Macron nie uratuje honoru Francji

Aktualności,

Słaba prezydentura Macrona może się okazać ostatnim etapem na drodze upadku tradycyjnej, dwupartyjnej demokracji, opartej na podziale lewica-prawica

Emmanuel Macron, były pracownik banku Rothschild, wygrał – zgodnie z oczekiwaniami – I turę wyborów prezydenckich we Francji. Jego sztabowi, składającemu się głównie z PR-owców i marketingowców, udało się przekonać Francuzów, że 39-letni były minister gospodarki w rządzie Manuela Vallsa to człowiek spoza systemu dwupartyjnego, którego Francuzi mają po latach stagnacji gospodarczej, rosnącego bezrobocia i zamachów terrorystycznych, serdecznie dość.

Macron przez cztery lata (2012-2016) był częścią obozu władzy i miał okazję przeanalizować jego słabości. Wykreowany na polityka dużego formatu przez swojego zmarłego już patrona, potentata medialnego i biznesmena związanego z Partią Socjalistyczną Henry’ego Hermanda, Macron uwiódł zarówno intelektualistów o lewicowych inklinacjach jak Philippe Martin, który zdobył w 2002 roku wraz z Thomasem Pikettym prestiżową nagrodę dla najlepszych młodych ekonomistów, oraz ludzi biznesu. Do jego najbliższych przyjaciół należą choćby założyciel towarzystwa ubezpieczeniowego AXA Claude Bébéar, czy były szef banku Crédit Lyonnais Jean Peyrelevade. Mimo iż to François Hollande mianował go ministrem i uważa go za swojego politycznego wychowanka, Macron już w 2009 roku zrezygnował z członkostwa w PS, a następnie całkowicie odciął się od swojego mentora. Rok temu, po rezygnacji ze stanowiska ministra gospodarki, założył własny ruch polityczny „En Marche! (W Ruchu!) i wystylizował się na polityka „środka”. Zręcznie wykorzystał fakt, że w miesiącach poprzedzających głosowanie scena polityczna we Francji ukształtowała się dla niego optymalnie, uwalniając polityczne centrum. Jego kandydaturę poparli zarówno ludzie klasycznej lewicy (Daniel Cohn-Bendit, Bernard Kouchner) jak i klasycznej prawicy (byli ministrowie Chiraca -Jean-Paul Delevoye, Alain Madelin).

Jedyna reforma, którą Macron jako minister gospodarki przeprowadził w 2016 roku miała niewielki wpływ na gospodarkę

Krytycy, w szczególności lewicowe skrzydło Partii Socjalistycznej, zarzucają mu, że jest młodszą, przystojniejszą kopią Hollande’a, że będzie kontynuował jego (nieudane) liberalne reformy i demontował zabezpieczenia socjalne Francuzów. Podczas jego wieców wyborczych słychać było okrzyki „zdrajca” i „Brutus”. On sam uważa się za „deregulatora”, i obiecuje twarde reformy, na wzór refom Hartz IV byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera. Francja Macrona ma prześcignąć Niemcy pod względem konkurencyjności. Oznacza to cięcia budżetowe w wysokości 60 mld euro na przestrzeni pięciu lat, likwidację 120 tys. miejsc pracy w sektorze publicznym, redukcję deficytu, zmniejszenie obciążeń podatkowych dla przedsiębiorstw, wydłużenie 35-godzinnego tygodnia pracy, przy równoległym wdrożeniu publicznych inwestycji w wysokości 50 mld euro. Bezrobotni mają zostać zmuszeni do przyjęcia oferowanego im zatrudnienia (po jednej odmowie zasiłek ma im zostać obcięty). To klasyczny socjalliberalny program, który równość – fundamentalną wartość francuskiej Republiki – traktuje przede wszystkim jako równość szans.

To brzmi na pierwszy rzut oka dobrze, tyle, że Francuzi są przywiązani do przywilejów socjalnych, które wywalczyli sobie na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat i nie wiadomo czy będą gotowi do takich wyrzeczeń. A jedyna reforma, którą Macron jako minister gospodarki przeprowadził w 2016 roku miała niewielki wpływ na gospodarkę. Jednym z jej głównych założeń był zakaz handlu w niedzielę oraz odebranie kolejom francuskim monopolu na transport osób i stworzenie tym samym 20 tysięcy nowych miejsc pracy. Po roku bilans ustawy Macron jest mizerny: wygenerowała ona zaledwie 1400 miejsc pracy.

Lewicowe skrzydło PS może powędrować do Mélenchona, i za pięć lat ideologia, którą reprezentują były trockista i szefowa FN może stanowić we Francji mainstream

Macron jest jednak zdecydowany zreformować kraj. „To pilnie potrzebne i dobre dla Europy” -mówi. Ale nawet jasna wygrana w II turze 7 maja będzie tylko połową sukcesu. Macron nawet po wygranej w wyborach prezydenckich nie miałby własnego zaplecza w Zgromadzeniu Narodowym, które zostanie wybrane dopiero w czerwcu. A nawet potem musi posiłkować się zmieniającymi się większościami, ponieważ jego ruch nie będzie miał zbyt wielu własnych posłów, a zaplecze, którym dysponuje jest skomponowane z różnych sił, ryzyko wewnętrznego sporu jest więc ogromne. To czyni jego i tak już gigantyczne zadanie jeszcze trudniejszym. Balansowanie między lewicą a prawicą może się okazać tym trudniejsze, iż w Partii Socjalistycznej rysuje się powoli rozłam, który może nawet doprowadzić do rozpadu partii. Posłowie jej liberalnego skrzydła mogą dołączyć do Macrona, pozostali, których łączą klientelistyczne więzi ze związkami zawodowymi, zrobią co w ich mocy by mu przeszkodzić, a Republikanie Fillona będą próbowali stworzyć sobie w przeciągu tych pięciu lat podwaliny pod zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2022 roku. Nie zapominając o Froncie Narodowym, który może odnieść w wyborach parlamentarnych duży sukces i znacznie zwiększyć liczbę swoich posłów.  Także społeczne poparcie, którym się cieszy Macron jest w zasadzie niewielkie. Z takim wynikiem (23,75 proc. głosów) w pierwszej turze w obu poprzednich wyborach nie przeszedłby do kolejnej. Ponad 40 procent Francuzów oddało swój głos na dwóch kandydatów wyraźnie antysystemowych i eurosceptycznych, sprzeciwiających się globalizacji, której orędownikiem jest Macron: Jean-Luca Mélenchona i Marine Le Pen. To pokazuje, że Francuzi chcą zmiany, ale nie są jeszcze gotowi na radykalny zwrot. Za pięć lat, tym bardziej jeśli prezydentura Macrona okaże się słaba, a na to się zapowiada, sprawy mogą wyglądać zupełnie inaczej.

Bo to, że Macron wygra II turę wyborów prezydenckich nie ulega wątpliwości. Już powoli tworzy się tradycyjny „Front Republikański” (może po raz ostatni) przeciwko kandydatce FN. Z sondaży wynika, że Macron pokona Le Pen stosunkiem głosów 60 do 40. Francuska scena polityczna już nigdy nie będzie jednak taka sama: Jeszcze ani razu w historii V Republiki nie zdarzyło się, żeby w drugiej turze wyborów nie było kandydata socjalistów ani konserwatystów. Republikanie Fillona, podobnie jak on sam, już wyciągnęli wnioski z porażki i szukają nowych twarzy, które pociągną kampanię parlamentarną. Będzie to zapewne oznaczać przejście na bardziej radykalne pozycje. Podobnie ponure są nastroje u Socjalistów. Ich kandydat, Benoît Hamon, we własnym okręgu wyborczym nie przekroczył 8 proc. głosów i został pokonany przez Marine Le Pen. Były premier Manuel Valls podsumował to, co wszyscy w partii myślą: „To koniec pewnej epoki. Od lat jesteśmy podzieleni w kwestiach gospodarczych, Europy, reform. Jaki to ma sens byśmy byli razem?” Lewicowe skrzydło PS może powędrować do Mélenchona, i za pięć lat ideologia, którą reprezentują były trockista i szefowa FN może stanowić we Francji mainstream. Prezydentura Macrona może się więc okazać ostatnim etapem na drodze upadku tradycyjnej, dwupartyjnej demokracji, opartej na podziale lewica-prawica. Ci, którzy westchnęli z ulgą po zwycięstwie Macrona w I turze, powinni o tym pamiętać.