Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Muzeum Drugiej Wojny Światowej: opowieść uczciwa

Gdańska placówka budziła krytykę jeszcze, zanim powstała. Tymczasem prof. Paweł Machcewicz stworzył bardzo profesjonalną i atrakcyjną wystawę o historii z polskim wątkiem.

Gdańska placówka budziła krytykę jeszcze, zanim powstała. Tymczasem prof. Paweł Machcewicz stworzył bardzo profesjonalną i atrakcyjną wystawę o historii z polskim wątkiem.

Na tablicy kończącej wystawę stałą w Muzeum Drugiej Wojny Światowej w Gdańsku wciąż na pierwszym miejscu widnieje nazwisko prof. Pawła Machcewicza jako autora koncepcji merytorycznej i scenariusza ekspozycji. Jak długo tak będzie – nie wiadomo. Paweł Machcewicz, który muzeum stworzył i którego autorską koncepcję ono prezentuje, nie jest już jego dyrektorem. Od momentu połączenia – na mocy decyzji ministra kultury i dziedzictwa narodowego – placówki z Muzeum Westerplatte na początku kwietnia nowym szefem obu muzeów jest dr Karol Nawrocki, wcześniej naczelnik Biura Edukacji Publicznej w gdańskim oddziale IPN.

Nad Machcewiczem czarne chmury zbierały się od momentu dojścia PiS do władzy. Muzeum Drugiej Wojny Światowej w zaprojektowanej przez niego postaci nie budziło entuzjazmu części polityków PiS-u oraz kręgów bliskich partii rządzącej. Szczególnie tych, którzy wspierają bardzo asertywną wersję polityki historycznej. Asertywną i, można by rzec, nieco łopatologiczną, przypominającą sztampową, oficjalną wersję historycznego mitu, serwowaną Polakom przez coraz bardziej sklerotyczne władze sanacyjne w latach 30. XX wieku.

Przyczyny odwołania Machcewicza były w najoczywistszy sposób polityczne – muzeum powstało dzięki jego prywatnie bliskim stosunkom z Donaldem Tuskiem, co za rządów PiS było obciążeniem. Bliski znajomy Tuska po prostu nie mógł kierować jedną z kluczowych placówek muzealnych w Polsce, niezależnie od tego, jak bardzo była ona jego autorskim dziełem. Oskarżeniom w oczywisty sposób sprzyjała realizowana przez rząd Tuska polityka swoistego appeasementu wobec Berlina. Ciąg wnioskowania był prosty: skoro Tusk robi wszystko, aby się Niemcom przypodobać, a Machcewicz jest jego znajomym i z jego poparciem tworzy muzeum, to jasne jest, że to muzeum będzie promowało wizję wygodną dla Platformy i Tuska. Ten automatyzm działania nowej władzy musi budzić sprzeciw w każdym, kto bardziej od partyjnych lojalności ceni sobie instytucje państwa. Czy Machcewicz, pozostając na stanowisku, byłby gotów podjąć dyskusję o korektach ekspozycji (korektach, nie radykalnej zmianie) – to inna kwestia.

Konflikt wokół Muzeum Drugiej Wojny Światowej jak w soczewce skupia szerszy spór pomiędzy „rewolucjonistami” a bardziej umiarkowanymi konserwatystami o to, w jaki sposób pokazywać historię, jak o niej opowiadać i jak realizować politykę historyczną

Jednak niezależnie od tego politycznego aspektu sprawy, konflikt wokół Muzeum Drugiej Wojny Światowej jak w soczewce skupia szerszy spór pomiędzy „rewolucjonistami” a bardziej umiarkowanymi konserwatystami o to, w jaki sposób pokazywać historię, jak o niej opowiadać i jak realizować politykę historyczną. Wizja Machcewicza była oskarżana – zanim jeszcze muzeum zostało otwarte, wyłącznie na podstawie informacji o tworzonym dopiero scenariuszu wystawy – o to, że zbyt słabo wskazuje, kto jest winien wybuchu wojny, że relatywizuje, że zbyt mało promuje polski punkt widzenia.

Obserwując nie tyle nawet obecny radykalizm niektórych osób zajmujących się sprawami historii i edukacji bliskich władzy, które krytykowały wystawę, co przede wszystkim sztuczność i nachalność ich działań, zahaczające momentami o zwykłą i w dodatku nieumiejętnie robioną propagandę (niestety, dotyczy to także sztandarowego dla polityki historycznej PiS-u zagadnienia Żołnierzy Niezłomnych), można mieć poważne wątpliwości co do efektywności proponowanych przez te środowiska metod. Tym bardziej warto przypomnieć wstrzemięźliwe i rozsądne głosy postaci o najwyższym autorytecie naukowym, które się w tej sprawie pojawiały i które nadal mogą mieć wpływ na sytuację muzeum. Rok temu, w sierpniu 2016 r., gdy narastały kontrowersje wokół losów placówki i samego Machcewicza, wspólny list w tej sprawie opublikowali profesorowie Timothy Snyder (członek Kolegium Programowego muzeum) oraz prawdopodobnie najwybitniejszy dzisiaj polski historyk Andrzej Nowak. „Żaden z nas nie zaprojektowałby wystawy Muzeum II Wojny Światowej dokładnie tak, jak ona wygląda dzisiaj. Obaj uznajemy jednak, że wystawa oddaje zarówno prawdę historyczną w wymiarze ogólnego obrazu wojny, jak i szczególne miejsce w niej Polski. Jesteśmy zgodni, że Muzeum II Wojny Światowej, w jego obecnej formie, stwarzałoby wyjątkową szansę dla Polaków, by dowiadywali się o wojnie poza Polską, a dla zagranicznych zwiedzających szansę poznawania polskiej historii” – pisali naukowcy.

Sprawdzić samemu

Muzeum zostało otwarte, Machcewicz stracił stanowisko.

Uznałem, że jedynym sposobem, aby wyrobić sobie zdanie o zaprojektowanej przez niego wystawie, jest jej zwiedzenie. Na początku czerwca spędziłem w Muzeum Drugiej Wojny Światowej ponad siedem godzin, starając się możliwie dokładnie zwiedzić ekspozycję. Te siedem godzin – choć wydaje się ogromnie długo jak na jakiekolwiek muzeum podobnego typu – to i tak za mało, żeby zagłębić się we wszystko. Na to trzeba by poświęcić około dwóch dni.

Jeśli do czegoś można się przyczepić, to do zbyt oszczędnego schematu nawigacji po wystawie – niektórzy mogą mieć problem z odnalezieniem drogi lub tego, co ich szczególnie interesuje – oraz do braku Wi-Fi, co we współczesnym świecie niezwykle ważne

Starałem się podejść do wystawy bez uprzedzeń, choć trudno mi było nie pamiętać choćby o tym, jak niedługo wcześniej prezes IPN namaszczony przez PiS, dr Jarosław Szarek, grzmiał po zwiedzeniu muzeum, że skandalem jest, iż postaci takiej jak rotmistrz Pilecki poświęcono zaledwie 20 centymetrów kwadratowych. Uwagi Szarka pachniały populizmem – nie powinno się wygłaszać takich stwierdzeń, kierując je do szerokiej publiczności, która nie jest w stanie ocenić kontekstu, w jakim znalazła się w ekspozycji dana postać, bo tej ekspozycji, jej układu i logiki nią rządzącej nie zna. Odłożyłem zatem na bok żale dr. Szarka, traktując je jako konieczny trybut składany władzy, dzięki której prezes IPN jest tam, gdzie jest.

Co zatem można powiedzieć o muzeum w jego obecnym kształcie, wciąż niezmienionym przez nową ekipę?

Po pierwsze – nowoczesna forma

To we współczesnych muzeach narracyjnych standard, ale wart odnotowania, ponieważ muzeum istotnie imponuje. Wystawa umieszczona jest głęboko pod ziemią, tylko w korytarzu bardzo wysoko na głowami zwiedzających światło wpada przez wąskie okna. Muzeum nie przytłacza, ale stwarza szczególną atmosferę, która przy tej właśnie opowieści jest nie tylko wskazana, ale może i niezbędna.

Stworzona od zera przestrzeń daje olbrzymie możliwości aranżacji i z tych możliwości skorzystano. Sale nie są jednakowe, każda ma formę odpowiednią dla prezentowanych treści – od naturalnej wielkości makiety przedwojennej polskiej ulicy (jedno z miejsc robiących największe wrażenie), poprzez salę kinową, gdzie pokazywany jest film o sowieckiej okupacji, na niewielkich pokojach skończywszy, w których obok obejrzenia paru eksponatów można posłuchać wspomnień uczestników różnych wydarzeń.

Muzeum zgromadziło do dziś ponad 40 tys. eksponatów, z których pokazywanych jest zaledwie około 2 tysięcy. To wynika z oszczędnej formy prezentacji (tak działają nowoczesne muzea), ale też zwiedzający nie przyjęliby większej liczby informacji. Przejście kilkunastu sal i tak dostarcza ogromnej liczby wiadomości i różnego rodzaju impulsów.

Wbrew obawom i oskarżeniom muzeum nie relatywizuje winy za rozpętanie konfliktu ani za zbrodnie

Widać przy tym ogromny wysiłek autorów scenariusza wystawy, żeby informacje były zarazem pełne i skrótowe, wyczerpujące, ale też czytelne i możliwie lakoniczne. Trudno to pogodzić, ale w większości przypadków się udaje. Nie byłoby to możliwe bez zastosowania nowoczesnych środków muzealnych. Dobrze wykorzystano interaktywne systemy. Chwali się, że w całym muzeum oparte są na tym samym interfejsie. Każdy punkt i eksponat jest opisany po polsku i angielsku. W obu wersjach językowych są też wszystkie materiały multimedialne.

Jeśli do czegoś można się przyczepić, to do zbyt oszczędnego schematu nawigacji po wystawie – niektórzy mogą mieć problem z odnalezieniem drogi lub tego, co ich szczególnie interesuje – oraz do braku Wi-Fi, co we współczesnym świecie niezwykle ważne. To wyzwanie dla nowego kierownictwa – aż się prosi, żeby poprowadzić zwiedzających za pomocą aplikacji na telefony komórkowe.

To jednak wszystko detale techniczne. Teraz sprawy ważniejsze.

Po drugie – nie polska, ale globalna perspektywa

To nie jest muzeum stawiające na polski punkt widzenia. I nie jest to zarzut. Takie było założenie jego twórców: opowiadamy o drugiej wojnie światowej jako wydarzeniu, które dotknęło cały świat i zmieniło go na zawsze. Nie opowiadamy głównie o Polsce w czasie drugiej wojny (choć o niej także), ale o całym świecie. Owszem, Polska dostaje mimo wszystko uprzywilejowane miejsce, ale dostaje je głównie dlatego, że była wyjątkowa z czysto faktograficznego punktu widzenia. Na przykład osobna sala, w której jedną ze ścian zajmuje schemat organizacyjny Polskiego Państwa Podziemnego, należy się nam, bo tylko w Polsce taka struktura działała. Uważny zwiedzający bez trudu wychwyci też porażającą różnicę pomiędzy ciężarem okupacji w Polsce a w krajach takich, jak Dania, Holandia czy Francja. Wychwyci także ogromną różnicę w skali i sposobie zorganizowania ruchu oporu. Pod tym względem muzeum w dyskretnej i nienachalnej formie przemyca ważną dla nas informację, która dla wielu zagranicznych gości może być nowością.

Czy to oznacza, że nie ma w Muzeum Drugiej Wojny Światowej niczego do poprawienia? Tam, gdzie Polska ma się czym pochwalić, warto wzmocnić przekaz

Taka perspektywa daje możliwość dowiedzenia się czegoś nowego nawet tym, których wiedza o czasie wojny jest więcej niż pobieżna. Ten sposób pokazywania wojny przypomina, że to także gehenna Chińczyków, brytyjskich żołnierzy w japońskich obozach czy Holendrów w Indiach Wschodnich. Że w niemieckich „obozach” pod gołym niebem masowo umierali sowieccy jeńcy, a przymusowymi robotnikami w Niemczech byli także uczestnicy hiszpańskiej wojny domowej ze strony republikańskiej.

Ale jest też głębsza korzyść z takiego sposobu opowiadania historii. Nasza historia – opowieść, którą o wojnie chcemy przekazać innym my, Polacy – będzie atrakcyjna dla tych, którzy Polakami nie są i zapadnie im w pamięć, jeśli nie będą mieli wrażenia, że są poddawani indoktrynacji, ale też jeśli odnajdą w niej wątki nawiązujące do ich własnej historii, do ich własnych przeżyć. I to się w gdańskim muzeum chyba udało.

Po trzecie – nie ma relatywizacji

Wbrew obawom i oskarżeniom muzeum nie relatywizuje winy za rozpętanie konfliktu ani za zbrodnie. Winni są jasno wskazani już na samym początku. Autorytarne systemy – narodowosocjalistyczny, komunistyczny, faszystowski i japoński – są pokazane już w pierwszych salach.

Zarazem muzeum pokazuje wojnę również przez pryzmat indywidualnych cierpień ludzi, niezależnie od tego, czy mieszkali w krajach napadniętych czy atakujących. Podsumowanie ofiar bombardowań mówi też o alianckich atakach dywanowych między innymi na Drezno – i tego wymaga uczciwość historyczna. Podobnie jak wymaga opowiedzenia o tragedii „Gustloffa” i o tym, że sowiecki kapitan, który zatopił niemiecki statek z uciekinierami, był wiele razy karanym alkoholikiem.

Nie odniosłem jednak wrażenia, aby w którymkolwiek momencie te osobiste historie zaciemniły większy obraz i sprawiły, że zapominamy, kto był winny również tym cierpieniom. Nie ma więc mowy o realizacji taktyki, którą przyjął już dawno niemiecki Związek Wypędzonych (nie ma winnych, są tylko indywidualne ofiary). Jest natomiast konsekwentne podążanie za Mackiewiczowym mottem, iż tylko prawda jest ciekawa.

Po czwarte – ludzkie historie

Indywidualne doświadczenia są siłą muzeów narracyjnych. W Gdańsku jest ich mnóstwo i są one różne. Wiele relacji mrozi krew w żyłach, ale są też opowieści pokazujące, że rzeczywistość była złożona. Znajdziemy zatem straszliwe relacje więźniów obozów koncentracyjnych i ofiar sowieckich deportacji, ale też zdjęcie pokazujące przymusową robotnicę ze wschodu ze swoją niemiecką dysponentką, która była dla dziewczyny jak siostra. Jest też relacja Niemki, która przeżyła „wyzwolenie” Gdańska przez sowieckich żołnierzy i której koleżanki oraz członkinie rodziny padły ofiarą brutalnych gwałtów „oswobodzicieli”.

Zarazem jednak zadbano, aby takie historie zostały umieszczone w kontekście. Objaśnienia mówią o tym, co było normą, a co odstępstwem od niej. Nie zaciemniają zatem większego obrazu.

Po piąte – prawda ponad wszystko

Nawet jeśli nie pasuje do wizji narodu bez skazy. Czy granatowi policjanci wysługiwali się Niemcom? Tak, choć było w tej formacji również wielu, którzy z narażeniem życia działali w ruchu oporu oraz pomagali Żydom. Gdy Niemcy zażądali, aby policjanci czynni w policji przedwojennej pozostali w służbie, podziemie nakazało im stanowczo, żeby tak właśnie uczynili. Czy zwłaszcza na początku okupacji Polacy pisali do niemieckich władz donosy, za pomocą których chcieli się pozbyć nielubianych sąsiadów, krewnych, współpracowników? Tak, niestety, choć to mało znany i zapomniany wątek. Ale istniał. Większość takich listów przechwytywali na szczęście działający w podziemiu pocztowcy – chwała im za to. Czy pewna, niewielka szczęśliwie liczba mieszkańców Podhala zdecydowała się podjąć ofertę stworzenia Goralenvolku podsuniętą przez Niemców? Tak, niestety, choć nie udało się Niemcom nigdy powołać nawet najmniejszej formacji złożonej z Polaków. I był to jedyny przykład zorganizowanej polskiej kolaboracji z niemieckim okupantem.

Wystawa nie jest z pewnością perfekcyjna i nawet gdyby szefem muzeum był nadal Paweł Machcewicz, z pewnością wprowadzałby do niej poprawki i modyfikacje. Jeśli obecny dyrektor wybierze taką drogę – to dobrze

I tak dalej, i tak dalej. Wszystkie te kwestie są prawdziwe, choć dla nas bolesne i niewygodne. Ale miały miejsce. Muzeum traktuje te wątki uczciwie i – jakkolwiek zwolennikom „rewolucyjnej” wizji polityki historycznej może to nie odpowiadać – należy je za to docenić. Ale i za to, że wszystkie te opowieści są umieszczone w kontekście wskazującym ich faktyczną wagę.

To nie ideał

Czy to oznacza, że nie ma w Muzeum Drugiej Wojny Światowej niczego do poprawienia? Czy nigdzie nie należałoby inaczej rozłożyć akcentów? Bynajmniej.

Tam, gdzie Polska ma się czym pochwalić, warto wzmocnić przekaz. Jan Karski ma swoje własne „stanowisko” multimedialne, niedaleko w kącie (naprawdę schowanym) swoje miejsce ma Irena Sendlerowa. Tych dwoje mogłoby zajmować zdecydowanie bardziej wyeksponowane miejsce. Wspomniany przez dr. Szarka rotmistrz Pilecki pojawia się faktycznie epizodycznie w wątku obozów koncentracyjnych. Nie jest to powód do ciskania gromów, jak to czynił prezes IPN, bo z punktu widzenia logiki wystawy jest to całkowicie zasadne. Ale i jego można by lepiej pokazać, zwłaszcza że jest postacią wyjątkową. Być może warto zebrać te trzy osoby – Karskiego, Sendlerową i Pileckiego – w jednym miejscu i poświęcić im bardziej wyeksponowane miejsce jako tym, którzy dokonali rzeczy wyjątkowych w skali całego światowego konfliktu?

Problematyczny jest też niezwykle czuły wątek ludności żydowskiej na ziemiach przechodzących z rąk sowieckich w niemieckie. Faktem bezsprzecznym jest, że ludność żydowska w wielu miejscach witała Sowietów entuzjastycznie (możemy o tym przeczytać między innymi w prozie Józefa Mackiewicza) i chętnie uczestniczyła w systemie przez nich wprowadzanym. Faktem jest też, że po niemieckiej agresji na ZSRS i przejęciu tych terenów przez Niemców odruchy zemsty na Żydach były spowodowane ich wcześniejszą postawą. Muzeum o tym mówi, ale udział ludności żydowskiej w sowieckim aparacie opresji czy po prostu jej entuzjazm wobec sowieckiej okupacji jest prezentowany w zbyt warunkowej formie, tak jakby nie był bezsprzeczną prawdą historyczną, a jednym z wariantów zdarzeń. Obiekcje może też budzić umieszczenie historii z Jedwabnego, opowiedzianej w jednoznacznej wersji polskiego sprawstwa, wśród kilku przykładów pogromów z różnych regionów.

Jest wreszcie prozaiczny, ale przecież jak najbardziej realny, problem zmęczenia zwiedzających i ich zdolności percepcji. W miarę zwiedzania ta ostatnia słabnie, a właśnie wtedy pojawia się opowieść o Polskim Państwie Podziemnym, później o Żołnierzach Niezłomnych, a wreszcie, na samym końcu, o nierozliczonych zbrodniach i zbrodniarzach. Jak ten problem rozwiązać – trudno powiedzieć, bo też dla opowieści, jaką przedstawia gdańskie muzeum, trudno znaleźć inny układ niż istniejący, chronologiczny.

Co się stanie z Muzeum Drugiej Wojny Światowej – nie wiadomo. Nowy dyrektor kieruje placówką zaledwie od dwóch miesięcy. Na razie w holu, z którego wchodzi się na główną wystawę, ustawiono plansze opowiadające o życiu i czynach Witolda Pileckiego.

Wystawa nie jest z pewnością perfekcyjna i nawet gdyby szefem muzeum był nadal Paweł Machcewicz, z pewnością wprowadzałby do niej poprawki i modyfikacje. Jeśli obecny dyrektor wybierze taką drogę – to dobrze. Jeśli zdecyduje się na radykalną przebudowę wystawy, całkowitą zmianę koncepcji, zwłaszcza pod dyktando radykałów, żądających wdrożenia najbardziej tępej, łopatologicznej i propagandowej wersji opowieści – zniszczy coś, co bez wątpienia stanowi dużą wartość: kapitał bardzo profesjonalnie i atrakcyjnie opowiedzianej historii z polskim wątkiem.

Autor jest publicystą tygodnika „Do Rzeczy”

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz