Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Niemiecka lewica płaci za odejście od korzeni

Socjaldemokratyczna Partia Niemiec odeszła od lewicowych ideałów i straciła dolne warstwy klasy ludowej z politycznego radaru. Jeśli chce wyjść z kryzysu, musi wrócić na lewo

Ta rezygnacja wisiała w powietrzu już na tydzień przed ogłoszeniem. O ile wynik chadecji w wyborach do Parlamentu Europejskiego tutejsza prasa skwitowała jako „dotkliwą stratę”, o tyle w przypadku socjaldemokracji ocena okazała się znacznie surowsza: mowa była o „fiasku”, „katastrofie”, „postępującej marginalizacji”. Przewodnicząca SPD, Andrea Nahles, miała niewiele na swoją obronę: partia uplasowała się zaledwie na trzecim miejscu, zbierając nader skromne 15,8% głosów – i tracąc niemal 40% elektoratu w porównaniu do wyniku wyborów sprzed pięciu lat.

Hiobowe wieści o sukcesach populistyczno-prawicowej AfD na newralgicznym terenie dawnej NRD, głównie w Saksonii i Brandenburgii, gdzie udało się jej zdeklasować partie rządowej koalicji, stanowiły zaś gwóźdź do politycznej trumny szefowej SPD

Czarę goryczy przepełniły wyniki regionalne, zwłaszcza w wyborach do landowego parlamentu w Bremie, gdzie rządząca od 73 lat SPD utraciła dominującą pozycję na rzecz chadeckiej konkurencji. Hiobowe wieści o sukcesach populistyczno-prawicowej AfD na newralgicznym terenie dawnej NRD, głównie w Saksonii i Brandenburgii, gdzie udało się jej zdeklasować partie rządowej koalicji, stanowiły zaś gwóźdź do politycznej trumny szefowej SPD.  Toteż już tydzień po wyborach, 3 czerwca, Nahles ogłosiła swoją rezygnację ze stanowisk przewodniczącej partii i frakcji parlamentarnej. Wakat na pierwszym z mienionych stanowisk jest już czternastym z kolei (od zjednoczenia Niemiec w 1990 roku) – i uwydatnia en passant inflacyjne wprost zużycie personalnego „materiału” SPD, gdzie statystyczna kadencja przewodniczącego trwa dwa lata. Dla porównania, w konkurencyjno-koalicyjnej chadecji przez ostatnie 46 lat urzędowało jedynie czterech przewodniczących: Helmut Kohl (1973-1998); Wolfgang Schäuble (1998-2000); Angela Merkel (2000-2018) i Annegret Kramp-Karrenbauer (od grudnia 2018).

Koniec świata socjaldemokratów?

Kryzys niemieckiej socjaldemokracji wynika z tego, że wyczerpała ona możliwości politycznej metamorfozy, jakie pojawiły się w ciągu ostatnich 40 lat na prawo od pozycji, którą zajmowała do przełomu lat 70. i 80. jako partia ludzi pracy. Przez kolejne 20 lat – do końca minionego tysiąclecia – SPD usiłowała stać się partią centrum w nadziei, że w domniemanym „środku” społeczeństwa postprzemysłowego natknie się na nieodkryte dotychczas złoża elektoralnych bogactw, których eksploatacja zapewni jej na lata polityczną hegemonię.

Po załamaniu się także tej opcji na początku obecnego tysiąclecia, socjaldemokraci – wyzuci już dawno z tradycji lewicowej i skonfrontowani z długotrwałym kryzysem gospodarczym, który zostawiła im w spadku rządząca w latach 1982-1998 chadecja – spróbowali ucieczki do przodu na klasyczne pozycje neoliberalne à la Blair. Zaniedbali przy tym karygodnie praktykę solidarności społecznej, i ponieśli spektakularną porażkę, której zatrute owoce przyszło im od 2005 roku zbierać w kolejnych koalicjach z CDU, w których musieli odgrywać rolę partnera-juniora.

Jednym z pierwszych, którzy już ponad 35 lat temu zaczęli bić na alarm, że niemiecka socjaldemokracja tkwi w głębokim kryzysie, był niemiecko-brytyjski socjolog Ralf Dahrendorf. W klasycznej już dziś rozprawie „Die Chancen der Krise. Über die Zukunft des Liberalismus” (Szanse kryzysu. O przyszłości liberalizmu, 1983) szokował czytelnika tezą, że tradycyjna misja socjaldemokracji – czyli realizacja społecznej i klasowej emancypacji dawnych warstw upośledzonych – dobiegła końca. Dzieje się tak nie dlatego, że SPD przegrała, lecz dlatego, że bezapelacyjnie zwyciężyła – i to na całej linii.

Ralf Dahrendorf już w 1983 r. szokował czytelnika tezą, że tradycyjna misja socjaldemokracji – czyli realizacja społecznej i klasowej emancypacji dawnych warstw upośledzonych – dobiegła końca

Zwyciężyła, jak mniemał, po pierwsze w starciu najważniejszym, osiągając w mozolnym stuletnim procesie integrację świata klasy robotniczej w społeczeństwie wcześniej w większości mieszczańskim. Wygrała jednakże, twierdził, i wszelkie bitwy „pochodne”: z sukcesem integracyjnym jej klienteli łączyło się wszak – po drugie – zwycięstwo w batalii o trwały awans społeczny. Zapewnił go forsowny marsz w stronę welfare state (i wyraźnie podwyższonych standardów socjalnych) i odczuwalna redystrybucja dóbr, których nadwyżka właśnie dzięki socjaldemokracji zaczęła płynąć ku nizinom społecznym. Do totalnego zwycięstwa przyczyniła się ponadto gigantyczna socjaldemokratyczna ofensywa edukacyjna, która na zachodzie Europy w latach 60. zapewniła trwały i przyspieszony awans intelektualny potomków z rodzin robotniczych, chłopskich i rzemieślniczych.

Reformatorska lewica, która zdecydowała się wziąć rozbrat z krwawymi rewolucjonistami, zejść z płonących barykad, odłożyć na bok karabiny i zaakceptować kapitalistyczny ustrój polityczny, może się uważać za zwycięzcę głównej batalii XX wieku. Jednakże zwycięstwo to łączy się (według Dahrendorfa – nierozerwalnie) z koniecznością zejścia z historycznej sceny.

Kurs na centrum

Dziejowa misja SPD przypadła na epokę społeczeństwa przemysłowego, w dobie państwa narodowego. Jedno i drugie zaczęło wszak już w latach 70. przechodzić do historii: ze społeczeństwa przemysłowego narodziło się społeczeństwo postprzemysłowe, w którym pierwsze skrzypce grała już nie sfera industrialna, lecz potężniejący z roku na rok sektor szeroko pojętych usług. Z utratą dominacji przez klasyczną sferę industrialną wiąże się także liczebnościowa i polityczna redukcja przemysłowego proletariatu jako zrębu klasy robotniczej – czyli głównej siły, z której istnienia wczesna niemiecka socjaldemokracja czerpała swoją dynamikę.

Ale i państwo narodowe znalazło się w fazie schyłkowej. Przełom lat 70. i 80. to równocześnie rosnąca integracja ekonomiczna Zachodu i niekontrolowalne już przez państwo transnarodowe korporacje, internacjonalizacja polityki gospodarczej i pierwsze sygnały globalnego kryzysu ekologicznego, dysharmonia w rozwoju sfery socjalnej i bezradność wobec milionowych ruchów migracyjnych z zapóźnionego cywilizacyjnie Południa ku rozwiniętej Północy. Wszystko to stanowiło o fakcie, że państwo narodowe okazywało się już wówczas w wielu dziedzinach anachroniczną formą reakcji na problemy modernizacji.

Dlatego wchodząc w etap „postmisyjnej” historii po załamaniu się tradycyjnej narracji emancypacyjnej, socjaldemokracja obrała kurs na polityczne centrum. Standardowa formuła brzmiała wówczas: „ponieważ tradycyjny lewicowy elektorat jest w zaniku, nowych wyborców należy szukać w okolicach nowego społecznego «środka»; tylko tam istnieje niewyeksploatowany przez nas jeszcze wyborczy rezerwuar, którego aktywizacja zapewni nam wyniki na poziomie 40 procent głosów”.

Na poszukiwania postsocjalistycznego eliksiru akurat w politycznym centrum rzutowała także fatalna sytuacja realnego socjalizmu w Europie Wschodniej – ze wszystkimi jego autodestrukcyjno-indolencyjnymi aspektami i ich katastrofalną recepcją w zachodnioniemieckich mediach. Zanik wiary SPD w klasyczne socjalistyczne ideały zdawał się znajdować po wschodniej stronie żelaznej kurtyny paradoksalne potwierdzenie w spektakularnym nawrocie ludowej religijności, jaki ogarnął Polskę właśnie na przełomie lat 70. i 80.

SPD powoli traciła swój lewicowo-reformatorski charakter upodabniając się przez dziesięciolecia do tradycyjnych partii ludowo-centrystycznych, dla których narracje emancypacyjne nie mają wielkiego znaczenia

Decyzja o szukaniu nowego zbawienia poza dotychczasowym elektoratem lewicy okazała się wszelako brzemienna w skutki, bo wejście na centrystyczne (zatem często również społecznie i obyczajowo konserwatywne, nierzadko także ufundowane na kwestiach religijnych) tereny pozostawało na dłuższą metę niemożliwe bez istotnych koncesji światopoglądowych na rzecz nowego elektoratu. Te zaś były tego kalibru, iż SPD powoli traciła swój lewicowo-reformatorski charakter upodabniając się przez dziesięciolecia do tradycyjnych partii ludowo-centrystycznych, dla których narracje emancypacyjne nie mają wielkiego znaczenia – w przeciwieństwie do zachowawczych.

W konkurencyjnej walce z chadecją o nowe elektoralne rezerwuary coraz mocniej zacierał się więc tradycyjny lewicowy profil SPD, coraz silniej na drugi plan schodziła kwestia plebejskiej tożsamości, coraz wyraźniej biły dzwony „centrystycznego pojednania”. O ile jednak w CDU nurt centrystyczny istniał od samego początku (obok prawicowego, wyrazistego jeszcze do końca lat 90.), o tyle w przypadku socjaldemokratów był to twór, jaki nie wynikał z naturalnego rozwoju partii, lecz stanowił rezultat odgórnej, sztucznej aplikacji.

SPD na prawo, chadecy na lewo

Dlatego też walka o nowe, postindustrialne „centrum” przybrała w nowym tysiącleciu wymiar paradoksalny. O ile bowiem socjaldemokracja (o czym dokładniej za chwilę) z dawnych pozycji lewicowych skręcała coraz silniej na prawo, o tyle konkurująca chadecja obierała coraz wyraźniej kurs na lewo: w 2001 roku (będąc jeszcze w opozycji) poparła zrównanie prawne związków homoseksualnych z heteroseksualnymi; 10 lat później, już jako wiodąca siła rządowa, zniosła powszechny obowiązek służby wojskowej; w tym samym 2011 roku, kilka zaledwie dni po katastrofie reaktora w Fukushimie, przeforsowała spektakularną rezygnację z energii atomowej; w 2013 roku wprowadziła powszechne prawo do miejsca w żłobku; w 2017 roku zaś – walnie przyczyniła się do stworzenia prawa do zawierania małżeństw homoseksualnych.

Efektem tego skomplikowanego procesu była między innymi daleko posunięta socjaldemokratyzacja CDU, której – zwłaszcza pod kierownictwem Angeli Merkel – udała się kompletna metamorfoza wizerunkowa. Z partii wyraziście tradycjonalistycznym charakterze, Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna przemieniła się w postępowo-centrystyczną. Zmarginalizowała przy tym swoje prawe skrzydło, zaś swoją nową światopoglądową otwartością de facto unieważniła atrybut chrześcijański zawarty w jej nazwie.

Tymczasem SPD nie potrafiła skutecznie zaradzić socjaldemokratyzacji konkurencji, zaś do rangi najważniejszego problemu wizerunkowego urosła jej nowa, centrystyczna narracja. Upadek tej dawnej, do lat 70. włącznie tradycyjnie zorientowanej na kolektywne wybicie się na polityczną i ekonomiczną niepodległość, został pospiesznie załatany stworzeniem nowej, w której wszak zaczął teraz dominować akcent indywidualny: już nie związek z klasą był w niej istotny, ale możliwości indywidualnej samorealizacji – zgodnie z duchem nowych czasów, w których zatarciu uległy tradycyjne klasowe i proletariackie ligatury.

W epoce postprzemysłowej bowiem poza burtą socjaldemokracji pozostaną ci, którym się „nie udało”: zatem głównie ofiary rozpoczynającej się w latach 70. deindustrializacji, zamykania zakładów przemysłu ciężkiego i metalurgicznego; ofiary racjonalizacji i technologicznych innowacji, spychania przemysłu na margines sektora usług; ofiary liberalizacji układów taryfowych i wzrostu wydajności pracy; ofiary spadku rentowności i zasobów kapitałowych, w końcu zaś – ofiary zmian strukturalnych i rosnących deficytów handlowych w tradycyjnych gałęziach przemysłu.

Szansa na programową odnowę i ponowne podjęcie wątku emancypacji pozostaje szczególnie wyrazista na terenach dawnej NRD z jej zdemontowanym przemysłem

Owa nieobjęta awansem, często zaś zepchnięta w bezrobocie i zdana na pomoc socjalną część dawnej klasy robotniczej to właśnie te 15-20% dawnych sympatyków, którzy w latach 80. i 90. wyobcowują się z tradycyjnego socjaldemokratycznego elektoratu, tracą kontakt z SPD i – najczęściej – znikają wśród niegłosujących, niekiedy jednak poczynają wybierać partie o profilu socjalno-populistycznym. „Solidarność”, jaką ma im do zaoferowania SPD po zakończeniu swojej historycznej misji, nie obejmuje bowiem już projektu mozolnego wspinania się po społecznej drabinie, lecz jedynie indywidualny zasiłek dla bezrobotnych. Toteż właśnie w efekcie tego procesu w latach 80. zasoby elektoralne SPD zaczęły się wyraźnie kurczyć – z 42,9% (1980) do 38,2% (1983), 37% (1987), trzy lata później zaś – do 33,5%.

Niewykorzystane enerdowskie eldorado

Jak dalece niewiarygodną pozostaje nowa socjaldemokratyczna narracja o solidarności, świetnie obrazuje także pierwsze pozjednoczeniowe dziesięciolecie. Na pozór tworzy ono potencjalne elektoralne eldorado dla partii o wyrazistym lewicowo-reformatorskim profilu. Szansa na programową odnowę i ponowne podjęcie wątku emancypacji pozostaje szczególnie wyrazista na terenach dawnej NRD z jej zdemontowanym przemysłem, z 8500 zakładów i 4 milionami pracowników pozostających w zależności od widzimisię Urzędu Powierniczego, z bezrobociem, sięgającym regionalnie 20%, i ze zdegradowanymi politycznie i socjalnie biografiami byłych obywateli, którzy niejednokrotnie odczuwają na własnej skórze dyskryminację, skrzętnie ukrywaną pod pozorami formalnej praworządności.

Ta szansa pozostanie niewykorzystana. SPD lat 90. nie jest już bowiem partią socjalnej lewicy (to miejsce bardzo szybko zajmą wschodnioniemieccy postkomuniści), lecz partią liberalno-centrystyczna, dla której jej własna rewolucyjna przeszłość stanowi jedynie odległą historię. Sukces w wyborach z 1998 roku niewiele tutaj zmienia, jego główne źródło tkwi bowiem w postępującej indolencji rządzącej wtedy od 16 już lat chadecji, w skrajnym zużyciu jej personalnego materiału – i powszechnym społecznie pragnieniu zmiany warty, która podołałaby w końcu ciągnącemu się od 8 lat kryzysowi.

Reformy, jakich podejmie się socjaldemokratyczno-zielona koalicja (1998-2005), będą miały zatem – na tle „rozwoju” SPD lat 80. i 90. – konsekwentnie neoliberalny charakter. Ograniczą one radykalnie zasiłek dla bezrobotnych, zredukują zapomogę socjalną do minimum, wypchną długoletnich bezrobotnych za burtę urzędów pracy, zliberalizują prawo pracy na korzyść pracodawców – i otworzą szeroko bramy dla pracy najemnej na umowach śmieciowych.

Efekt tych neoliberalnych reform rynku pracy i płacy będzie piorunujący: w Arbeitsamtach w ciągu dwóch lat (2003-2005) fantastycznie poprawią się statystyki, w Ministerstwie Pracy – budżety, w przedsiębiorstwach (w których zatrudnieni na czas ograniczony zaczną tworzyć rosnącą z roku na rok grupę) – struktura zatrudnienia i wydatków. Poza burtą urzędów pracy znajdzie się w 2005 roku ponad 3,5 miliona tzw. „wspólnot w potrzebie” (zazwyczaj: wspólnot życiowych z dominującym w ich biografii doświadczeniem bezrobocia), mających małe szanse na znalezienie pracy (w roku 2018 takich zdeklasowanych socjalnie wspólnot było ciągle jeszcze 3,1 miliona).

Odchudzone do kości państwo dawnego dobrobytu zacznie – kosztem wykluczonych – tworzyć podstawy swoich oszczędności, które począwszy od 2014 roku zaowocują trwałym dodatnim bilansem przychodów i wydatków w budżecie. Socjaldemokratycznie kierowane Niemcy epoki kanclerza Gerharda Schrödera stanowią – w makroskali – wzorcowy przypadek neoliberalnej modernizacji. W Europie tylko Wielka Brytania rządów Tony’ego Blaira może równać się z nimi rozmachem i efektem reform.

Równocześnie właśnie te same reformy stanowią – na dłuższą metę – równię pochyłą dla wyborczych wyników SPD: z 40,9% (1998) siedem lat później zostało już tylko 34,2%, zaś w roku 2009 (po ok. 5 latach obowiązywania mienionych wyżej reform) – już tylko katastrofalne 23%. Na tym nie koniec: neoliberalny kurs SPD spowodował w 2005 roku secesję, w wyniku której radykalno-socjalistyczne skrzydło SPD wraz z lewicowymi związkowcami założyło Alternatywę Wyborczą Praca i Sprawiedliwość Społeczna (WASG) – nową partię na lewo od bezkonkurencyjnych do tamtej pory w Zachodnich Niemczech socjaldemokratów.

Wykorzystując solidne zakorzenienie Alternatywy w zachodnich strukturach związków zawodowych i dawnym lewym skrzydle SPD, wschodnioniemieccy postkomuniści szybko (2007) doprowadzili do fuzji z WASG i – przez szeroko w ten sposób otwarte politycznie bramy – wkroczyli na niezdobyty do tamtej pory teren dawnej Republiki Federalnej, zajmując miejsca w tamtejszych parlamentach krajowych Hamburga, Bremy, Hesji, Północnej Nadrenii-Westfalii, Szlezwiku-Holsztyna i Kraju Saary. Procesowi zapaści na lewej flance SPD doda pikanterii fakt, iż na czele partii Die Linke, powstałej z fuzji zachodniej Alternatywy i wschodnich postkomunistów, stanie Oskar Lafontaine – prominentny ex-socjaldemokrata, długoletni (1985-1998) premier Kraju Saary, zaś w latach 1995-1999 przewodniczący SPD.

Jedyny ratunek – powrót do ideałów

Co w takim razie pozostaje niemieckiej socjaldemokracji po zakończeniu jej historycznej misji emancypacyjnej oraz centrystycznym intermezzo i neoliberalnej przygodzie ostatnich 40 lat? Jeśli uświadomić sobie, iż lata wyborczych porażek przypadają na epokę centrystyczna, czasy elektoralnych katastrof pozostają tożsame z forsowaniem opcji neoliberalnej, zaś utrata ponad 50% elektoratu w ciągu 20 lat pokrywa się z faktycznym zarzuceniem lewicowej tożsamości, wówczas konsekwentnie nasuwa się tylko jedna odpowiedź: powrót do emancypacyjno-reformatorskiej tradycji, rewitalizacja myśli solidarystycznej, odnowa w duchu nowocześnie pojętej klasowości.

Dla radykalnie odnowionej socjaldemokracji właśnie kwestia współczesnego awansu społecznego mogłaby się stać taką nowoczesną narracją o (nieistnieniu) zbiorowej emancypacji, jako że perwersyjna forma tego pierwszego doskonale unaocznia mechanizmy społecznej ekskluzji: z głębi socjalnych nizin awansuje dzisiaj jedynie samotne indywiduum – w miarę jego zasług; w głęboki cień niepamięci popada natomiast upośledzona socjalnie i edukacyjnie zbiorowość, z której owo indywiduum się wywodzi.

Postnowoczesny merytokratyczny awans to także konieczność postawienia na wokandzie sprawy warstw najbardziej upośledzonych. Nie wywodzą się one już – jak w klasycznej narracji – zbiorowo z robotniczych dzielnic, nie stanowią dolnej warstwy dyskryminowanego proletariatu, nie żyją z pracy ponad siły w czeluściach kopalń i otchłaniach dymiących fabryk. Ich dyskryminacja ma dzisiaj charakter dyskretny, niemal niepostrzegalny: wyraża się brakiem inteligenckiej tradycji rodzinnej, słabą pozycją materialną, ograniczonym dostępem do dóbr niematerialnych, tradycyjnie niskimi inwestycjami w edukację, nieznajomością języków obcych, do tego zaś nierzadko imigracyjnym pochodzeniem, niestabilnością struktur rodzinnych, problematycznym otoczeniem socjalnym, niskim stopniem integracji z większością społeczeństwa.

Neoliberalny kurs SPD spowodował w 2005 roku secesję, w wyniku której radykalno-socjalistyczne skrzydło SPD wraz z lewicowymi związkowcami założyło Alternatywę Wyborczą Praca i Sprawiedliwość Społeczna

Te dolne warstwy klasy ludowej niemiecka socjaldemokracja ostatnich 40 lat straciła z politycznego radaru niemal w całości (ich pojawianie się tam jest jedynie retorycznym kwiatkiem przypinanym do kożucha przy okazji wyborów). Toteż swojego reprezentanta owe warstwy postrzegają niekiedy w postkomunistach, najczęściej zaś – w populistyczno-nacjonalistycznej AfD.

To nie dziwota, gdy przyjrzeć się dzisiejszej strukturze socjalnej SPD. Jeśli bowiem jeszcze w latach 50. i 60. panował w niej młody nurt robotniczo-plebejski, o tyle struktura członkowska z 2018 roku w niczym tych odległych czasów nie przypomina: wśród 457 000 socjaldemokratów robotnicy to dzisiaj jedynie 8%. Największą grupę stanowią natomiast renciści (34 %) przed urzędnikami państwowymi (23%) i pracownikami umysłowymi (15%). Partyjna populacja jest zdominowana przez mężczyzn (68%), zaś średnia wieku wynosi 60 lat.

Wszelako pod względem ekonomicznym i socjalnym to właśnie postkomuniści stanowią dzisiaj bundesrepublikańską lewicę, pozostają silniej zakorzenieni w klasie ludowej, nieobce jest im też doświadczenie długoletniej politycznej ekskluzji z bundesrepublikańskiego mainstreamu. Przede wszystkim zaś nad socjaldemokratami mają tę przewagę, iż – w zgodzie z dominującym nurtem liberalno-lewicowym w publicystyce – traktują pozjednoczeniową historię nie jako zapis sukcesu, lecz jako kronikę prześnionej modernizacji.

Do powrotu ku pozycjom lewicowym będzie socjaldemokratów skłaniać także fiasko ich własnych wypraw ku domniemanemu centrum i ku pozycjom neoliberalnym – wypraw połączonych ex post z nauką, że konkurencja reprezentuje te właśnie pozycje o wiele efektywniej i wiarygodniej, nie uprawiając przy tym karkołomnej programowej ani retorycznej ekwilibrystyki.

Na lewo będzie socjaldemokratów pchać także własna marginalizacja w czwartej już z kolei koalicji rządowej z CDU/CSU. Od ostatniej katastrofy wyborczej sprzed dwóch lat mnożą się w partii głosy, by wyjść z żelaznego uścisku pani kanclerz, zanim jeszcze zostanie się zdeklasowanym do roli ubogiego krewnego zabiegającego o jałmużnę.

Niewykluczone wszak, że w perspektywie następnych 10-15 lat pojawi się także kwestia fuzji z komunistami. Jest oczywiste, że jeśli w ogóle do niej dojdzie, to będzie stanowiła długotrwały proces. Jego pierwszym etapem musi być rekonstrukcja własnego przywództwa. Za nią dopiero pójdą renowacja programu i odbudowa elektoratu do poziomu ok. 27-30 procent. Dopiero na tym pułapie bowiem zjednoczenie z Die Linke daje szanse na rzucenie rękawicy pod nogi chadecji.

stały współpracownik NK, germanista i historyk, studiował w Berlinie i we Wrocławiu. W przeszłości członek redakcji czasopism „CONstructiv” i „Junge Freiheit”. Specjalizuje się w historii Trzeciej Rzeszy i kulturze NRD. Miłośnik Bayernu Monachium, broni strzeleckiej i prozy Andrzeja Kuśniewicza.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Niemiecka lewica płaci za odejście od korzeni”

  1. lupo22 pisze:

    Przepraszam, ale obecnie konserwatystow widze tylko wokol AFD. Nazywanie ich populistami jest klamstwem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz