Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Koniec narodowców

Endecja jako integralny ruch polityczny jest anachronizmem. Dlatego kolejne jej emanacje także poniosą klęskę

Endecja jako integralny ruch polityczny jest anachronizmem. Dlatego kolejne jej emanacje także poniosą klęskę 

W kwietniu klub Kukiz’15 opuścił prezes Ruchu Narodowego Robert Winnicki. Przyczyną miało być rzekome łamanie kręgosłupów moralnych posłów K’15 w sprawie aborcji – jednak to tylko czubek góry lodowej, bowiem narodowcy mieli być od dłuższego czasu sekowani przez kierownictwo frakcji. W klubie zostało jednak kilku posłów RN, którzy razem z publicystą Rafałem Ziemkiewiczem założyli Stowarzyszenie Endecja, mające realizować ideały narodowej demokracji i kształcić prawicowe elity.

W ten sposób ostatecznie rozpadł się ruch kulturowo-polityczny, którego liderzy jeszcze kilka lat temu zapowiadali długi marsz przez instytucje. Wcześniej środowisko opuścił Obóz Narodowo-Radykalny, z partii wykruszył się także były kandydat na prezydenta Marian Kowalski, zakładając Stowarzyszenie Narodowcy RP. Ci, którzy głosili, że nie interesują ich wyłącznie stołki w parlamencie, a udział w wyborach uznają za podsumowanie, a nie cel swojej działalności, rozbili się właśnie o skały polityki partyjnej.

Polityczny antykwaryzm

Oczywiście Ruch Narodowy będzie istniał, organizował manifestacje i zebrania, napisze ten czy inny program, pozbiera podpisy pod projektem ustawy – także inne neoendeckie ugrupowania nie zamierzają zasypiać gruszek w popiele – z nieśmiertelną Ligą Polskich Rodzin na czele, której ostatnimi dokonaniami są m.in. oświadczenia z okazji 90. rocznicy zamachu majowego, życzenia z okazji 80. urodzin Macieja Giertycha i stanowisko wobec sytuacji politycznej w Polsce, w którym LPR nawołuje prezydenta Andrzeja Dudę do zaprzysiężenia wybranych w poprzedniej kadencji sędziów Trybunału Konstytucyjnego, a premier Beatę Szydło do opublikowania orzeczenia TK w sprawie Wiadomej Ustawy. LPR dziękuje Giertychowi m.in. „za odbudowę i kształtowanie autentycznego Ruchu Narodowego, czyli ideowego i politycznego spadkobiercę wielkiego dzieła Romana Dmowskiego, najpierw jako Stronnictwo Narodowe, a potem jako Liga Polskich Rodzin”, pozostałe oświadczenia przepojone są bohaterską walką z piłsudczyzną i „przedstawicielem cywilizacji wschodniej (turańskiej)” Jarosławem Kaczyńskim za pomocą cytatów z endeckiego historyka Władysława Konopczyńskiego i nawiązań do myśli Feliksa Konecznego.

Polscy nacjonaliści nie odnaleźli się w kraju swoich marzeń – państwie kapitalistycznym, które przeszło emancypacyjną rewolucję społeczną, bez znaczących mniejszości narodowych, z zachodnią granicą opartą na Odrze

Ale na tym to się skończy. Bo ruch narodowy (pisany tu z małej litery) we współczesnej Polsce to właśnie tacy antykwaryści – którzy do zanudzenia będą zarzucali nas cytatami z Romana Dmowskiego, wskazywali na aktualność idei narodowej i usiłowali ją dopasować do współczesnych realiów. Trudno się dziwić, w końcu Roman Dmowski – zanim zżarła go antysemicka obsesja – był jednym z największych polskich mężów stanu swojej epoki, a ruch narodowy (przed zgnieceniem przez sanację) najsilniejszą siłą polityczną II RP. Takie próby są jednak z góry skazane na niepowodzenie – i były skazane już od 1989 roku, z powodu zerwania ciągłości z II RP. Zresztą to nie tylko „endecka” specyfika – w Polsce nadal istnieje chadeckie Stronnictwo Pracy, które swój program wyborczy w ubiegłym roku zaczęło od… wyliczenia swoich historycznych zwolenników (m.in. Ignacego Paderewskiego i gen. Władysława Sikorskiego). Nie lepiej wygląda sytuacja u pogrobowców Polskiej Partii Socjalistycznej. Ot, zabawa dużych chłopców i dziewczynek w historyczne przebieranki. Nie miałoby to żadnego znaczenia, gdyby ludzie – często z dużym potencjałem i będący już w samym środku polityki – nie starali się z uporem godnym lepszej sprawy tej nieszczęsnej endecji wcisnąć do rzeczywistości: że może jednak coś przetrwało i będzie można kultywować tradycję autorów młodzieńczych czytanek. Dla Roberta Winnickiego fundamentalną kwestią jest wojna kulturowa. Z kolei dla Rafała Ziemkiewicza to zawrócenie Polski ze ślepej uliczki wojny plemiennej, oderwanie polityki od różnic tożsamościowych i kulturowych między Polakami i oparcie jej na wspólnocie interesów, wyrwanie naszej ojczyzny z rąk „towarzyszów Szmaciaków”, dojących ją w ramach „predatory state” i „uczynienie Polski Wielkopolską Europy”.

Realizm? Jaki realizm?

„Twardzi” narodowcy słusznie podkreślają, że wcale nie trzeba być endekiem, by głosić takie poglądy. Głosząc te słuszne zresztą hasła RAZ mógłby równie dobrze napisać „Współczesną pracę u podstaw” czy „Tekę neostańczyka” i nie ma żadnego powodu, by wiązać je właśnie z tradycją narodowo-demokratyczną. Powiem więcej: endek nie może być realistą politycznym, dlatego właśnie, że jest endekiem. Bo można pozować na realistę, powtarzać w nieskończoność frazę o państwach mających interesy, a nie przyjaciół, a być skończonym doktrynerem, którego podejście do rzeczywistości ma tyle wspólnego z polityką, że przykrawa ją do swoich wyobrażeń. Nieracjonalną jest w obecnej sytuacji geopolitycznej propozycja wyjścia Polski z Unii Europejskiej czy wymaganie od rządu, by nie szedł z Brukselą na absolutnie żadne układy, np. w kwestii imigrantów (o ile jest szczere, a nie tylko służy do podbicia piłeczki i zmuszenia rządu do przyjęcia mocnego stanowiska). Niezbyt przekonująco brzmi także w połączeniu z owym „realizmem” kult Żołnierzy Wyklętych. Można oddać należyty honor bohaterstwu żołnierzy, którzy poszli do lasu często dlatego, że za walkę o niepodległość groziła im śmierć ze strony nowego okupanta, ale trzeba też krytycznie patrzeć na oderwaną od rzeczywistości strategię polityczną, stojącą za tym antykomunistycznym powstaniem – a tego narodowcy nie robią. Na gloryfikacji narodowowyzwoleńczej walki, prowadzonej przez skazaną na wyniszczenie garstkę partyzantów, trudno jest budować „Wielkopolskę Unii Europejskiej”, zważywszy na fakt, że Wielkopolanie swoje dwa zwycięskie powstania rozpoczęli wtedy, kiedy mogli je wygrać, a nie wtedy, kiedy skłaniał ich do tego wewnętrzny imperatyw.

Dziś, gdy pewne paliwo neoendekom może dać kryzys uchodźczy, ich etniczny nacjonalizm będzie ich nieuchronnie zsuwał w kierunku ksenofobii motłochu

Myślę zresztą, że neoendecy czczą „Wyklętych” przede wszystkim dlatego, że dużą część z nich stanowili żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych czy Narodowego Zjednoczenia Wojskowego; to więc swoisty hołd złożony „swoim”. Nie potrafiąc odsiać ziaren od plew, wybielają zbrodniarzy takich jak Romuald Rajs „Bury”, używając dokładnie tych samych argumentów, co Ukraińcy negujący rzeź wołyńską. I nie przepuszczą okazji, by naszego wschodniego sąsiada nazwać „państwem banderowskim” tylko dlatego, że część jego mieszkańców gloryfikuje UPA, choć wszyscy doskonale wiedzą, że robią to ze względu na jej antysowieckość, a nie antypolskość. Ich stosunek do naszych wschodnich sąsiadów to w ogóle ciekawy przypadek rzekomego „realizmu”, którego symbolem jest mówienie przez przechodzącego polityczny kryzys wieku średniego Artura Zawiszę, że „będą słyszeć Lwów i Wilno krok polskich żołnierzy”. To stanowisko zresztą w magiczny sposób splata się z antyukrainizmem i rusofilią, skądinąd określanego przez młodszych narodowców mianem „endekomuny” środowiska „Nowej Myśli Polskiej”.

Kultura nowoczesnego endeka

Chcący kształcić przyszłe elity narodowcy mają niestety także problem z polityczną kulturą, która prowadzi do deprecjacji często słusznych postulatów. Neoendecy mogą setki razy powtarzać, że przedwojenny antysemityzm endeków to rzecz zaprzeszła, a tak w ogóle to nie miał on podłoża rasistowskiego, tylko ekonomiczne, ale gdy na oficjalnym profilu na Facebooku Ruch Narodowy chce uderzyć w Aleksandra Kwaśniewskiego czy Marka Siwca, to robi to publikując ich zdjęcie z brodatymi Żydami. Gdy Młodzież Wszechpolska informacje o masakrze w klubie gejowskim w USA okrasza biblijnym cytatem sugerującym, że homoseksualiści „sami tę śmierć na siebie ściągnęli”, to nie tyle manifestuje swój sprzeciw wobec politycznej poprawności, co po prostu wyklucza się z cywilizowanej dyskusji. Dramatem współczesnych narodowców jest to, że przynajmniej częściowo wywodzą się oni z lumpenproletariackich środowisk kibicowskich i są nadal od nich zależni. I oczywiście – część z nich „wyszła na ludzi” i robi wspaniałe rzeczy. Ale można pisać tysiące laurek o tym, że kibole to tak naprawdę grzeczni chłopcy, przeprowadzający staruszki przez ulice, a i tak po wielu meczach nadal trzeba będzie naprawiać zdemolowane przystanki autobusowe. Liderzy narodowców chętnie mówią o swojej formacyjnej pracy z kibicami, ale obawiam się, że jej główny efekt polega na tym, że podczas ustawek (jak niedawno w Marsylii) krzesełkami i flarami obrzucają się po prostu kibole, wytatuowani w husarskie skrzydła czy hasła wspominające „Wyklętych”. Nie mówiąc już o tym, że zależność pretendującego do rządzenia krajem nurtu politycznego od zwykłej subkultury jest dość kompromitująca.

Endek nie może być realistą politycznym, dlatego właśnie, że jest endekiem

Wbrew pozorom wcale nie potępiam w czambuł neoendeków. Jedną z pozytywnych postaci sejmu został Tomasz Rzymkowski (Kukiz’15 i „Endecja”), wykuwający kompromis dotyczący Trybunału Konstytucyjnego (który zresztą i tak nie dojdzie do skutku, bo nie zależy na tym ani rządowi, ani KOD-owskiej opozycji). Wiele ciekawych myśli można znaleźć na łamach „Polityki Narodowej” czy w piśmie „Myśl.pl”. Świetną robotę wychowawczą robi np. Towarzystwo Gimnastyczne Sokół, opierające się na narodowcach, potencjał badawczy w dziedzinie ekonomii ma także Centrum im. Władysława Grabskiego. Nie ma także nic złego w tym, że próbuje się sięgać po klasyków – głupio byłoby to zresztą pisać na łamach miesięcznika odwołującego się do jeszcze starszej, polskiej tradycji republikańskiej. Tylko że w wydaniu neoendeków to wszystko się nie klei – narodowcy nie zauważają powodów, dla których ich wszystkie dotychczasowe inicjatywy polityczne po 1989 roku poniosły klęskę i nie rozumieją, dlaczego kolejne też poniosą. Stanie się tak nie tylko ze względu na brak doświadczenia i „niezłomność”, cechującą jednoznaczne ideowo środowiska. Polscy nacjonaliści nie odnaleźli się w kraju swoich marzeń – państwie kapitalistycznym, które jednak przeszło emancypacyjną rewolucję społeczną, bez znaczących mniejszości narodowych, z zachodnią granicą opartą na Odrze.

Sztandar – wyprowadzić!

Dzieje się tak w dużej mierze przez polityczny antykwaryzm, który każe w obecnej Polsce widzieć kontynuację II RP, z którą ma ona tyle wspólnego, co II RP z Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Ale także dlatego, że narodowców zawsze napędzał wróg. Kiedyś był to niemiecki kolonista czy żydowski sklepikarz, którego łatwo było zidentyfikować – po wyglądzie, języku, wyznawanej religii. Dziś to tak już nie działa, ale nawet gdyby działało, to to, co pomaga w defensywie, nie pomaga budować: także dziś, gdy pewne paliwo neoendekom może dać kryzys uchodźczy, ich etniczny nacjonalizm (i ekskluzywny katolicyzm) będzie ich nieuchronnie zsuwał w kierunku ksenofobii motłochu, zresztą skierowanej nie tylko przeciwko imigrantom, ale także „litewskim chamom” czy „pederastom”. Abstrahując od tego – endecki szyld już naprawdę mało kogo grzeje. Głównie odstrasza (mniejsza o to, czy słusznie).

Chcący kształcić przyszłe elity narodowcy mają niestety problem z polityczną kulturą, która prowadzi do deprecjacji często słusznych postulatów

Nie znaczy to oczywiście, że narodowcy powinni teraz rozpłynąć się w powietrzu, ale powinni zrozumieć, że ruch narodowy – choć inspirujący – jest jako integralny ruch polityczny zwykłym anachronizmem. Część narodowców to chyba rozumie i – a oskarżajcie mnie państwo o wskazywanie „zwycięzcy” najnowszego sporu w endeckiej rodzinie, co mi tam – wyciąga wnioski, tak jak ludzie skupieni wokół „Endecji”, którzy za swoje hasło przyjęli „Polska dla wszystkich Polaków”. Co prawda od swojego pierwowzoru się znaczeniowo nie różni, ale już samo to, że brzmi inaczej, wskazuje na jego bardziej włączający charakter. To dobre na pierwszy krok. Endecy, zaśpiewajcie ostatni raz „Hymn młodych” i idźcie naprzód. Ale już bez Miecza Chrobrego.

 

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.
Świat intelektualny – od uniwersytetów po media – nie nadąża dziś za gwałtownymi przemianami rzeczywistości politycznej, gospodarczej i społecznej, opisując je za pomocą kategorii z poprzednich epok. To zasadniczo obniża jakość rządzenia, które musi rozstrzygać dylematy przy użyciu wiedzy dostępnej w danej chwili. Deficyt tej ostatniej zwiększa ryzyko decyzji błędnych lub wręcz katastrofalnych, jak również – dominacji fałszywych ideologii. Polski dotyczy to w stopniu szczególnym, ze względu na trudne położenie geopolityczne i słabość intelektualną (uniwersytetów, mediów, think tanków).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Koniec narodowców”

  1. Chris pisze:

    Ciekawy tekst, ale z dwiema uwagami. Po pierwsze związek narodowców z “kibolami” uważam za o tyle korzystny, że przynajmniej podejmowane są próby “ucywilizowania” dużych grup bezrobotnej lub pozbawionej perspektyw młodzieży z miast i miasteczek. Wskazana byłaby tutaj również pewna zorganizowana forma współpracy tej młodzieży z samorządami, przysposobienie obywatelskie, obronne itd. Lepszy taki “kibol” ogarnięty kultem Żołnierzy Wyklętych niż zanarchizowany i rozpity lump, który nie szanuje niczego, w nic nie wierzy i bezkarnie demoluje publiczną własność. Jeżeli historia, nawet ubarwiona do rangi legendy, potrafi uczłowieczyć nieokrzesanych, to tym lepiej dla nas wszystkich. Nie oceniając R. Ziemkiewicza przyznać trzeba, że w Polsce brakuje poczucia wspólnoty i należy ją budować na symbolach, które dla potencjalnych masowych odbiorców będą czytelne i atrakcyjne, a także nadadzą pewien sens ludzkiej egzystencji. “Emancypacyjna rewolucja społeczna” to nie jest punkt odniesienia, na którym można budować trwałe i konstruktywne wartości.
    Druga sprawa to problem ukraiński. To chyba nie narodowcy mają problem z odniesieniem do “państwa banderowskiego” (o sprawę Wołynia upominają się parlamentarzyści różnych ugrupowań), ale same władze Ukrainy. Co najmniej ryzykowne jest tutaj stwierdzenie, że antysowiecka (lub antyrosyjska) tradycja UPA może zostać odseparowana od antypolskiej. Tak czy inaczej współczesna Ukraina o Wołyniu wciąż nie chce mówić inaczej, jak tylko językiem równowagi krzywd i win (w najlepszym wypadku). A w takich warunkach o jakimkolwiek pojednaniu polsko-ukraińskim nie może być mowy. Jest to woda na młyn nie tylko dla narodowców po obu stronach granicy, ale dla każdej siły, która życzy sobie antagonizmów i waśni w naszej części Europy. I to wcale nie musi być wyłącznie Rosja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz