już w dorozumianym kształcie nie istnieje. Czy wraz z kolejnymi postępami późnej nowoczesności, z rozpowszechnieniem smartfonów i szerokopasmowego internetu nie weszliśmy przypadkiem w epokę „hipermałych nisz kulturowych” (jak mówi prof. Tomasz Szlendak), czy też w „czas plemion” (jak z kolei wyraża się prof. Michel Maffesoli)? Ludzie w autobusach nadal stoją obok siebie, ale rozmawiają już zwykle z kimś zupełnie innym. Po powrocie do domu rzadko już wpadają na kawę do sąsiada, raczej oddają się w ręce wirtualnych znajomych. To niby truizmy, ale czy na pewno odrobiliśmy lekcje filozoficznych i socjologicznych wniosków z tych przemian, mówiących m.in., że dawne społeczeństwo jest już czymś zgoła odmiennym, niebagatelnie przypominającym plemienność z, na przykład, wczesnego średniowiecza?

Krótko mówiąc: żyjemy już w nowym świecie, który nadal gruntownie się zmienia, podczas gdy mówimy o nim językami z poprzednich epok. To świat dość dziwny, w którym gwałtowna ekspansja możliwości komunikacyjnych i transportowych owocuje wzrostem czasu spędzanego przed telewizorem, bezprecedensowa dostępność wiedzy – pandemią fake newsów, a rekordowe bogactwo – manią zadłużenia. Z pewnością jest to rzeczywistość tyleż fascynująca, co słabo opisana.

Wezwanie do inwestowania w wiedzę – a zwłaszcza w jej syntezę – jest oczywistym wnioskiem i obywatelskim imperatywem

Takie sytuacje powtarzają się w historii na przełomach epok, w tym sensie to nic nowego. Co jest jednak w takich momentach – może zwłaszcza w tym, którego doświadczamy, ze względu na wielowymiarowość i szybkość zmian – szczególnie niepokojące, to to, że nieadekwatność wiedzy do realiów drastycznie nie przystaje do konieczności bieżącego decydowania politycznego. Upływ czasu wymusza rozstrzyganie dylematów, brak decyzji pozostaje wyborem, a rozziew między rozumieniem a rzeczywistością skutkuje nadreprezentacją decyzji błędnych, niekiedy katastrofalnych. Dlatego jest to czas, w którym bardziej niż kiedykolwiek powinniśmy inwestować w wiedzę.

Dotyczy to w stopniu szczególnym Polski – kraju, w którym najlepsze uniwersytety są trzeciorzędne, think tanki zajmują się głównie lobbingiem i networkingiem, a media obróbką partyjnego spinu i kronikarstwem wypadków, na domiar złego niezmiennie znajdującego się w trudnym położeniu geopolitycznym. Jednak polscy politycy nie cenią wiedzy, od ekspertów oczekując głównie glejtowania spinu, od dziennikarzy – basowania propagandzie. Kwalifikację czynu względnie obniża to, że wiedzy nie cenią też u nas specjalnie ani akademickie katedry, ani redakcje, ani think tanki, zagonione za drobnym groszem i elementarnym uznaniem w kręgach wzajemnej adoracji.

Jak również to, że za zmieniającą się rzeczywistością nie nadąża dziś intelektualnie nawet światowa pierwsza liga. Już w roku 1929 Jose Ortega y Gasset ubolewał nad „barbarzyństwem specjalizacji”, czyli rozpadem wiedzy na osobne, niekomunikujące się ze sobą światy, co skutkowało katastrofalnym uwiądem myślenia w kategoriach cywilizacyjnej i narodowej całości („Bunt mas”). Od tamtego czasu problem znacznie się pogłębił. Wobec dzisiejszej hiperspecjalizacji – widocznej już nawet wśród mechaników samochodowych czy w telefonicznej obsłudze klienta – ta sprzed 90 lat wydaje się niewinnym zawirowaniem. Wedle Ortegi już ona była jednym ze zjawisk odpowiedzialnych za triumfy dwudziestowiecznych totalitaryzmów. Gdy brakuje poważnych i wyważonych syntez, prędzej czy później wygrywają te radykalne bądź wręcz bandyckie. „W kraju ślepców jednooki zostaje królem”, jak powiada Erazm z Rotterdamu.

Warto chyba nadmienić, że z perspektywy teorii ograniczeń nadmierna specjalizacja jest jednym z najbardziej fundamentalnych błędów w zarządzaniu: próbując zaradzić przerastającej nas złożoności za pomocą pogłębienia specjalizacji, nie rozwiązujemy problemu, lecz tworzymy nowy.

Czas na thinkzine

Cóż można z tym zrobić? Wezwanie do inwestowania w wiedzę – a zwłaszcza w jej syntezę – jest w tej sytuacji oczywistym wnioskiem i obywatelskim imperatywem. Ponadto, nie będzie tym razem apelu do sumień ani bardziej szczegółowych dywagacji teoretycznych. Oferujemy Państwu ze strony Nowej Konfederacji namacalny konkret: przekształcenie naszej redakcji w organizację nowego typu. To efekt wielomiesięcznych przygotowań oraz siedmiu lat przemyśleń i doświadczeń.

Z dniem 6 listopada 2017 r. transformujemy Nową Konfederację w pierwszy w Polsce i prawdopodobnie pierwszy na świecie thinkzine: magazyn publicystyczny i think tank w jednym. Nie jest to zabieg z dziedziny PR-u czy zarządzania marką, ale zmiana formuły organizacyjnej i sposobu pracy na taki, który nie tylko zredukuje koszty synchronizacji, ale zwiększy komunikację i synergię tak pomiędzy ekspertami z różnych dziedzin, jak i między specjalistami a ludźmi od całościowego obrazu rzeczywistości: publicystami i intelektualistami. Wszystko po to, by – na przekór barbarzyństwu (hiper)specjalizacji – przybliżyć się do myślowego okiełznania zmieniającej się Polski – i reszty świata.

Na stole leżą gotowe i sprawdzone, niewykorzystywane w Polsce recepty na narzędzia: wzory najlepszych think tanków zachodnich czy formuła Laboratorium w rozumieniu Bruno Latoura, a więc instytucji tworzącej wiedzę i próbującej za jej pomocą oddziaływać na rzeczywistość. Nie czarujmy się przy tym: za kilkaset tysięcy złotych rocznie nie da się zbudować lepszej Heritage Foundation (cieszącej się, w przeliczeniu na złotówki, budżetem ponad stumilionowym). Nie będziemy też opowiadać, że z kilkudziesięcioosobowym środowiskiem budujemy już teraz jakąś lepszą Polskę. W oparciu o skromne zasoby, którymi dysponujemy, możemy i uruchamiamy procesy takiego zarządzania – tą już zgromadzoną, i tą, po którą dopiero sięgamy – wiedzą, które daje nadzieję na wypełnienie powyższej misji w perspektywie kilku lat.

Jako thinkzine, NK będzie konfederacyjna: otwarta na inne think tanki i redakcje, na osoby nie tylko z Warszawy i Krakowa, ale i z niedocenianych, mniejszych ośrodków. Niezmiennie, będzie prawdziwie niezależna; jednocześnie propaństwowa i wolnościowa, obywatelska i prowspólnotowa.

Potrzeba elit percepcyjnych

O dojmującym braku elitotwórczej pracy organicznej pisał niedawno na naszych łamach prof. Rafał Matyja. „Kluczową rolę ma zatem krąg, który nazwałbym >elitami percepcji<, nie w sensie pretensjonalnego pojęcia >arystokracji rozumu<, jakiegoś mandaryńskiego towarzystwa wzajemnej adoracji, ale sporego kręgu ludzi, zdolnych do tego, by stać się >oczami i uszami< państwa, umysłami zdolnymi do przewidywania zagrożeń i okazji, tworzenia alternatywnych scenariuszy, poważnego dyskutowania wariantów rozwojowych obliczonych na lata. Te >elity percepcji< dziś istnieją co najwyżej w formie przetrwalnikowej, obezwładnione beznadziejną kulturą organizacyjną instytucji, które taką pracę intelektualną powinny w sposób systematyczny prowadzić. Co więcej, nie mają nawet dobrych kanałów komunikacji. Prasa opiniotwórcza stała się w większości stronnicza i pełni funkcje pożyteczne dla politycznych plemion, lekceważąc perspektywę państwa jako całości. Fora debaty przekraczające polityczne podziały zanikają. Nie pełnią tych funkcji komunikacyjnych instytucje akademickie, rzadko wykraczające poza perspektywę jednej dyscypliny, unikające trudnych diagnoz >dużych zagadnień<, niedoceniające roli praktyków, zwłaszcza w sferze polityki czy administracji.

Jako thinkzine, NK będzie konfederacyjna: otwarta na inne think tanki i redakcje, na osoby nie tylko z Warszawy i Krakowa, ale i z niedocenianych, mniejszych ośrodków. Niezmiennie, będzie prawdziwie niezależna; jednocześnie propaństwowa i wolnościowa, obywatelska i prowspólnotowa

W tej sytuacji nie mamy do czynienia z żadną >elitą< w sensie grupy zdolnej do komunikowania się, dyskusji i współpracy, a jedynie z luźną partyzantką, opierającą się na indywidualnych kontaktach, śledzeniu czyichś publikacji, doraźnych rekomendacjach, krążeniu w przestrzeni internetowej ciekawych tekstów. Brakuje im zatem punktu odniesienia – instytucji publicznej odpowiedzialnej za korzystanie z potencjału, jaki posiadamy”.

Polityczne desinteressment wobec tej potrzeby skłoniło nas do próby stworzenia takiego właśnie punktu odniesienia w sferze pozarządowej działalności obywatelskiej. Do takich właśnie elit konfederowania i budowania.

Zapraszamy do wspólnej przygody – i misji.

dyrektor i założyciel „Nowej Konfederacji”. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS i studiów doktoranckich na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. W okresie 2015-17 współtwórca i szef think tanku Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Publikował też m.in. w „Gazecie Polskiej”, "Dzienniku Gazecie Prawnej", „Gościu Niedzielnym”, „Polsce The Times”, "Arcanach", „Super Expressie”, „Znaku”. Pochodzi z Lublina, mieszka w Warszawie. Prowadzi profile na Facebooku i Twitterze. https://www.facebook.com/bradziejewski https://twitter.com/Radziejewski

Komentarze

6 odpowiedzi na “Nowy Dziwny Świat”

  1. Marcin pisze:

    Rzeczywiście, nawet Dyzma miała świadomość, że potrzebuje Krzepickiego. Współczesne Dyzmy takiej świadomości nie mają. Każdy inteligentny człowiek ma określony, często unikatowy zasób wiedzy, doświadczenia zawodowego i życiowego. Wbrew pozorom wiele takich osób angażowało się w działalność polityczną, społeczną czy na rzecz kultury.
    Powszechnym ich doznaniem jest rozczarowanie, rozgoryczynie oraz zdziwienie niskim poziomem intelektualnym oraz oczywiście organizacyjnym ludzi kierujących różnymi partiami, stowarzyszeniami czy innymi organizacjami działającymi w sferze społecznej. To samo można powiedzieć o instytucjach Państwa Polskiego. Przyszłość mają jedynie ci, którzy potrafią przyciągnąć szerokie grono ludzi myślących, jednocześnie dążąc do zrealizowania konkretnych celów poprzez dobrą organizację.
    Syntezę da się wykuć m.in. poprzez dyskusję i działanie łączące ludzi na szczeblu lokalnym w połączeniu ze sprawną organizacją centralną i szacunkiem dla podmiotowości osób w tym uczestniczących.

  2. Marcin pisze:

    Rzeczywiście, nawet Dyzma miał świadomość, że potrzebuje Krzepickiego. Współczesne Dyzmy takiej świadomości nie mają. Każdy inteligentny człowiek ma określony, często unikatowy zasób wiedzy, doświadczenia zawodowego i życiowego. Wbrew pozorom wiele takich osób angażowało się w działalność polityczną, społeczną czy na rzecz kultury.
    Powszechnym ich doznaniem jest rozczarowanie, rozgoryczenie oraz zdziwienie niskim poziomem intelektualnym oraz oczywiście organizacyjnym ludzi kierujących różnymi partiami, stowarzyszeniami czy innymi organizacjami działającymi w sferze społecznej. To samo można powiedzieć o instytucjach Państwa Polskiego. Przyszłość mają jedynie ci, którzy potrafią przyciągnąć szerokie grono ludzi myślących, jednocześnie dążąc do zrealizowania konkretnych celów poprzez dobrą organizację.
    Syntezę da się wykuć m.in. poprzez dyskusję i działanie łączące ludzi na szczeblu lokalnym w połączeniu ze sprawną organizacją centralną i szacunkiem dla podmiotowości osób w tym uczestniczących.

  3. Arkadiusz pisze:

    Aby mieć mądrych i rozsądnych w miarę racjonalnych obywateli państwa, trzeba zaczynać od wychowania i wykształcenia już od poziomu zero, czyli od urodzenia by przygotować człowieka do racjonalnych wyborów w przyszłości. Obecnie żyjemy w świecie abberacyjnym, w którym ścierają się nawzajem wykluczające się ideologie, więc nie można się dziwić zachowaniu ludzi pozbawionych dobra jakim jest prosta wiedza o samym człowieku, o jego potencjach i źródłach ich wykorzystania jako narzędzi do przeżycia w cywilizacyjnym chaosie. Uczmy się logicznego myślenia ale pod kategorycznym warunkiem prawdy obiektywnej, która obecnie jest kwestionowana na różne cudowne sposoby. Odpowiedzią jest człowiek jako ciało i dusza, to jak działa oraganizm w celu pokonania entropii. Ciało człowieka jako ciało jest racjonalne i ekonomicznie doskonałe, działa w nim wszelka władza; ustawodawcza, wykonawcza i sądownicza, jest pełną jednością, twórzmy więc na wzór człowieka konstytucję państwowości i wspólnotowości a nikt nie będzie rozczarowany.

  4. Grzegorz pisze:

    Inicjatywa bardzo ciekawa. Prosiłbym Pana Radziejewskiego o szczegóły.

  5. Wieslaw S. pisze:

    Pisze Pan “Czy nie uznalibyśmy za szokujące, gdyby premier wykazał się brakami elementarnej wiedzy o administracji”. Panie Bartłomieju, przecież do tego “szoku”, który szokiem być już przestał, przyzwyczaiła nas klasa polityczna już dawno. A thinkzine NK życzę powodzenia! Będę wspierał.

  6. Stanisław Lose pisze:

    Szanowny Panie Redaktorze,
    sprawa jest wiele poważniejsza, niż się Panu wydaje – sądząc po tej wypowiedzi ….. trzeba do tego nowej metodologii, nowego paradygmatu…. nie da się robić nowego wina w starych bukłakach….. ale to dotyczy także winiarzy….. polecam moje ksiażki Ku urbanologii i Hmo urbis…..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz