Jak Karnowski dzieli prawicę

Aktualności,

Parafrazując Piotra Zarembę, naczelny „Sieci Prawdy” każe nam wybierać między „zachowawczością à la Burboni a gnaniem na skróty à la jakobini”

Walka z wrogiem zaostrza się wraz z postępami „dobrej zmiany”. To już nie tylko komuniści i złodzieje, lewica i liberałowie, Platforma i Nowoczesna. Jacek Karnowski do grona wrogów „dobrej zmiany” dołączył publicystów i komentatorów reprezentujących nurt, który określa się jako „«republikański», będący mieszaniną endeckości, libertarianizmu i liberalizmu”. Zdaniem Karnowskiego to nurt „sam z siebie nie mający żadnych szans na wygranie wyborów, ale jednocześnie coraz bardziej zmęczony socjaldemokratyczno-solidarystyczną praktyką rządów PiS”. To ludzie należący do „części kontrelity, która w okresie przedwyborczym popierała, przynajmniej w ogólnych zarysach, dobrą zmianę” – jak pisze redaktor naczelny „Sieci Prawdy” na portalu wPolityce.pl.

Takie teksty pisze się najlepiej, nie podając nazwisk. Kto ma wiedzieć, o kogo chodzi, ten wie, a w razie czego można kogoś szybko do tego grona dokooptować. Nie jest to pierwszy tekst Karnowskiego na ten temat. Ewidentnie redaktor naczelny „Sieci…” nie jest w stanie znieść faktu, że są publicyści identyfikujący się z szeroko rozumianą prawicą, a jednocześnie krytyczni wobec tego, jak wygląda „dobra zmiana”. Przyczyny tego stanu rzeczy muszą leżeć gdzie indziej niż po prostu w merytorycznej ocenie rzeczywistości (bo ta przecież zasługuje tylko na jedną słuszną interpretację). Wcześniejszy komentarz Karnowskiego „Satysfakcja, z jaką część prawicy kopie obóz rządzący, wciąż budzi we mnie zdumienie” był mieszanką taniego psychologizowania i epatowania emocjonalnymi opiniami („Szczerze mówiąc, to jest coś wyjątkowo żenującego. Moim zdaniem, tak żyć nie warto”). Karnowski przedstawiał prawicowców krytycznych wobec rządu Beaty Szydło jako ludzi, którzy nie rozumieją szerszego planu, wedle którego rząd działa; ludzi, którzy są pyszni, zakłamani, a żeby tego było mało, odczuwają z tego wszystkiego satysfakcję.

Swoim nowym tekstem o zwięzłym tytule „Robi się naprawdę ciekawie. Jesteśmy świadkami kolejnej rekonstrukcji i przebudowy salonu, jak zwykle przez kooptację”, Karnowski dorzuca do pieca. Według niego część „kontrelity”, która nie robi fikołków z radości, słysząc o kolejnym pomyśle PiS, jest takim samym dzieckiem III RP, jak elity dotychczasowe. Dlatego nie dostrzega powodów, dla których należy popierać wszystko, co robi PiS, choć 40 proc. Polaków to robi. Co gorsza, stara się doszlusować do tego, co po prawej stronie zwykło się określać mianem „Salonu”. Tak, Karnowski dosłownie pisze: „Gdy więc znowu w którejś z anten mediów prywatnych lub publicznych (niektóre są ciekawym laboratorium i akuszerem tego procesu) usłyszycie solidarną jazdę po rządzie i PiS z prawej i lewej strony, podlaną coraz wyraźniejszym porozumieniem emocjonalnym, wspólną pogardą dla «pisowskiego betonu», nie dziwcie się. Tak właśnie zaczyna się nowy rozdział w historii części polskich elit”.

Naczelny „Sieci Prawdy” wskazuje czytelnikom nowego wroga: publicysta lub komentator musi być prorządowym populistą, inaczej stoi tam, gdzie nasi dotychczasowi nieprzyjaciele

Utożsamianie chęci głosowania na dane ugrupowanie z popieraniem wszystkiego, co ono chce zrealizować, jest bałamutne, zwłaszcza gdy bardzo chętnie powtarza się twierdzenie o braku alternatywy dla partii rządzącej. Ważniejsze jednak, że fundament, na jakim Jacek Karnowski buduje tezę, że należy popierać bez dyskusji wszystko, co robi ekipa Jarosława Kaczyńskiego (chyba że chodziłoby o pozbawienie koleżanki fuszki w TVP lub kolegi stanowiska w PZU), jest niesamowicie płytki. „Otóż zwykli Polacy są w mniejszym stopniu dziećmi III RP niż zdecydowana większość elit i kontrelit. Ważne są dla nich sprawy realnie istotne: bezpieczeństwo, solidarność społeczna, sprawiedliwość, patriotyzm, niepodległość” – pisze Karnowski. A skoro PiS reprezentuje to, czego chcą „zwykli Polacy”, to należy popierać PiS. Proste jak konstrukcja cepa! Aksjomat bezrefleksyjnego popierania rządu wynika tu z założenia, jakim jest równie bezrefleksyjny populizm. Tymczasem gdyby Karnowski, zarzucający prawicowej części elit niedostrzeganie „szerszego obrazu” czy brak „politycznej wyobraźni”, zapoznał się na poważnie z jej krytyką PiS, spostrzegłby, że często bierze się ona właśnie z obawy przed dezorganizowaniem armii, podporządkowywaniem sądów władzy politycznej, czy przed obniżeniem rangi Polski na arenie międzynarodowej. Elity te krytykują rząd nie tylko dlatego, że jak „zwykli Polacy” „wiedzą co dla nich dobre”, ale wiedzą – a przynajmniej starają się dociec – co jest dobre dla Polski rozumianej jako całość. A temu bezrefleksyjna klaka dla rządu kompletnie nie służy.

Parafrazując jeszcze do niedawna zastępcę redaktora naczelnego w „Sieciach Prawdy”, Piotra Zarembę, Karnowski, niczym PiS, „każe nam niestety wybierać między zachowawczością à la Burboni a gnaniem na skróty à la jakobini”. Naczelny „Sieci Prawdy” wskazuje czytelnikom nowego wroga: publicysta lub komentator musi być prorządowym populistą, inaczej stoi tam, gdzie nasi dotychczasowi nieprzyjaciele. Ten podział, jak wiele innych we współczesnej debacie, jest fałszywy, ale to nie ma znaczenia. Ważne jest to, że takie postawienie sprawy, zwłaszcza jeśli będzie powielane i wciskane do głowy odbiorcom, może mieć znaczenie w sporze między różnymi frakcjami szeroko rozumianej prawicy. Tarcia na linii Krakowskie Przedmieście ­– Nowogrodzka są coraz silniejsze. Wiele osób patrzących krytycznie na „błędy i wypaczenia” obozu władzy wiąże nadzieje z postacią Andrzeja Dudy. Duża część polityków niezbyt chętnie przyjmuje założenie, że aby skończyć z kradzieżą spodni przez niektórych sędziów, należy zaorać Sąd Najwyższy. Tak jednoznaczne postawienie sprawy, jak zrobił to Karnowski (obecne przecież nie tylko w mediach) może ich dyscyplinować. W końcu są w większym stopniu zależni od Prezesa.

Jednak takie dyscyplinowanie ma, paradoksalnie, szanse tylko wtedy, gdy krytyka poczynań PiS jest dopuszczalnym poglądem w obozie szeroko rozumianej prawicy, obejmującej przecież nie tylko twardy elektorat partii Jarosława Kaczyńskiego. Wywody Karnowskiego – reprezentatywne w końcu dla dużej części PiS, a także wyrabiające opinię czytelników – mogą mieć charakter samospełniającej się przepowiedni. Jeśli po wyparowaniu antykomunizmu jako paliwa sporu politycznego okaże się, że między prorządowym populizmem reprezentowanym przez Karnowskiego, a konserwatyzmem, republikanizmem czy konserwatywnym liberalizmem jest już bardzo niewiele punktów stycznych, wspólnota tożsamościowa prawicy może przestać istnieć. Byłby to rzeczywiście nowy rozdział w historii polskiej polityki, ale wątpię, by skorzystał na tym obóz „dobrej zmiany”, ograniczony jedynie do populistycznego betonu.