Kolęda Nocka, kolęda-wspólnota

„Kolęda Nocka”, niezwykły musical Wojciecha Trzcińskiego do słów Ernesta Brylla, był jednym z nader rzadkich wydarzeń wspólnotowości. Ale czy dziś wspólnota Polaków jest możliwa?

Wszyscy, coście dziś biedni
Co jecie chleb powszedni
Pójdźcie za naszą gwiazdą
Pójdźcie w jasności jasność…

(„Psalm o gwieździe”)

Tak to się zaczyna. Mocny bas, klawisze, perkusja, najpierw łagodny głos Teresy Haremzy, potem zadziorny – Krystyny Prońko. Wreszcie potężny chór, a raczej dwa połączone chóry. Budzi się jakaś wielka, ukryta moc. Nie ma innego wyjścia, tylko wstać, iść z kolędnikami, iść w tę posierpniową zimę, czarną, ale już roziskrzoną, iść w te dźwięki, zdobione na koniec solową gitarą.

A może to zaczyna się zupełnie inaczej? Wszak „Psalm o gwieździe” rozpoczyna kompaktową reedycję „Kolędy Nocki”. Pierwszą stronę płyty winylowej otwiera „Kolęda o gwieździe”, a gdy musical Wojciecha Trzcińskiego do słów Ernesta Brylla znów po latach został wystawiony w roku 2011, słuchacze najpierw usłyszeli „Sztandary”. To nie ma znaczenia. Ważne, że pozostaje to, co nieuchwytne. To, co wtedy, podczas premiery, trzydzieści osiem lat temu (dokładnie – 18 grudnia 1980 roku), z obcych sobie dotąd słuchaczy, wbitych w fotele Teatru Muzycznego w Gdyni, porażonych pięknem dźwięków i słów – uczyniło wspólnotę.

„Kolęda Nocka” należała do wszystkich. Dam głowę za to, że niejeden partyjny aparatczyk, będący może w gdyńskim Teatrze Muzycznym służbowo, zapomniał o swojej afiliacji i też chciał choć przez chwilę rzucić swoją robotę, i iść z nimi wszystkimi, z „Solidarnościowymi” kolędnikami niosącymi nową nadzieję

Czy wspólnota jest możliwa? Niektórzy słowo to wypowiadają z namaszczeniem, odmieniają przez wszystkie przypadki, wspólnota, o wspólnocie, a zwłaszcza: ach! wspólnoto! W tej grupie wielu jest zacnych, szlachetnych budowniczych świata opartego na wartościach, takich, jak Jean Vanier czy Józef Tischner. Ale wiadomo, że słowem „wspólnota” jak sztandarem potrafią nie od dziś wymachiwać też ci, których intencje są dużo mniej szlachetne. Dlatego są też i tacy, którzy twierdzą, że „wspólnota” to utopia. Niektórzy – jak Tomasz Kozak – powiedzą wręcz, że to szkodliwy majak, zastępujący „wyobrażenie społeczeństwa zorganizowanego zgodnie z zasadą solidarnościowej odpowiedzialności za dobrostan innych”.

Dziś jednak, gdy słucham „Kolędy Nocki” i próbuję odtworzyć sobie euforię sierpniowego karnawału – słyszę, widzę i czuję ten „wspólnotowy moment”. Niezwykłą i praktycznie niespotykaną siłę, która sprawiła, że ogromne masy przez chwilę myślą i czują to samo.

Jadą, czekają słowa, lecz wokół milczenie
Choć w pomiętych gazetach wielkie o nich pieśni
Budzą się, twarze mają ciężkie jak kamienie
Bo to już bardzo późno, choć niby tak wcześnie

(„Psalm jadących do pracy”)

Libretto Ernesta Brylla jak w gorzkiej pigułce ujmowało stan serc, umysłów i los Polaków AD 1980. Leitmotivem jest szarość, zmęczenie, dezorientacja, smutek. „Klatka nasza, zawieszona gdzieś na siódmym piętrze bloku” („Kołysanka osiedlowa”) musiała być „upragnionym domem”, bo nie było innego wyjścia. Zrozpaczona kobieta z „Kołysanki brzemiennej” czeka już siódmy rok na mieszkanie, i wie, że nie spotka jej nic lepszego niż „maleńki pokój, tak jak Polska szary”. Przytłaczające crescendo śniegu, mgły i dymu nakłada się na codzienność PRL-u, odbiera Polakom resztki energii. Wracają z pracy stłoczeni w tramwajach, a kiedy już wysiądą, rozstawiają się karnie w kolejkach jak szachowe, zdublowane piony.

Za czym kolejka ta stoi?
Po szarość, po szarość, po szarość
Na co w kolejce tej czekasz?
Na starość, na starość, na starość

Co kupisz, gdy dojdziesz?
Zmęczenie, zmęczenie, zmęczenie
Co przyniesiesz do domu?
Kamienne zwątpienie

(„Psalm stojących w kolejce”)

Jednocześnie wyłapał Bryll ten niezwykły moment, w którym ostatnie iskierki nieumarłej jeszcze nadziei rozpalają się na nowo. To Sierpień. Ten sam Sierpień, który dziś przestał być dobrem wspólnym, który dziś jest świętowany osobno przez każdą ze stron plemiennej wojenki jako jej fetysz, jej trofeum, jej totem. Wtedy „Kolęda Nocka” należała do wszystkich. Dam głowę za to, że niejeden partyjny aparatczyk, będący może w Teatrze Muzycznym służbowo, zapomniał o swojej afiliacji i też chciał choć przez chwilę rzucić swoją robotę, i iść z nimi wszystkimi, z Solidarnościowymi kolędnikami, niosącymi nową nadzieję, za gwiazdą, której światło rozpraszało brudny mrok PRL-u. Sami aktorzy, przygotowując się, przez wiele nocy spali w teatrze. „Byliśmy jak ślepcy, otumanieni tematem i wspaniałą muzyką, oryginalną rytmicznie i bogatą brzmieniowo. Każdy czuł, że uczestniczy w czymś wielkim, niezwykłym” – wspominała Bożena Zawiślak.

„Kolędę Nockę” można skrytykować, i tak się działo już wtedy – zarzucano jej nadmierny patos, epatowanie prostą symboliką. A jednak i w patosie może być szczerość. Autentyczność tej nadziei, że sierpniowa rewolucja zostanie dokończona:

Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj
Kiedyś te kamienie drgną
I polecą jak lawina
Przez noc, przez noc, przez noc

(„Psalm stojących w kolejce”)

Krzysztof Bukowski, reżyser gdyńskiego spektaklu, coś wyczuł – i przedstawienie kończy się smutno, sceną obcinania bohaterom skrzydeł. I kiedy dziewięć lat później rewolucję symbolicznie domknięto, Polacy byli już przyzwyczajeni do myśli, że raczej sobie nie pofruwają. Może dlatego Czerwiec ‘89 nie ujrzał nowej „Kolędy Nocki”.

A od tego czasu wiele się zmieniło. Jeśli współczesna Brzemienna ma tylko zdolność kredytową, podpisuje kilka dokumentów i parę dni później może cieszyć się już mieszkaniem. Ba, jest szansa, że jego okna nie będą „krzywe jak zły pacierz”. Winda nie budzi w środku nocy, porusza się miękko jak kot. Dławiący dym niby odpłynął z miast, ale przecież powraca, nazywany dziś smogiem. Tłok w tramwajach jest mniejszy; zamiast ściskać w gazecie chleb ze smalcem, pakujemy do plastikowych pudełek kanapki z salami, wprawdzie tanim i naszprycowanym całą tablicą Mendelejewa, ale przecież salami. I tylko wspólnoty nie ma.

Może ma rację Tomasz Kozak, może wspólnota na masowym poziomie jest majakiem, a próba jej budowania jest nawet niebezpieczna. Wszak republika – nasze marzenie w „Nowej Konfederacji” – jest miejscem, gdzie obok siebie mogą żyć „niewspólni”. Wszak do wspólnotowości nikogo zmusić nie można. A mimo to, w te święta chciałbym życzyć Polsce, chciałbym życzyć naszym czytelnikom, koleżankom i kolegom z zespołu, byśmy choć raz, może dwa, trzy razy przeżyli ten moment „Kolędy Nocki”. Moment, w którym chcemy iść za gwiazdą, z kolędnikami. I byśmy poszli – w jasności jasność.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

2 odpowiedzi na “Kolęda Nocka, kolęda-wspólnota”

  1. Marcin Makowski pisze:

    Dwa cytaty z autora.
    – Zrozpaczona kobieta z „Kołysanki brzemiennej” czeka już siódmy rok na mieszkanie, i wie, że nie spotka jej nic lepszego niż „maleńki pokój, tak jak Polska szary”.
    – A od tego czasu wiele się zmieniło. Jeśli współczesna Brzemienna ma tylko zdolność kredytową, podpisuje kilka dokumentów i parę dni później może cieszyć się już mieszkaniem. Ba, jest szansa, że jego okna nie będą „krzywe jak zły pacierz”. Winda nie budzi w środku nocy, porusza się miękko jak kot. Dławiący dym niby odpłynął z miast, ale przecież powraca, nazywany dziś smogiem. Tłok w tramwajach jest mniejszy; zamiast ściskać w gazecie chleb ze smalcem, pakujemy do plastikowych pudełek kanapki z salami, wprawdzie tanim i naszprycowanym całą tablicą Mendelejewa, ale przecież salami.

    Panie Piekutowski – widzę że prezydent Komorowski może Panu tylko buty wiązać.
    P.S.
    Mój ojciec, który był maszynistą kolejowym w wieku 29 lat miał 3 pokojowe mieszkanie. W wieku 49 lat wybudował dom. Oczywiście bez żadnego zadłużenia kredytowego. Dla mnie pomimo kilkunastoletniej pracy na stanowiskach menadżerskich w firmach zachodnich (nie jest to Warszawa) jest to nieosiągalne (mam 49 lat).
    Za to mam III i IV RP oraz Pana Piekutowskiego et consortes z Nowej Konfederacji budujących “republikę”. Muszą ich dobrze opłacać (wszak sieć niezliczonych fundacji i think-tanków opłacanych z zagranicy zachodniej dobrze się miewa) skoro są takimi wojownikami demokracji i obiektywnymi komentatorami najnowszej historii Polski.

  2. Marcin Makowski pisze:

    Poprawka. Ojciec miał 44 lata po wprowadzeniu się do nowo wybudowanego domu. Z emocji źle policzyłem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz