Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Krwawiące serca, pieniądze na rany

Z władzą się nie dyskutuje, do władzy strzela się słowem i dźwiękami, śmiechem i transgresją – to pierwszy i najkrótszy komentarz do książki „Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja” Rafała Księżyka

Tyle że sprawy szybko się komplikują. Gdy ustrój się przepoczwarza, gdy opresyjną, PRL-owską władzę zastąpi już niegdysiejsza opozycyjna elita, gdy miejsce cenzorów z Mysiej, partyjnych sekretarzy, telewizyjnych bonzów i pomniejszych trzęsistołków epoki realnego socjalizmu zastąpią biznesmeni z czasów raczkującego kapitalizmu, gdy nie tylko w stolicy najlepiej zaczną się bawić „ludzie z miasta”, czyli mafia z wczesnych najntisów, gdy cwane menadżerki zaczną żerować na naiwnych młodych muzykach z prowincji, gdy narkotyki z jednych uczynią wieszczy krótkiej epoki, a z drugich – mniej lub bardziej żywe trupy – dzika kontrkulturowa rzecz albo straci zęby, albo zaniknie gdzieś na marginesie. Stąd też najważniejsze pytania, które Księżyk stawia na początku książki i powtarza na jej końcu: „Skąd się wzięliśmy? O czym zapomnieliśmy? Co zaprzepaściliśmy?”.

Taniec na lodzie

Nie będę w tej recenzji zgłębiał perypetii poszczególnych zespołów, artystów, ludzi kultury i sztuki, gitary i pióra, kreski i imprezki. W tym lesie jest mnóstwo drzew i kto sięgnie po książką, nie będzie zawiedziony. Warto jednak wspomnieć, że na kartach „Dzikiej rzeczy” pojawia się i Kuba Wojewódzki i Jurek Owsiak. I Robert Brylewski i Dariusz „Maleo” Malejonek. Kasia Nosowska, Krzysztof Skiba, Paweł „Koñjo” Konnak. I Oczi Cziorne i Praffdata. Izrael, Brygada Kryzys, Apteka, Kult, Wilki, Hey, Max i Kelner, Smar SW, Maryla Rodowicz, bajo i bongo, ZChN i Piersi, psychodeliczny grzybek, (nie)życzliwy dzielnicowy, postalinowski Pałac Kultury i Nauki. Były to czasy, przynajmniej u swoich początków, w lipcu 1989 roku, gdy pod Komitetem Wojewódzkim PZPR w Gdańsku wspólnie protestowały Ruch Społeczeństwa Alternatywnego, Ruch Wolność i Pokój, Federacja Młodzieży Walczącej, członkowie Solidarności Walczącej i Konfederacji Polski Niepodległej i artyści z Totartu.

Faktografia jest ważna, fakty są istotne – jak poddane przez specjalistę badaniom ciało starego rock’n’rollowego grzesznika. Ale liczy się coś więcej: na poły ironiczny, na poły poważny, pulsujący emocjami osąd spraw

Warto też pamiętać, że punktem odniesienia dla muzycznej kontrkultury przełomu ustrojowego był koncesjonowany bunt Rozgłośni Harcerskiej, Listy Przebojów Programu Trzeciego  i Krajowej Sceny Młodzieżowej, której gwiazdami byli choćby Chłopcy z Placu Broni, Sztywny Pal Azji, Róże Europy, Kobranocka, Formacja Nieżywych Schabuff. Księżyk nie bierze jeńców: „Piosenki KSM były dla mięczaków, w swym lirycznym zacięciu nieprzyzwoicie wręcz poczciwe. Coś w połowie drogi między prostotą i sentymentalizmem polskiego big-beatu lat sześćdziesiątych a pretensjonalną przemądrzałością piosenki studenckiej. Bezpieczna przestrzeń, w której młodzież ma się wyszumieć, trochę ponarzekać, powzdychać, ale z obietnicą zmiany na lepsze. Bez kopa, pazura, brudu i przekraczania granic”.

W ogóle jest dość dziwnie w tej książce, choć „Dzika rzecz” nie jest tylko o undergroundzie z czasów przełomowego ustroju. Widzimy raczej taniec kontrkultury na szkle. Jej gwiazdy często tańczą na lodzie. I albo na lodzie zostają, albo adoptują się do nowych rynkowych reguł. Część opowieści Księżyka dotyczy ludzi, którzy jeszcze w latach 80. zaczynali w niszowych klimatach i środowiskach, a w latach 90. mocno zdziwieni własnym sukcesem zwierzali się ze sceny tysiącom nastolatek, że w ich życiu jest coś nie tak.

Liczy się eksces

„Dzika rzecz” nie jest nobliwą encyklopedią rocka, nie jest archiwum polskiego jazzu, nie jest zbiorem memuarów weteranów sceny, ani wydaną na ładnym papierze spowiedzią niemal już zagłaskanego przez mainstream heretyka. Jest esejem o duszy polskiej kontrkultury czasów przełomu, z dość czytelnie zaznaczonymi sympatiami i antypatiami autora. Zdaję sobie sprawę, że są ludzie, którzy na słowo „transformacja” dostają gęsiej skórki, bo niespecjalnie ciekawią ich rozważania, czy Balcerowicz musi odejść, czy powinien jeszcze zostać. Spokojnie, „Dzika rzecz” to nie jest socjoekonomiczna analiza ówczesnego stanu rzeczy, to nie jest tittenbrunowskie studium polskiej prywatyzacji w jej show biznesowym aspekcie. To raczej dziwaczny kalejdoskop: „Epoka transformacji skonfrontowała z chaosem całe społeczeństwo. Wraz z wolnością nadeszły czasy, w których «jutro» było nieustalone. Na jednych działało to wyzwalająco, innych paraliżowało. (…) W czasach przełomu polski underground z jednej strony z marszu realizował idee społeczeństwa obywatelskiego, z drugiej bez hamulców eksplorował możliwości, jakie się otworzyły wraz z nową epoką. Celebrował je ekscesem”.

A ten eksces to był nie tylko „Korowód” Grechuty, przerobiony przez Aptekę na hymn mocno przyćpanych inteligentów. To były podróże na Zachód za chlebem i muzyką, narkotykami i liberalną demokracją. Za wolnością odmienianą przez wszystkie przypadki i rozumianą w niemal każdy dowolny sposób, jaki dziś spotkałby się z mnóstwem poważnych restrykcji – niekoniecznie ze strony strasznych mieszczan i podtatusiałych już solidnie konserwatystów. To był również eksces życia i tworzenia na popegeerowskiej wsi przez ludzi, którzy już kompletnie nie bali się komuny, ale jeszcze nie wiedzieli, jak żyć w kapitalizmie z poruszeń swoich artystycznych dusz.

W miejsce „zaprzepaszczonych zdobyczy” przychodziło nowe. W Łodzi to był choćby kolektyw Wunder Wave, który ściągnął do Polski na koncerty Madball, Oi Polloi, Chaos UK, DIRT, Disorder. Później pojawił się rave, wreszcie techno

A z drugiej strony – w mocno duchologicznym tonie – znajdziemy w „Dzikiej rzeczy” niejedną opowieść o reklamówkach pełnych złotych polskich niezdenominowanych, którymi właściciele mniej lub bardziej efemerycznych firm kusili i skusili Acid Drinkers, Kult, T.Love i wielu, wielu innych. Zobaczymy też, jak w połowie lat 90. potężni zachodni wydawcy zaczęli się układać z pirackimi wydawnictwami nad Odrą, Wartą, Wisłą, Narwią i Bugiem – wychodząc z założenia, że warto zapomnieć o ich złodziejstwie, skoro da się zarobić krocie dzięki wypracowanym już przez nich kanałom produkcji i dystrybucji muzyki dla nisz i dla mas.

Prawdziwe świadectwo

Faktografia jest ważna, fakty są istotne – jak poddane przez specjalistę badaniom ciało starego rock’n’rollowego grzesznika. Ale liczy się coś więcej: na poły ironiczny, na poły poważny, pulsujący emocjami osąd spraw. Niezależnie od tego, czy Księżyk pisze o ukochanym przez popegeerowską wieś jabol punku aż nadto gwałtownie trzęsącym w pierwszej połowie lat 90. Jarocinem, o roli postkomunisty Jerzego Jaskierni w przeforsowaniu ustawy o prawach autorskich, czy o trójmiejskich klubach muzycznych, w których kontrkulturowi artyści próbowali z pomocą nagich modelek przekonać biznesmenów tamtej epoki do kultury i sztuki. Autor „Dzikiej rzeczy” może powiedzieć: a świadectwo moje jest prawdziwe. Wszak dotknął tego wszystkiego, uczestniczył w tym wszystkim. I wreszcie – co świetnie pokazują wątki dotyczące choćby Roberta Brylewskiego lub Jędrzeja „Kodyma” Kodymowskiego – przez dekady przemian widział, co dzieje się z bohaterami jego książki, jakimi przeszli drogami.

Na przełomie ustrojowym film fabularny „The Wall” Alana Parkera, oparty na słynnym albumie Pink Floyd pod tym samym tytułem pokazywany był w niemal każdym kojarzonym przeze mnie wielkopolskim mieście i miasteczku w ramach Dyskusyjnych Klubów Filmowych. Rzecz wieńczy „Outside the Wall”. Ten song to naiwno-idealistyczna wizja wspólnoty „krwawiących serc i artystów”: ludzi, którzy próbują się przebić poza mur bezwzględnej rzeczywistości. Wczytajmy się w tekst:

„All alone, or in twos / The ones who really love you / Walk up and down outside the wall /  Some hand in hand / Some gathered together in bands / The bleeding hearts and artists / Make their stand / And when they’ve given you their all / Some stagger and fall, after all it’s not easy / Banging your heart against some mad buggers / Wall”

(„Sami lub w parach / Ci, którzy cię naprawdę kochają / Spacerują na zewnątrz muru / Jedni trzymają się za ręce / Inni łącząc się w zespoły / Krwawiące serca i artyści / Buntują się / A gdy już dadzą ci wszystko, co mieli / Niektórzy chwieją się i padają/ W końcu nie jest łatwo / Bić sercem w mur szaleńca” (tłum. J. Piekutowski)

I to, co mocno we mnie zostało po lekturze „Dzikiej rzeczy”, to dość smutne odkrycie, że przyjaźnie, artystyczne wspólnoty z czasów opisanych w książce, tamte wizje nowej rzeczywistości, na ogół zostały przez transformację połknięte, przeżute i wyplute. Dobrze widać, że jeśli „dzika rzecz” miała przynieść obok muzyki również miłość i przyjaźń, miała zbudować nowe więzi międzyludzkie, stać się zaczątkiem nowego, bardziej wolnościowego społeczeństwa, oswobodzonego wreszcie od PRL-owskich przymusów – to właściwie nic z tego nie wyszło. Nie tylko ze względu na niezrozumienie, konflikty interesów i obcość, jak w opisanej przez Księżyka historii ze Stanclewa, wioski w warmińsko-mazurskim dziś województwie, gdzie powstała mała muzyczna komuna, którrj zawdzięczamy „Legendę” Armii.

Rzeczywistość jak kurs złotówki

Często i gęsto „krwawiące serca i artyści” podpisywali pakty z włodarzami nowej rzeczywistości (niekiedy ich dobrymi znajomymi z niedawnych czasów) na lepszych lub gorszych warunkach i weszli w logikę Babilonu. Albo nie przeżyli własnych ekscytacji ekscesami. A nieliczni zbudowali sobie na tyle mocną pozycję, by stać się żyjącymi legendami i dzięki temu nieźle sobie poradzić w świecie podporządkowanym nowym, na ogół mocno ekonomicznym zależnościom. W znacznej mierze opowieść Rafała Księżyka jest opowieścią o komercjalizacji i urynkowieniu dzikiej rzeczy. Nie sądzę jednak – i dobrze to rozumiem – by większości jej bohaterów spędzało to dziś sen z powiek.

Do lektury „Dzikiej rzeczy” przystępowałem jako wierny wyznawca filozofii konsumpcji popkultury objaśnionej genialnie przez inżyniera Mamonia – chciałem za sprawą tej książki raz jeszcze usłyszeć piosenki, które już lubię. Chciałem lepiej zrozumieć utwory, które dobrze znałem choćby z kaset sprzedawanych przez Hewika profanom i wtajemniczonym w Acid Shopie na Ogrodowej lub w pobliskim Rock Long Lucku w Poznaniu w pierwszej połowie lat 90., gdym bywał tam regularnie w licealnych latach. Sprawa okazała się bardziej skomplikowana: najciekawsze okazały się sprawy o których miałem nikłe pojęcie, pozwoliły zobaczyć rzeczy dotąd kompletnie nieznane, czy funkcjonujące na obrzeżach świadomości.

„Dzika rzecz” to też w pewnym sensie książka rozliczeniowa. A przynajmniej może taka być dla pokolenia, które w czasach transformacji już rozdawało karty, a wcześniej było zaangażowane choćby w pierwszą „Solidarność” i młodzieżowy bunt roku 1988 roku.

Choćby łódzka szkoła kontrkultury z lat 90, balansująca między punkiem, rave a techno (jakże inna to rzecz niż manieczkowski „Ekwador” z moich rodzinnych stron), zagnieżdżająca się i przejmująca dla siebie miejsca i przestrzenie już opuszczone przez komunę, jeszcze nieciekawe dla kapitalizmu. W „Dzikiej rzeczy” Księżyk cytuje Wiktora Skoka, jednej z ważniejszych postaci polskiego hardcore punk: „Rzeczywistość zmieniała się z dnia na dzień, tak jak kurs złotówki. Nikt nie wiedział, jak będzie wyglądał następny dzień. Owszem, wszyscy żyli tymi zmianami. Na początku nastąpił oczywiście wybuch optymizmu, lecz natychmiast został wygaszony kolejnymi złymi newsami (…). Widzieliśmy wokół degenerację najróżniejszego rodzaju: degenerację ludzi, gwałtowne ubożenie naszych rodziców, upadek przemysłu, likwidację fabryk, zaprzepaszczenie zdobyczy, które jednak były zasługą czasów tego pseudokomunizmu”.

W miejsce „zaprzepaszczonych zdobyczy” przychodziło nowe. W Łodzi to był choćby kolektyw Wunder Wave, który ściągnął do Polski na koncerty Madball, Oi Polloi, Chaos UK, DIRT, Disorder. Później pojawił się rave, wreszcie techno. Imprezy organizowano w dawnych bunkrach, które nie doczekały atomowej wojny, ale okazały się jak znalazł jako miejscówka, w których wybrzmiała ścieżka dźwiękowa terapii szokowej. Łódź grała także przy węzłach cieplnych, pustoszejących fabrykach i magazynach. W którymś momencie okazało się, że w Domu Kultury „Ariadna” przy zakładach włókienniczych na Niciarni da się zrobić imprezę, która na siebie zarobi i jeszcze pozwoli pospłacać różne długi. Kontrkultura płynnie przeszła w dobry biznes.

Wszystko na sprzedaż

U wielu osób lektura „Dzika rzecz” odświeża różne, najróżniejsze wspomnienia. Bo niezależnie od tego, kim dziś jesteśmy, co robimy, wielu/wiele z nas doświadczyło mniej lub bardziej dzikiej rzeczy jako własnego wtajemniczenia w mniej oczywiste życiowe sprawy. To nie jest tylko rzecz, o której pamiętają dziennikarze muzyczni, ludzie z branży fonograficznej, specjalistki od najntisów, na czele z bodaj najbardziej kompetentną i opiniotwórczą w tej materii Olgą Drendą.

Dzika rzecz, właśnie bez cudzysłowu, to było doświadczenie pokoleniowe. Bardzo ładnie opisał to Artur Czapliński, dziś związany z prawicą radny z Płocka: „Ta książka to jest atlas podróży po niebezpiecznych, ale kolorowych i fascynujących czasach. Ten kolor był zmieszany jeszcze z szarością, ale był żywy i gwałtowny. Osoby, miejsca, zdarzenia bardzo ważne dla mnie i dla wielu osób z mojego pokolenia. (…) Można jeszcze raz znaleźć się pod «Fugazi», czy na małej scenie w Jarocinie w czasie największej zadymy w dziejach polskiej muzyki. A opis spóźnienia w Żarnowcu (głośna Energia Sztuki w 1993 roku – KW) przywołuje osobiste wspomnienia z tego festiwalu. Minęło tyle lat, a ja wciąż pamiętam jak wykończeni czekaliśmy na koncert Dezertera, który wszedł na scenę o 7.30 rano. Podobnych opowieści jest bardzo dużo. (…) W Stanclewie byłem w maju w tym roku. Z miejsca gdzie powstawała «Legenda» dziś widać wielką posiadłość Roberta Lewandowskiego. O Armii na miejscu mało kto słyszał. O Robercie Lewandowskim wszyscy”.

„Dzika rzecz” to też w pewnym sensie książka rozliczeniowa. A przynajmniej może taka być dla pokolenia, które w czasach transformacji już rozdawało karty, a wcześniej było zaangażowane choćby w pierwszą „Solidarność” i młodzieżowy bunt roku 1988 roku. Raz jeszcze Księżyk: „Agencja filmowa Profilm, która była pierwszym producentem «Lalamido» (programu telewizyjnego Skiby i Koñja z Big Cyca), stworzona została przez weteranów solidarnościowej opozycji Macieja Grzywaczewskiego i Arama Rybickiego. Wsławili się tym, że podczas strajku w Stoczni Gdańskiej spisali dwadzieścia jeden postulatów strajkujących, które zostały wywieszone przed stocznią”.

I dalej: „Grzywaczewski był potem producentem pierwszych edycji Yach Film Festival, w latach 2004-2006 pełnił funkcję dyrektora Programu I, a potem wszedł do zarządu grupy ATM, produkującej sieczkowate reality shows i seriale. Przełomowy dla ATM był hit «Świat według Kiepskich», do którego piosenkę przewodnią nagrał Skiba z Big Cycem. Cała ta historia – od postulatów Sierpnia po świat Kiepskich – jeśli zebrać jej konteksty, może posłużyć za niewesołe podsumowanie rozcieńczonej w mediach pozytywnej wymiany między polityką, sztuką i undergroundem”.

Czy można jednak mieć o to pretensje do dzikiej rzeczy? Do ludzi dzikiej rzeczy? Czas wolności okazał się też czasem gdy wszystko musi być na sprzedaż. Za używki trzeba zapłacić, na natchnieniu da się zarobić, z wiekiem i artystom przybyło rachunków do płacenia, gąb do wykarmienia, życiowych przyjemności do zakosztowania. A krwawiące serca pod murami Babilonu? Dzięki Księżykowi dobrze się o nich czyta.

Felietonista i dziennikarz Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta Polskiego Radia 24, tvp.info, „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Pisze m.in. do miesięcznika ZNAK i Tygodnik.TVP.pl

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz