fbpx
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Nowa ideokracja w Chinach. Powraca „syndrom nieograniczonego Cesarza”

Poprzednią merytokrację, też apodyktyczną i autorytarną, ale w mniejszym stopniu ideologiczną, zastąpiły „myśli Xi Jinpinga o socjalizmie w Nowej Erze”. Z twardej autokracji Chiny przechodzą w fazę totalitaryzmu

Cywilizacja chińska, jedna z najważniejszych i największych na globie, jest wsobna, samoistna, sui generis. Nie bez przyczyny jej podstawowa emanacja polityczna zwie się Państwem Środka. W tamtejszym głębokim przekonaniu Chińczycy stanowią centrum, wokół nich koncentrycznie kłębią się trybutariusze i wasale, a w dalszych kręgach – barbarzyńcy. Fakt, że Zachód (wraz z Japonią i Rosją) w ostatnich dwóch stuleciach niemal zwasalizował Chiny, do dziś stanowi głęboką traumę, umiejętnie zresztą podsycaną przez obecne władze w Pekinie.

Chcąc sobie z tym „stuleciem narodowego poniżenia” poradzić, wraca się do korzeni – tak cywilizacyjnych, ja też komunistycznych, nadających legitymizację klasie i elicie obecnie rządzącej, czyli komunistycznej Partii Chin (KPCh). Zapomnijmy, że ten 86-milionowy obecnie organizm to kolejna partia polityczna. To jest po prostu dzisiejsza elita władzy w organizmie zwanym formalnie Chińską Republiką Ludową (ChRL), sięgająca do własnych źródeł, a te są albo konfucjańskie, albo marksistowsko-maoistowskie.

China first

Obie te tradycje są autokratyczne z natury, paternalistyczne i hierarchiczne, a przy tym oparte na szeroko rozbudowanym, obejmującym całe społeczeństwo aparacie biurokratycznym, mającym nieść kaganek oświaty zapalony w Centrum do największych zakątków Imperium. A ponieważ jest ono rozległe i ludne, takie gdzie „słońce wysoko, a cesarz daleko”, potrzebna jest do skutecznych rządów także dyscyplina. To ona oraz rozbudowany kodeks karny, a nie instytucje, normy i wymogi prawa, jak na Zachodzie, stanowiła o koherencji organizmu, z którego Chińczycy zawsze byli – i są – dumni. Powiedzieć im wprost „America First”, to niemal podważyć chińskie jestestwo: Jak to, przecież to my byliśmy pierwsi – i znowu takimi chcemy być.

Fakt, że Zachód (wraz z Japonią i Rosją) w ostatnich dwóch stuleciach niemal zwasalizował Chiny, do dziś stanowi głęboką traumę, umiejętnie zresztą podsycaną przez obecne władze w Pekinie

Z pełnym przekonaniem takie przesłanie sączy do głów obecny Wódz w Imperium, Xi Jinping. Po poprzednich traumach i nieszczęściach obiecuje „wieli renesans chińskiego narodu”, a przy okazji stawia ambitne cele – do roku 2035 Chiny mają być „społeczeństwem dobrobytu” (a więc wejść do grona państw wysoko rozwiniętych), a także innowacyjnym, opartym na najnowszych technologiach (również w kosmosie). A jeszcze wcześniej, do 2027 r. ma być zmodernizowana chińska armia, ale nie tyle jednostki lądowe, co flota morsa i powietrzna, ja też siły działające w cyberprzestrzeni.

Niedawno zakończony XX zjazd KPCh (16-22 października) pozornie, dla specjalisty nie wniósł nic nowego. Faktycznie jednak stanowi ważną cezurę. Poprzez symboliczne siłowe wyprowadzenie z sali poprzedniego lidera w państwie, Hu Jintao (rządził w latach 2002-12) zamknięto ponad cztery dekady okresu reform i transformacji Deng Xiaopinga (1978-1992, kontynuowany do 2012), rozpoczynając „nową erę socjalizmu o chińskiej specyfice”, na dodatek jeszcze opartą na „ideach Xi Jinpinga” (wydano już cztery tomy jego dzieł zebranych, nie mówiąc o innych publikacjach). To może, nie musi być, przewrót iście kopernikański. Bo chociaż Xi rządzi już od dekady, to dopiero teraz na zjeździe uzyskał mandat do sprawowania jednoosobowych rządów, otoczył się wyłącznie swymi poplecznikami i może wcielać w życie wszystkie swoje idee i pomysły. Uda mu się – będzie wynoszony pod Niebiosa, nie uda się – będzie potępiony. Albowiem pełnia władzy, to także pełnia odpowiedzialności.

Merytokracja

Zmiana jest zasadnicza, bowiem Deng Xiaoping doszedł do władzy jako ofiara nieszczęsnej „rewolucji kulturalnej” (1966-76). Wiedząc, do czego mogą doprowadzić rządy niekontrolowanej jednostki uczynił wszystko, by zaordynować Chinom „zbiorowego cesarza”, a więc rządy kolegialne, oparte na ścieraniu się – fakt, że dla szerokich mas niejawnym – poglądów w najwyższych eszelonach władzy, czyli (teraz) 24-osbowym Biurze Politycznym oraz jego 7-sobowym Stałym Komitecie, najważniejszym organizmie politycznym w partii i w państwie.

Chociaż Xi rządzi już od dekady, to dopiero teraz na zjeździe uzyskał mandat do sprawowania jednoosobowych rządów

Nawiązując do starej, konfucjańskiej z ducha i natury koncepcji merytokracji, czyli rządów światłych i starannie przygotowanych elit, powolnie – jak wykazywałem w tomie „Wielki Renesans” – zbudowano system, który ma trzy istotne cechy. Po pierwsze najważniejszy przywódca w państwie, działający na zasadzie primus inter pares, pełni trzy najważniejsze stanowiska: jest Przewodniczącym ChRL, a więc głową państwa, sekretarzem generalnym KPCh oraz szefem Komisji Wojskowej przy KC KPCh, czyli głównodowodzącym armią. Po drugie, faktycznie władzę sprawuje tandem, bo przy głównym przywódcy stoi mocno osadzony premier, odpowiedzialny za administrację, gospodarkę, reformy i bieżące zarządzanie. Po trzecie wreszcie – o najważniejszego gremium, czyli Stałego Komitetu można wejść tylko na dwie 5-letnie kadencje, a ponadto warunki są takie, że nie wolno przekroczyć granicy wiekowej 68 lat, a wcześniej trzeba pełnić stanowiska i zebrać doświadczenie na niższych szczeblach.

Ostatnią ekipą, która działała według tych zasad, był tandem Hu Jintao-Wen Jiabao. Xi Jinping po dojściu do władzy konsekwentnie demontował ten system, koncentrował i monopolizował władzę w swoich rękach, za co – słusznie – na zewnątrz zyskał miano „przewodniczącego od wszystkiego”. W ramach bezprecedensowej kampanii antykorupcyjnej usuwał też swoich politycznych oponentów, a premiera Li Keqianga powolnie zmarginalizował. Natomiast na XX zjeździe kompletnie te zasady merytokracji pogrzebał, nadając sobie władzę praktycznie nieograniczoną w czasie, łamiąc bariery wiekowe (sam ma 69 lat, jego pierwszy zastępca w Komisji Wojskowej, gen.  Zhang Youxia nawet 72), jak też wymóg wcześniejszych doświadczeń – desygnowany na premiera 63-letni Li Qiang nigdy nie był wicepremierem, a to był warunek objęcia tego stanowiska.

Powrót cesarza

W ten sposób powrócił w Chinach syndrom niczym nieograniczonego Cesarza, otoczonego wiernym dworem (w Stałym Komitecie znaleźli się tylko ludzie ściśle powiązani z Xi, a w Biurze Politycznym nie znalazło się miejsce dla żadnego przedstawiciela pragmatycznego „nurtu dengowskiego” w partii). Co więcej i co chyba istotniejsze – poprzednią merytokrację, też apodyktyczną i autorytarną, ale w mniejszym stopniu ideologiczną, zastąpiły „myśli Xi Jinpinga o socjalizmie w Nowej Erze”. Przyszła Nowa Ideokracja.

Kiedy w listopadzie 2012 r. doszła do władzy tzw. piąta generacja reformatorów z Xi Jinpingiem na czele, to odrzuciła ona filozofię ostrożności i umiaru, zastępując ją hasłami mówiącymi o chińskich snach i marzeniach

Całkiem nowa nie jest, bowiem podobnie – za pomocą siły i idei – rządził Chinami Mao Zedong (1949-76). Jego „Dzieła Zebrane” publikowano w ChRL w niezliczonych nakładach, ale poza Chinami Mao jako teoretyk poklasku nie zdobył. Leszek Kołakowski w głośnych „Głównych nurtach marksizmu” potratował go pobłażliwie, a wnikliwy Andrzej Walicki w ogóle nie poświęcił mu uwagi. Mao w świecie stał się bardziej popularny jako populistyczny anarchista, który wzniecił rewolucję, obalał „starocia”, kontestował tradycję, w tym Konfucjusza (jest u nas dobra książka na ten temat śp. Krzysztofa Gawlikowskiego) oraz dotychczasowe autorytety, a nawet za to,  że próbował tę rewolucję eksportować (bo towarów na eksport nie miał, a kraj był zamknięty, autarkiczny).

Kiedy natomiast w grudniu 1978 r. doszedł do władczy Deng Xiaoping, to natychmiast zamienił walkę klasową na bój o wzrost gospodarczy; zawołał, iż „socjalizm to nie bieda”; kazał mieszańcom się bogacić, a w skomunizowanej wsi wprowadził kontrakty i rynek. Nade wszystko jedna wołał – bu zhenlong: żadnych ideologicznych dywagacji i komentarzy. Podkreślał: „Liczy się tylko praktyka”, należy „poszukiwać prawdy w faktach”, a nie żadnych „izmach”. Zamiast ideologicznego żaru przyszła chłodna, wręcz wyrachowana ostrożność, nakazująca „iść przez rzekę czując kamienie pod stopami” (by słabego jeszcze wówczas chińskiego kolosa nie powalić) oraz rzeczowa, przyziemna pragmatyka, mówiąc o tym, że „nieważne, czy kot jest biały czy czarny, jak łapie myszy, to jest to dobry kot”.

Partia jest wszędzie. Rośnie kontrola, a nawet inwigilacja, do czego wykorzystano najnowsze technologie, ze sztuczną inteligencją włącznie, przyspieszając proces podczas bezpardonowej (za to antyrynkowej) kampanii „zero tolerancji dla Covidu”

W Chinach nastała wtedy epoka pragmatyzmu, trzeźwej oceny sytuacji (w kraju i za granicą), zdrowego rozsądku, ale też dominacji gospodarki w myśleniu o przyszłości. Natomiast w polityce już u progu reform, reagując na wyłaniający się wtedy ruch dysydencki, Deng podyktował członkom KPCh i całym Chinom „cztery podstawowe zasady”, mówiące o dyktaturze wiodącej roli KPCh, marksizmie i socjalizmie, które potem wprowadzono nawet do tekstu Konstytucji. .

Tym bardziej nie pozwolono sobie na polityczne poluzowanie po traumie Tiananmen wiosną 1989 r., mimo wyjścia wkrótce na globalne rynki (kapitalistyczne) po rozpadzie ZSRR. Deng w swoim testamencie nakazywał dalszą ostrożność i odbudowywanie swej potęgi i siły po cichu, bez zwracania niczyjej uwagi. Co więcej, odrzucił dwa pakiety forsowane wówczas przez „jedyne supermocarstwo” – USA w ramach ideologicznego projektu mówiącego o „końcu historii”. Nie zgodził się na liberalną demokrację jako „nieadekwatną do chińskiej tradycji”, ale też rynkowy „konsensus z Waszyngtonu”. Ten drugi zastąpił – zapożyczonym z Singapuru i innych tamtejszych gospodarczych „tygrysów” – modelem państwa rozwojowego, gdzie prawa rynku połączono z państwowym interwencjonizmem. Jak wiemy, ten model zadziałał, a po przyjęciu ChRL do Światowej Organizacji Handlu (WTO) w grudniu 2001 r. tamtejszy rozwój wręcz wystrzelił, dając dorocznie wzrost dwucyfrowy i zmieniając tym samym rolę i znaczenie Chin w świecie w sposób wręcz błyskawiczny.

Idee i wizje, nie rynek

Kiedy więc w listopadzie 2012 r. doszła do władzy tzw. piąta generacja reformatorów z Xi Jinpingiem na czele, to najpierw odrzuciła filozofię ostrożności i umiaru, zastępując ją hasłami mówiącymi o chińskich snach i marzeniach, w tym o wspomnianym „wielkim renesansie” (którego nie będzie, to oczywiste, gdy po obu stronach cieśniny Tajwańskiej mamy dwa organizmy z Chinami w nazwie). Do tego jeszcze na scenie zewnętrznej wyszła z geostrategicznymi, ambitnymi planami budowy dwóch nowych Jedwabnych Szlaków.

W efekcie, dopiero wtedy, w połowie minionej dekady, „obudziły się” (zbyt późno) USA i Zachód, zdając sobie sprawę, że oto rośnie mu w oczach potężny rywal; na dodatek taki, który ani myśli podporządkowywać się mantrom płynącym z zewnątrz. Przecież Mao już po dekadzie zamienił marksizm w maoizm, bowiem w tamtejszej tradycji wszystko musi być schińszczane. Jak to ładnie ujęto, „każdy może być Amerykaninem” (ostatnie, znane przykłady: Henry Kissinger, Zbigniew Brzeziński, Madeleine Albright), tymczasem „Chińczyk może być tylko Chińczykiem” – nawet  diasporze.

To do nich wszystkich zwraca się teraz Xi Jinping, kreśląc śmiałe wizje i plany, na które na XX zjeździe dostał mandat. Tyle tylko, że dokonuje on jeszcze jednej, gruntownej zmiany – odszedł od poprzedniego pragmatyzmu, ostrożności i merytokracji, zastępując je asertywnością, pewnością siebie, a nade wszystko własną ideologią i rozumieniem socjalizmu, które nazwano „ideami Xi Jinpinga” (Xi Jinping sixiang).

Ponieważ polityk ten rządzi już od dziesięciu lat, więc na ogół już wiadomo, co proponuje. Widać, że te jego idee są oparte na: leninizmie (czytaj: twardej dyscyplinie); konfucjanizmie – bo hierarchiczny i paternalistyczny, a na dodatek, co ważne, rodzimy; nacjonalizmie – („znów będziemy wielcy”) oraz marksizmie, ale rozumianym w sensie bardziej gospodarczym niż czysto ideologicznym, jako nieufność do rynku, rozwarstwienia, nadmiernej prywaty.

Jak te idee są w ważne, potwierdził Xi w pierwszym wystąpieniu publicznym po XX zjeździe, gdy wraz z nowym składem Stałego Komitetu (Chiny to ideogram, symbol, znak, podszept, domysł, wieloznaczność) udał się do Yan’anu, gdzie kiedyś, w tamtejszych jaskiniach, ukryli się chińscy komuniści po głośnym Długim Marszu – i skąd po latach ruszyli na podbój Chin. Tym samym, czytając między wierszami, nowe kierownictwo KPCh wróciło do kolebki rewolucji i okresu sprzed przejęcia władzy w ChRL. Znowu stawia ono ambitne cele, poczynając od rozwiązania najważniejszego celu strategicznego, czyli „kwestii Tajwanu” (za co Xi zebrał na zjeździe najwięcej aplauzu).

Pojawia się też strach, a to oznacza, że z twardej, coraz twardszej autokracji Chiny przechodzą w fazę totalitaryzmu

W tych celach ponownie zwiera się szeregi (wokół Wodza) a partię wprowadza do sektora prywatnego, a nawet korporacji transnarodowych. Partia jest wszędzie. Rośnie kontrola, a nawet inwigilacja, do czego wykorzystano najnowsze technologie, ze sztuczną inteligencją włącznie, przyspieszając proces podczas bezpardonowej (za to antyrynkowej) kampanii „zero tolerancji dla Covidu”. Pojawia się też strach, a to oznacza, że z twardej, coraz twardszej autokracji Chiny przechodzą w fazę totalitaryzmu.

Wraz z dyktatem jednostki może to być bardziej recepta na porażkę niż zapowiadane przez Xi wielkie sukcesy. Jedno wydaje się pewne: Chiny rzeczywiście wkroczyły w Nowa Erę – niepewności, tak na scenie wewnętrznej, jak i wokół nich. A ponieważ ich znaczenie w wyniku – dotychczas – udanych reform niepomiernie wzrosło, więc tym uważniej trzeba im się teraz przyglądać. Niekoniecznie, jak to już zaczyna się robić i u nas, z głosem pełnym uprzedzeń i stereotypów.  Członkowie tak licznej KPCh sami zagłosowali i zgotowali sobie ten los. Niech teraz pokażą, że znowu będą skuteczni, choć akurat obecnie mogą być co do tego pewne wątpliwości.

politolog i sinolog, profesor. Dyrektor Centrum Europejskiego UW w latach 2016-2020. Był również ambasadorem Polski na Filipinach, w Tajlandii oraz w dawnej Birmie w latach 2003-2008. Zajmuje się stosunkami międzynarodowymi we współczesnym świecie. Specjalizuje się w tematyce Chin. Bogdan Góralczyk pracował jako profesor wizytujący na zagranicznych uniwersytetach, w tym na terenie Chin i Indii. Autor wielu pozycji poświęconych Państwu Środka, w tym książki "Wielki Renesans. Chińska transformacja i jej konsekwencje" oraz "Nowy Długi Marsz. Chiny w erze Xi Jinpinga"

Komentarze

2 odpowiedzi na “Nowa ideokracja w Chinach. Powraca „syndrom nieograniczonego Cesarza””

  1. Paweł Kopeć pisze:

    Tak.
    Stare czyli nowe. Dlatego trzeba uważać, mieć dobre stosunki i układy (my Europa, Polska; na komunistyczną UE Niemiec i dla Niemców nie ma, co liczyć, np. przeciw bolszewickiej, czerwonej także, radzieckiej, marxistowskiej, leninowskiej Rosji tow. Putina z kgb i takimż Rosjanom, nihilistom, destruktorom, również azjatyckim!

  2. Michal Jucha pisze:

    Technicznie: korekta jest potrzebna, za dużo literek “k” jest zgubione.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz