Kup prenumeratę i czytaj NK

Kosztowna rewolucja emerytalna

Aktualności,

Tak jak program 500 plus przyczynił się do wzrostu sympatii części elektoratu do PiS, tak spadek wynagrodzenia z powodu konieczności zwiększenia składki emerytalnej może tę tendencję odwrócić.   

Rząd zdecydował się poprzeć prezydencki projekt przewidujący obniżenie wieku emerytalnego. Planuje się przywrócenie możliwości przechodzenia na emeryturę w wieku 60 lat w przypadku kobiet i 65 lat w przypadku mężczyzn. Wbrew wcześniejszym deklaracjom ministerstwa finansów zrezygnowano z dodatkowego kryterium stażu pracy – 35 przepracowanych lat dla kobiet i 40 lat dla mężczyzn.

Warto na decyzje te spojrzeć z trzech perspektyw: demograficznej, finansowej i wyborczej. Zacznijmy od ostatniej. Politycy w ustroju demokratycznym działają według racjonalności wyznaczanej przez względnie sztywny cykl kadencyjności. Oznacza to, że koszt polityczny podjętych przez władzę decyzji i działań, a także zaniechań, przyjdzie zapłacić przy okazji kolejnych wyborów, czyli za kilka lat.

Obserwowalna aktualnie słabość organizacyjna i merytoryczna opozycji pozwala zakładać, że rząd PiS oraz prezydent Andrzej Duda mają poważne szanse na utrzymanie władzy przez kolejną kadencję. Jednakże decyzja o obniżeniu wieku emerytalnego, w przeciwieństwie do inicjatywy 500+, czy planowanego programu rozwoju taniego mieszkalnictwa, nie przyniesie władzy korzyści politycznej proporcjonalnej do jej kosztów finansowych.

Prezydent Duda, jeszcze jako kandydat do najwyższego urzędu w państwie, mógł szczerze obiecywać starania o obniżenie wieku emerytalnego, ponieważ nie on będzie odpowiadał za skutki finansowe tej decyzji. Dzięki tej obietnicy prezydent zdobył pewien kapitał polityczny niewielkim kosztem – wystarczyło bowiem konsekwentnie dopilnować aby rząd się projektem zajął. Prezydent obiecał i obietnicy dotrzymał, a dalej niech się rząd martwi.

Kilkuletniej perspektywie kadencyjnej przeciwstawmy kilkudziesięcioletni horyzont demograficzny w jakim należy rozważać politykę dotyczącą wieku emerytalnego. W życiu społecznym i politycznym niewiele jest prognoz tak trafnych jak te dotyczące obciążeń demograficznych. Uwarunkowania dotyczące zastępowalności pokoleniowej są względnie stałe. Średnia oczekiwana długość życia w naszym społeczeństwie rośnie leniwie. Z zadowalająco dużą pewnością potrafimy oszacować koszty przyszłych emerytur. A czy potrafimy przewidzieć jakie będziemy mieli na to środki?

Amerykański bokser George Foreman, który stoczył epicki pojedynek z Muhamadem Alim w 1974 roku w Kinszasie, na pytanie o to, kiedy zamierza udać się na sportową emeryturę odpowiedział: „Nie chodzi o to w jakim wieku chcę przejść na emeryturę, ale przy jakich dochodach” („The question isn’t at what age I want to retire, it’s at what income”). W spostrzeżeniu Foremana właśnie kryterium wieku emerytalnego zostaje słusznie relatywizowane do kwestii możliwości finansowych.

Wzrost deficytu oraz zadłużenia państwa będzie dla władzy dość kosztowny politycznie, tym bardziej, że już dotychczasowa polityka socjalna PiS generuje stosunkowo duże obciążenia budżetowe.

Ludzie indywidualnie różnią się pracowitością, wydajnością i zdolnością od oszczędzania. Jednakże na poziomie całego systemu emerytalnego trzeba te różnice jakoś uprościć, aby uzyskać jednakowe dla wszystkich kryterium. Rząd zadeklarował wczoraj, że prawo do przejścia na emeryturę podlegać będzie kryterium wieku, a nie stażu pracy.

Tymczasem wartość wygenerowanego przez pojedynczego obywatela PKB w większym stopniu zależy od tego ile ktoś pracuje, a nie ile ma lat. W ten sposób rząd zrezygnował z zastosowania kryterium trafniej oddającego finansowe uwarunkowania zdolności emerytalnych. Za obniżenie wieku emerytalnego i za uniezależnienie prawa do emerytury od stażu pracy ktoś będzie musiał zapłacić. Kto? Na kogo rząd w największym stopniu przeżuci koszty?

Modelowo rzecz ujmując obniżenie wieku emerytalnego może oznaczać: niższe emerytury, podwyższenie składki emerytalnej, lub wzrost zadłużenia i deficytu. W pierwszym przypadku kosztem obniżenia wieku emerytalnego zostają obciążeni głównie sami zainteresowani, czyli osoby, które wkrótce nabrałyby praw emerytalnych. W przypadku drugim i trzecim koszt w największym stopniu dotknie osoby względnie młode. Niezależnie od wariantu regulacja ta najmniej dotknie aktualnych emerytów.

I w tym miejscu warto zestawić perspektywę demograficzną i wyborczą. Prezydent Duda i PiS, w pewnym uśrednieniu, relatywnie najwięcej poparcia otrzymali w grupie elektoratu pod względem wieku najstarszej i najmłodszej, zaś względnie mniej wśród wyborców w średnim wieku.

Z tej perspektywy najmniej politycznie kosztowny dla władzy wydaje się wariant pierwszy, czyli obniżenie wieku emerytalnego kosztem wysokości emerytur. Obietnica wyborcza zostanie literalnie spełniona, zaś jeżeli komuś nie będzie odpowiadać jej skutek, to przecież winna jest demografia, a nie władza, i zawsze można przecież popracować dłużej i do emerytury sobie dorobić.

Wzrost deficytu oraz zadłużenia państwa będzie dla władzy dość kosztowny politycznie, tym bardziej, że już dotychczasowa polityka socjalna PiS generuje stosunkowo duże obciążenia budżetowe. Najbardziej kosztowne politycznie dla władzy będzie podwyższenie składki emerytalnej, gdyż zarówno dla pracodawców, jak i pracowników będzie to obciążenie wprost odczuwalne.

I tak jak otrzymanie 500 zł na dziecko, jako korzyść wymierna i bezpośrednia, prawdopodobnie przyczyniło się do natychmiastowego wzrostu sympatii części elektoratu do PiS, tak spadek wynagrodzenia o kilkaset złotych z powodu konieczności zwiększenia składki emerytalnej może tendencje te błyskawicznie odwrócić.