Jak Kaczyński się doczekał

Autobiografia prezesa PiS, dotycząca okresu przed powstaniem tej partii, odsłania źródła jego polityki i sukcesu

Wielu komentatorów próbuje odnaleźć klucz do polityki Jarosława Kaczyńskiego. Odkryć jej zasady, odtworzyć algorytm, według którego podejmuje on decyzje. Przewidzieć, co czeka nas jesienią, w którą stronę rozwinie się polityczna strategia PiS. Tymczasem od lat wiadomo jedno: wywiady i przemówienia nie zawierają żadnych podpowiedzi do zrozumienia Kaczyńskiego. Polityk, którego siłą jest nieprzewidywalność zaprzeczyłby swojej grze, umieszczając w tego typu wypowiedziach zaszyfrowane wskazówki. Dlatego, chcąc znaleźć klucz do jego polityki, należy rekonstruować raczej stałe elementy i powtarzające się motywy. Okazją do takiej obserwacji może być lektura właśnie wydanej książki jego autorstwa. Dotyczy ona innych czasów i innych spraw, ale wciąż tego samego człowieka. Więcej – odnosi się do źródeł jego polityki i w mniejszym stopniu –  tajemnicy jego sukcesu.

Prezes mówi, jak było

Tytuł książki nie zapowiada jej najlepiej. Dzieje Porozumienia Centrum podsumowane hasłem „Porozumienie przeciw monowładzy” sugerują zamiar zasadniczej rewizji historii. Zabierałem się zatem za lekturę pełen najgorszych obaw, spodziewając się nie tylko zasadniczo innego niż dotychczasowy opisu polityki lat 90., ale też korekty wszystkich, niewygodnych z dzisiejszego punktu widzenia detali. Niczego takiego jednak w tej książce nie znalazłem. Ludwik Dorn jest tym, kim wówczas był, Stefan Niesiołowski jest najsympatyczniejszą postacią w całym ZChN, a Ryszard Czarnecki – dziś bliski współpracownik prezesa PiS – jest oceniany przez pryzmat tamtych czasów. Do tego stopnia, iż autor uważa za stosowne podkreślić, że dziś relacje układają się całkiem inaczej.

Co więcej – poza naturalną subiektywną perspektywą prezesa PC – nie sposób więc dostrzec zamiaru zasadniczej korekty wizerunku lat 90. Dlatego trudno mi zrozumieć pomysł na tytuł książki. Użyte w nim pojęcie „monowładzy” wydaje się doklejone na siłę. Nie pasuje do Unii Demokratycznej, która w 1991 roku nie dostaje nawet wicemarszałka Sejmu, a potem nie jest w stanie zawrzeć koalicji z postkomunistami. Co przecież, zważywszy jej obecną czarną legendę, powinna zrobić wyprzedzając kolegów z PSL. Nie pasuje też do SLD, walczącego z Wałęsą, którego premier zostaje w 1995 roku oskarżony o zdradę kraju. Nie da się znaleźć na kartach książki złowrogiego układu, który byłby zdolny do kontrolowania wszystkiego, choć ludzie służb i politycy od nich zależni oczywiście odgrywają istotną rolę. Kaczyński nie podejmuje także próby wybielenia czy uszlachetnienia historii PC. Ktoś, kto chciałby widzieć prawicę – czy choćby samo Porozumienie Centrum – jako zakon pełnych cnót politycznych rycerzy, nie znajdzie w tej książce argumentów. Przeciwnie – zobaczy prawicę, której niezwykle trudno dogadać się nawet wtedy, gdy różnice są niewielkie. Zobaczy małostkowego i nie zawsze lojalnego wobec PC premiera Olszewskiego, który wyprowadza z partii Kaczyńskiego swoją własną grupę. Dostrzeże łasą na stanowiska większość PC, która w czasach AWS decyduje się na fuzję z chadekami Pawła Łączkowskiego. Drogę Adama Lipińskiego, który staje wówczas na czele grupy nieuznającej tego aktu i kontynuuje działalność Porozumienia Centrum. Wybiera tylko niewielkie grono, które stanie się nieco później kręgiem wspierającym powstanie Prawa i Sprawiedliwości.

Specyfika polityki Kaczyńskiego

Kaczyński z kronikarską precyzją opisuje zjawiska wstydliwe i groteskowe. Nie ukrywa gry o materialne podstawy własnego środowiska, pokazując ją w kontekście szerszych wydarzeń, ale nie budując żadnych rozległych racjonalizacji. Można nawet powiedzieć, że każdy, kto nie pamięta tamtych lat, dostanie rzetelną relację, ale będącą także swego rodzaju politycznym elementarzem. Przekazem pokazującym to, z czego składa się demokratyczna polityka: gromadzenie zasobów, brutalność negocjacji, radzenie sobie z ludzkim konformizmem, tchórzostwem, z atakami mediów i stosujących niegodne chwyty przeciwników.

Kaczyński z kronikarską precyzją opisuje zjawiska wstydliwe i groteskowe

W książce odnajdziemy szereg motywów, które pojawiały się wcześniej we wspomnieniowych wywiadach Kaczyńskiego  czy w jego ciekawych, długich monologach, wypowiadanych przy okazji rozmaitych publicznych spotkań. Tu zebrane w jednym miejscu pozwalają na opisanie tego, co stworzyło specyfikę polityki Kaczyńskiego.

Sprawa pierwsza to postrzeganie polityki, jako gry o dominację, o własną – indywidualną i środowiskową – pozycję. Kaczyński dość otwarcie pisze o ambicjach grup podziemnej „Solidarności”, o rywalizacji personalnej, nie tracąc przy tym – co się czasami zdarza – poczucia proporcji między walką z reżimem a znaczeniem konfliktów wewnętrznych. Przywiązuje dużą wagę do zdarzeń drobnych, w których przejawia się symboliczna choćby dominacja osób takich jak Kuroń, Michnik czy Geremek. Można odnieść wrażenie, że ugruntowują one w nim potrzebę niezależności, odrzucenia panujących hierarchii. Lekceważy, co ciekawe, te momenty, w których – stojąc po ich stronie – te hierarchie wzmacnia. Gra o pozycję jest jednak leitmotivem całej książki. Wszystko jedno, czy chodzi o warszawską opozycję, otoczenie Lecha Wałęsy, czy grę z Janem Olszewskim o przywództwo na prawicy.

Bliźniak Bieleckiego

Sprawa druga to bardzo wysoki poziom krytycyzmu w stosunku do innych środowisk. Kaczyński wspomina o poczuciu obcości wobec środowiska KOR, ale podobną uwagę czyni także pod adresem Ruchu Młodej Polski, niezwykle krytycznie opisuje postać Mirosława Dzielskiego. Ciepło pisze o Macierewiczu, Naimskim i Dornie, ale przecież nie znajduje na stałe miejsca w redagowanym przez nich „Głosie”. Pisze w pewnym miejscu o tym, że stosunki z nimi „bardzo się rozluźniły” –  „Zorientowałem się, że zawsze będę w tej grupie człowiekiem z zewnątrz”. Ten krytycyzm i wspomniana wcześniej ogromna waga przywiązywana do własnej pozycji prowadziły Kaczyńskiego do decyzji o utworzeniu grupy własnej. Gdy tylko nadarzy się po temu dobra okazja.

Sprawa trzecia to szacowanie politycznego ryzyka. Kaczyński zachowuje dystans do różnych środowisk tworzących solidarnościową opozycję, nie czuje się z nimi solidarny, ale też nie wchodzi z nimi w konflikt. W latach 80. nie walczył ani z dominacją związanego z KOR podziemnego kierownictwa regionu Mazowsze, ani nie wspierał – jak czynił to choćby Macierewicz na łamach „Wiadomości” – postulatów odsuniętych przez Wałęsę i jego doradców liderów związku, zebranych w Grupie Roboczej Komisji Krajowej. Nie przeciwstawiał się – jak Tadeusz Mazowiecki, Adam Strzembosz i Aleksander Hall – niedemokratycznemu i nieuwzględniającemu wielu opozycyjnych środowisk sposobowi tworzenia list Komitetu Obywatelskiego w 1989 roku. Nie stworzył własnego środowiska ani nawet – co było bardzo łatwe – własnej podziemnej gazety. Czekał wtopiony w obóz solidarnościowy.

Wojna na górze – dla wielu wojna przeciw dominacji Geremka i ludzi przyszłej UD – była okazją, której sprawni politycy, jakimi okazali się gdańscy liberałowie i Kaczyński, nie mogli zmarnować

Grę o samodzielność podjął w roku 1990. Stała się ona możliwa dzięki taktyce Lecha Wałęsy i politycznej metodzie liderów późniejszej Unii Demokratycznej. Ta pierwsza zakładała wystawianie na najważniejsze funkcje kolejnych „zderzaków”. Polityków, którzy mieli brać na siebie wszelkie konsekwencje błędów Wałęsy, a jego samego stawiać poza zasięgiem zarzutów. Taką rolę przypisał Wałęsa premierowi Bieleckiemu i oddelegowanemu do Komitetu Obywatelskiego Zdzisławowi Najderowi. Taką misję otrzymał też Kaczyński podczas negocjacji z ZSL i SD, poprzedzających utworzenie rządu Mazowieckiego, a potem – kiedy powierzono mu kierowanie bardzo wówczas opiniotwórczym „Tygodnikiem Solidarność”. Zarówno Bielecki, jak i Kaczyński wykorzystali swoje pięć minut. Jeden do wypromowania KLD, którego liderzy dziesięć lat później stworzyli Platformę Obywatelską, drugi do stworzenia PC. Jednakże nominacje Wałęsy nie wystarczyłyby, gdyby nie styl uprawiania polityki, wprowadzony przez liderów OKP i późniejszej Unii Demokratycznej. Styl, który ludzi im mniej znanych i mniej zaprzyjaźnionych – jak Kaczyński i Bielecki – stawiał w pozycji intruzów i uzurpatorów. Tych, którym nominacje Wałęsy się nie należały. Którzy dali się Wałęsie zwieść i wykorzystać, przeciwko kręgowi doradców i polityków, jedynemu uprawnionemu do rządzenia krajem i obozem Solidarności. Styl ten uniemożliwił Bieleckiemu i Kaczyńskiemu rozwijanie kariery wewnątrz spójnego obozu zwycięzców i zmusił ich do walki o wewnętrzny pluralizm. Ludzi zrażonych do polityki kierownictwa OKP i KO było zaś niemało. Wojna na górze – dla wielu wojna przeciw dominacji Geremka i ludzi przyszłej UD – była okazją, której sprawni politycy, jakimi okazali się gdańscy liberałowie i Kaczyński, nie mogli zmarnować.

Przeciw salonowi

Losy obu tych środowisk były zresztą bardzo podobne. Można powiedzieć – rozwijały się równolegle. Odgrywały ogromną rolę w latach 1991–1993, by potem znaleźć się na granicy politycznego niebytu w następnej, pozaparlamentarnej kadencji, a okres rządów koalicji AWS-UW przetrwać na politycznym marginesie. Oba stały się beneficjentami kryzysu tej koalicji w roku 2000 i 2001. Oba też stworzyły podmioty dominujące w polskiej polityce ostatniej dekady.

Co więcej – oba miały bardzo pragmatyczną ocenę środowisk tworzących ramy transformacji. Dla KLD partnerzy z Unii Demokratycznej nie byli miłymi wujkami, których protekcji zawdzięcza się karierę. Przeciwnie – droga Bieleckiego i Tuska, podobnie jak Jarosława i Lecha Kaczyńskich, wiodła przez konflikt z tym środowiskiem. Dwukrotnie bardzo ostry, przeradzający się w walkę na śmierć i życie. Pierwszy raz, w prezydenckiej kampanii Wałęsy, kiedy to środowisko gdańskich liberałów nie szczędziło krytyki nie tylko Mazowieckiemu, ale i Balcerowiczowi. Drugi raz, w 2000 roku, gdy secesja Tuska z Unii Wolności okazała się gwoździem do trumny tej formacji. W pierwszym i drugim przypadku racje ideowe ustąpiły konfliktowi środowiskowemu i pokoleniowemu.

Podobnie w przypadku Jarosława Kaczyńskiego – rywalizacja personalna, pokoleniowa, środowiskowa wzmacniała lub osłabiała napięcia ideowe. W pierwszej połowie lat 90. ostentacyjny katolicyzm ZChN i Radia Maryja był nie do przyjęcia. Od pewnego momentu stał się integralną częścią tożsamości obozu PiS. Kandydatura Andrzeja Leppera była nie do zaakceptowania, gdy na fotel wicemarszałka forsowało ją SLD. Kilka lat później ruch Samoobrony stawał się integralną częścią „Polski solidarnej”, w jej odwiecznym konflikcie z „Polską liberalną”.

Kto po Kaczyńskim?

Można powiedzieć, że polityka Kaczyńskiego to nieustanne szacowanie własnych pozycji – zarówno w dużej grze, toczonej z innymi partiami i środowiskami, jak i w grze wewnętrznej własnej partii. Złe doświadczenia, jakie Kaczyński zebrał w Porozumieniu Centrum, zaowocowały zresztą potem twardym autorytaryzmem w kierowaniu Prawem i Sprawiedliwością. Polityka Kaczyńskiego jest podsycana przez ostry, tracący z upływem czasu nawet poczucie miary, krytycyzm wobec innych środowisk. Mimo to – jest zawsze bardzo elastyczna i w obliczu poważnego zagrożenia skłonna do ustępstw.

To sprawia, iż ci, którzy sądzą, że Jarosław Kaczyński jest przede wszystkim mistrzem taktyki mają sporo racji. Gdy dodamy do tego wytrwałość i talent do przekonywania, zdolność uzasadniania swojej koncepcji wielkimi wizjami historii i polityki – zyskamy większość elementów, które składają się na dzisiejszą politykę PiS. Politykę, w której wspólnie z bliźniaczym środowiskiem, kierowanym przez gdańskich liberałów, rozgrywano wielkie emocje i wielkie aspiracje Polaków. Politykę, która wyrosła z doświadczeń, upokorzeń i porażek, jakich doznały te środowiska w pierwszej dekadzie Trzeciej Rzeczpospolitej.

Następny Kaczyński z pewnością nie siedzi dziś na Nowogrodzkiej ani w rządowych ławach. Nie jest ulubieńcem opozycyjnie nastawionych intelektualistów

Ciekawym przeszłości i prognoz można podpowiedzieć, by koncentrowali się raczej na pytaniu: co jest w stanie nastąpić po Tusku i Kaczyńskim? Tak jak Kaczyński i Tusk nastąpili po upadku Kwaśniewskiego i Geremka, Millera, Krzaklewskiego i Wałęsy. Pałeczki po tych politykach nie przejęli ich akolici. Nikt nie pamięta dziś nazwisk świetnie zapowiadających się polityków SLD, UW czy AWS. Wygrali ci, którzy pod koniec lat 90. doznawali marginalizacji i upokorzeń, których polityczne środowiska rozpadały się pod presją kuszących stanowisk i poczucia bezsensu. Następny Kaczyński z pewnością nie siedzi dziś na Nowogrodzkiej ani w rządowych ławach. Nie jest ulubieńcem opozycyjnie nastawionych intelektualistów. Być może cieszy się opinią gorszą niż w 2000 roku leniwy wicemarszałek Senatu Tusk czy skłócony nawet z własnymi kolegami poseł Kaczyński.

Oczywiście w opozycji do takich prognoz stoi przekonanie politologów o ogromnej stabilności systemu partyjnego, opartego na budżetowych dotacjach. Przekonanie znawców od marketingu o wielkich umiejętnościach sztabów propagandowo-wyborczych PO-PiS. Wreszcie przekonanie tysięcy karierowiczów, obstawiających dziś zwycięski obóz, jako ten, który będzie rządził przez lata. A jednak bliskie temu, co Rene Girard nazwał „prawdą powieściową” wspomnienia Jarosława Kaczyńskiego każą mi trzymać się własnej prognozy. Wygrają upokorzeni i zmarginalizowani.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Ostatnio opublikował książkę "Rywalizacja polityczna w Polsce" (2013)

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz