Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Dyktatura przegiętych wyrazistości

Polityczna niepoprawność nie jest równoznaczna z PiS. Jeśli ktoś odsunie od władzy partię Kaczyńskiego, to może się okazać, iż będzie dla warszawki jeszcze bardziej niestrawny niż „dobra zmiana”

Za każdym razem, kiedy Prawo i Sprawiedliwość podejmuje jakieś działania, które lewicowo-liberalna część opozycji odbiera jako kolejne brutalne upokorzenie, można przeczytać lub usłyszeć, że przyjdzie czas zmiany władzy i wtedy PiS zostanie upokorzony jeszcze bardziej. Ten argument pojawiał się w odniesieniu zarówno do zmian w Trybunale Konstytucyjnym, jak i do prób przeforsowania projektów zaostrzenia przepisów antyaborcyjnych.

Śledząc media, można odnieść wrażenie, że mamy obecnie do czynienia z trwałą obsadą sceny politycznej. Dziś rządzi PiS. W parlamencie atakują go Platforma Obywatelska i Nowoczesna, a na ulicy – Partia Razem, Komitet Obrony Demokracji, Obywatele RP oraz ruchy feministyczne i gejowskie. Kukiz’15 i PSL zachowują się obrotowo, ale raczej nie są skore do eskalacji konfliktu z obozem władzy.

Ruchliwa scena polityczna

Przyjdą jednak wybory – samorządowe, parlamentarne, prezydenckie – i sytuacja się zmieni. PO i Nowoczesna będą musiały się dogadać. Jak nie za trzy lata, to za lat siedem – prędzej czy później zjednoczona lewicowo-liberalna opozycja odsunie PiS od władzy i srogo się na nim zemści.

Rzecz w tym, że nie ma takiej prawidłowości. Obecna scena polityczna w Polsce przechodzi gruntowną przebudowę, choć jeszcze tego nie widać, a i sami uczestnicy tego procesu mogą sobie z niego nie zdawać sprawy. To zresztą nie pierwsza taka przebudowa – wystarczy przypomnieć to, co się stało w pierwszej dekadzie XXI wieku: zniknięcie Unii Wolności, a potem spadek znaczenia Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Kto jeszcze pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia wieszczył taki scenariusz? Wpływ na to, co się w tej chwili dzieje, mają i sprawy międzynarodowe – przede wszystkim kryzys migracyjny, i kierunek zmian w zbiorowej świadomości Polaków. Głównie chodzi o to, że wiele kwestii, które w Polsce lat 90. były tematami tabu, dziś nimi nie jest.

Ekscentryk ekspertem

Ktoś, kto w pierwszej dekadzie III RP perorował o postkomunistycznych układach, knowaniach George’a Sorosa, zagrożeniach ze strony przybyszów z krajów muzułmańskich, musiał się liczyć z tym, że przylgną do niego takie etykiety, jak „oszołom” czy „paranoik” i nie zagrzeje miejsca w politycznym i medialnym mainstreamie. To był czas liberalno-demokratycznego snu o końcu dziejów i wszelkie
światopoglądowe wyrazistości – szczególnie te prawicowej proweniencji – uchodziły za przejaw dziwactwa.

W latach 90. demaskowanie „religii Holokaustu” czy rozważania o „lewackości” Adolfa Hitlera obecne były na łamach niszowych periodyków. Teraz z tymi tematami można się zetknąć w prasie wysokonakładowej. Jeszcze trzy lata temu Marian Kowalski – wtedy działacz Ruchu Narodowego, obecnie polityk zbyt ekscentryczny nawet jak na to ugrupowanie – uchodził za kogoś, kogo w mainstreamowych mediach wypadało pokazywać jako egzotyczne zjawisko, lecz wstyd było do nich zapraszać w charakterze komentatora. Dziś na ekranach telewizorów bryluje on w charakterze osoby opiniotwórczej.

W latach 90. demaskowanie „religii Holokaustu” czy rozważania o „lewackości” Adolfa Hitlera obecne były na łamach niszowych periodyków. Teraz z tymi tematami można się zetknąć w prasie wysokonakładowej

O czym to świadczy? O zmianie obowiązującego w politycznym i medialnym mainstreamie dyskursu. Ale tę zmianę kreują też ludzie, którzy w ciągu minionych kilkunastu lat dokonali światopoglądowych i środowiskowych wolt, nieraz nawet o 180 stopni. Nie brakuje wśród nich zwolenników obecnego obozu władzy, dających temu wyraz w sposób szczególnie nadgorliwy. I ta nadgorliwość idzie w parze z przesadną wyrazistością.

Na Facebooku i Twitterze złośliwcy serwują rozmaite kompromaty dotyczące takich osób, choć nieraz jest to wyłącznie przypominanie powszechnie znanych faktów. I tak okazuje się, że dziś lewicowo- liberalną opozycję najbardziej hejtują – oprócz w gorącej wodzie kąpanej prawicowej młodzieży – ludzie, którzy a to mają PZPR-owską lub SLD-owską przeszłość, a to popierali Lecha Wałęsę w jego konfrontacji z Porozumieniem Centrum, a to kilkanaście lat temu byli związani z warszawką, bądź co bądź znaną ze swojej organicznej awersji do prawicy.

Dziś każdy przekracza granice

Problemem rzecz jasna nie jest w przypadku takich osób sama wolta, lecz brak pokory wobec własnego życiorysu. W zmianie poglądów, w przewartościowaniu swoich życiowych wyborów nie ma nic nagannego, zwłaszcza gdy się to publicznie w sposób zrozumiały uzasadni. Ale neoficka nadgorliwość w takiej sytuacji nie przystoi.

Zmiana obowiązującego dyskursu spowodowała też, że prawicowe poglądy zaczęły występować w karykaturalnych formach. Ilustracją tego może być moda na „odzież patriotyczną”. Monstrualnej wielkości napisy i emblematy na t-shirtach i bluzach to przecież kicz, by nie ująć rzeczy bardziej dosadnie: obciach i żenada.

Wreszcie wyłania się kwestia uproszczonego przekazu, mówienia „jak jest”. W wypowiedziach Krystyny Pawłowicz i Dominika Tarczyńskiego, Miriam Shaded i Janusza Korwin-Mikkego, Wojciecha Cejrowskiego i Mariusza Maxa Kolonki – ludzi, którzy są bohaterami polskich prawicowych „internetów” – nie ma miejsca na niuansowanie rzeczywistości. Im ostrzejsze, im bardziej soczyste słowa padają pod adresem „lewactwa” (a termin ten jest bardzo pojemny – może obejmować i działaczy Partii Razem, i resztki konserwatywnego skrzydła PO), tym jest efektowniej.

Rzecz jasna taka sytuacja stanowi pokłosie umasowienia pewnych wyrazistych postaw. W latach 90. hermetyczne grono czytelników „Stańczyka”, sięgając po ten – redagowany przez Tomasza Gabisia, przekraczający wszelkie granice ówczesnej poprawności politycznej – „postkonserwatywny” periodyk, szukało paradoksów zarówno na lewicy, jak i na prawicy. Teraz target prawicowych „tożsamościowych” mediów oczekuje od nich prostego, zerojedynkowego przekazu.

Stupor opozycji

A jednak, mimo tych wszystkich negatywnych tendencji po prawej stronie polskiej sceny politycznej, będących skądinąd ceną, którą przychodzi zapłacić za konsolidację prawicowego ludu, opozycja lewicowo-liberalna pozostaje w swoistym stuporze. Można w jej przypadku mówić o paraliżującym uwiądzie intelektualnym.

PiS, wychodząc naprzeciw społecznym potrzebom (program „500 plus”) i obawom (niewpuszczanie przybyszów z krajów muzułmańskich), właściwie wytrącił opozycji lewicowo-liberalnej wszelki oręż z ręki. Ale to tylko jedna strona medalu. Drugą są okoliczności obiektywne. Platforma i Nowoczesna to formacje, które mogły odnosić sukcesy w epoce postpolityki – kiedy w Europie różnice między lewicą a prawicą zanikały, a elity poszczególnych krajów, przekonane o bezalternatywności liberalnej demokracji, zajmowały się bardziej zarządzaniem niż rządzeniem. Wtedy można było uwodzić wyborców narracją o tym, żeby „nie robić polityki”, tylko troszczyć się o „ciepłą wodę w kranie”.

PiS, wychodząc naprzeciw społecznym potrzebom (program „500 plus”) i obawom (niewpuszczanie przybyszów z krajów muzułmańskich) właściwie wytrącił opozycji lewicowo-liberalnej wszelki oręż z ręki. Polska scena polityczna będzie się zatem przesuwać w prawo. To bynajmniej nie oznacza wielokadencyjnych rządów PiS, szczególnie jeśli z polityki odszedłby Jarosław Kaczyński

Tyle że te czasy już minęły, i tym samym PO i Nowoczesna właściwie straciły rację bytu. Żeby stanąć do równej rywalizacji z prawicą, musiałyby się one stać lepszą wersją PiS, a więc bardziej przekonująco i skutecznie niż partia obecnie rządząca odpowiedzieć na społeczne potrzeby i obawy. Wówczas pojawiłaby się jednak kwestia wiarygodności tych ugrupowań. Tak jak na konwencji Platformy w październiku 2017 roku – Grzegorz Schetyna występujący w roli orędownika przywilejów socjalnych wypadł po prostu groteskowo. O ile Nowoczesna ze względu na same założenia projektu, jakim jest, stanowi postpolityczne ciało obce w świecie politycznych wyrazistości, i właściwie prędzej czy później powinna zniknąć, o tyle PO mogłaby pójść w ślady tych ugrupowań z Europejskiej Partii Ludowej, które wracają do konserwatywnych korzeni chadecji.

Kłopot w tym, że próżno w Platformie szukać charyzmatycznego lidera pokroju choćby Sebastiana Kurza. Młode pokolenie działaczy tej formacji to ludzie o mentalności tak zwanych lemingów. Dla nich krytyczna refleksja nad antypisowskimi przesądami i poprawnością polityczną to niemal bluźnierstwo. Nie sposób sobie wyobrazić, żeby PO zmieniła stosunek do PiS tak, jak Austriacka Partia Ludowa
zrewidowała swoje nastawienie do antysystemowych populistów z Austriackiej Partii Wolnościowej. A przecież ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego jest bardziej umiarkowane w porównaniu z formacją Heinza-Christiana Strachego.

Zatęsknicie za Kaczyńskim

Dlatego można oczekiwać, że realnym rywalem PiS stanie się jakaś nowa siła, która mieści się w granicach obecnie dominującego dyskursu. Pewnym tropem jest tekst Bartłomieja Sienkiewicza „Postawmy na Andrzeja Dudę”. Ukazał się on w „Rzeczpospolitej” w lipcu 2017 roku, tuż przed zawetowaniem przez prezydenta Polski ustaw o Sądzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądowniczej.

Sienkiewicz to błyskotliwy analityk, który stanowi niewątpliwie jeden z nielicznych wyjątków potwierdzających regułę, że Platforma cierpi na uwiąd intelektualny. Można zatem przypuszczać, że opinie byłego ministra spraw wewnętrznych okażą się w samej PO wołaniem na puszczy. Niemniej to właśnie Sienkiewicz zrozumiał, że lewicowo-liberalna opozycja powinna przestać ślepo kontestować obecny obóz władzy w imię antypisowskich przesądów. Oczywiście tekst czarnego bohatera afery podsłuchowej miał w założeniu zachęcać Platformę do tego, żeby grała na skłócenie głowy państwa z PiS. I gdyby taki scenariusz się ziścił, stratne byłyby obie zwaśnione strony. Niemniej z opinii Sienkiewicza można wyłowić też myśl, iż z „dobrą zmianą” trzeba wojować, wykorzystując jej polityczne zasoby.

Polska scena polityczna będzie się zatem przesuwać w prawo. To bynajmniej nie oznacza wielokadencyjnych rządów PiS, szczególnie jeśli z polityki odszedłby Jarosław Kaczyński. Bez niego jego ugrupowanie czekają prawdopodobnie ruchy tektoniczne. Ale prawicowość, czy może, ściślej rzecz biorąc, polityczna niepoprawność, która stanowi główną cechę dominującego dyskursu, nie jest równoznaczna z PiS. Dlatego jeśli jakaś siła odsunie od władzy partię Kaczyńskiego, to może się okazać, iż będzie ona dla warszawki jeszcze bardziej niestrawna niż „dobra zmiana”. Wystarczy, że rządy obejmie formacja, która przelicytuje PiS w ofercie socjalnej oraz twardym kursie dotyczącym migrantów i uchodźców. Być może więc przyjdzie czas, że „Gazeta Wyborcza” zatęskni za Kaczyńskim.

Dziennikarz Polskiego Radia 24. W latach 2012-2017 publicysta i redaktor magazynu „Plus Minus”

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz