Kup prenumeratę i czytaj NK

Dobry car Putin

Aktualności,

Co z tego, że prezydent Rosji dokonał agresji na Ukrainę. Przecież mógł na nas zrzucić bombę atomową, a nie zrobił tego. Ludzki pan! Za swoją „wspaniałomyślność” będzie oczekiwał nagrody od Zachodu.

Dlaczego Rosjanie nas straszą użyciem broni atomowej? To trochę tak jak w starej anegdocie. W sowieckiej kronice filmowej jest relacja o tym, jak Stalin spaceruje po Placu Czerwonym. Nagle podchodzi do niego chłopczyk i mówi: „Wujku, daj cukierka”. Na co Stalin odpowiada: „Spieprzaj!”. I wtedy wybrzmiewa głos lektora: „A przecież mógł zabić”.

Podobnie jest z rosyjskimi groźbami nuklearnymi. Dziś Putin licytuje z mocarstwami Zachodu nowe, bardziej korzystne dla Kremla zasady przyszłego porządku bezpieczeństwa w Europie. Nie ma przy tym silnych kart. Rosja w relacji do Zachodu jest słaba pod względem demograficznym, ekonomicznym i militarnym. Z dawnej potęgi mocarstwowej został jej arsenał jądrowy. I użyciem tego arsenału nas straszy. Co z tego, że dokonał agresji na Ukrainę, naruszając przy tym wszelkie umowy międzynarodowe oraz zobowiązania, które są podstawą relacji Moskwy z Zachodem. Przecież mógł na nas zrzucić bombę atomową, a nie zrobił tego. Ludzki pan!

A zatem przy stole negocjacyjnym za swoją „wspaniałomyślność” będzie oczekiwał nagrody. I jak widzimy – już ją otrzymuje. Widać to na przykładzie decyzji Zachodu o odłożeniu do końca 2015 r. wdrożenia postanowień dotyczących wolnego handlu w ramach umowy stowarzyszeniowej UE z Ukrainą.

Jak mamy na to reagować? Może nie powinniśmy się tym przejmować? Wręcz przeciwnie. Niezależnie od tego, jak się ułożą stosunki Rosji z mocarstwami zachodnimi, powinniśmy sporządzić własny rachunek strategiczny. I zadać sobie pytanie, czy istnieje możliwość, że Rosja zrealizuje groźby ataku jądrowego na nasz kraj. Odpowiedź brzmi: istnieje. Taki scenariusz jest rozważany przez rosyjskich generałów, polityków i naukowców. Scenariusze ograniczonej wojny atomowej opisywał ostatnio także rosyjski politolog Andriej Piontkowskij. Ten scenariusz jest wprawdzie mało prawdopodobny, ale stopień prawdopodobieństwa nie jest tu elementem najbardziej istotnym, tylko skutki realizacji takiego scenariusza, ponieważ grożą one bytowi państwa i narodu.

Podstawową zasadą polityki zagranicznej i bezpieczeństwa każdego normalnego państwa jest jego przetrwanie na arenie międzynarodowej. To jest w Polsce mało rozumiane

Podstawową zasadą polityki zagranicznej i bezpieczeństwa każdego normalnego państwa jest jego przetrwanie na arenie międzynarodowej. To jest w Polsce mało rozumiane. W 1939 r. nie działaliśmy zgodnie z tą zasadą. Złożyliśmy byt państwowy i narodu na ołtarzu honoru. Zapłaciliśmy za to niewiarygodną cenę. Nie należy powtarzać błędów z przeszłości. Dlatego każdy scenariusz, który nie jest niemożliwy i zagraża bytowi państwa, należy traktować poważnie.

Kolejny błąd, którego nie powinniśmy powtarzać, to ślepe ufanie gwarancjom sojuszników. Żadne poważne państwo nie opiera swojego bezpieczeństwa wyłącznie na zewnętrznych gwarancjach. My od 1989 r. przede wszystkim liczymy na Zachód. I to pomimo tragicznej lekcji historii.

Nikt nie zdejmie z nas odpowiedzialności za nasze bezpieczeństwo. A my w ostatnich latach zamiast się dozbrajać, rozbrajaliśmy się. Nasza doktryna nie przewiduje realnego odstraszania potencjalnego agresora. Obecnie byłoby nas stać wyłącznie na obronę pasywną. Ewentualny napastnik, atakując Polskę, ryzykowałby niewiele. Jak zauważa gen.Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych, w razie ataku na Polskę Rosjanie w ciągu 3–4 dni doszliby do Odry. A zachodni sojusznicy, na których tak liczymy, nie zdążyliby nam przyjść z pomocą.

Trzeba więc zmienić nasze mentalne podejście do bezpieczeństwa państwa. Przestać się godzić na podejście zgodne z zasadą „jakoś to będzie”. Nie może tak być, że mamy 100-tysięczną armię, w której 70–80 proc. to urzędnicy siedzący za biurkami. W stanie wojny w jej pierwszych i decydujących dniach będzie więc walczyło zaledwie 20–30 tys. żołnierzy. Szczycimy się tym, że wydajemy dużo pieniędzy na siły zbrojne, ale te środki płyną głównie do administracji wojskowej. Kolejne miliardy są wyrzucane w błoto na bezsensowne programy zbrojeniowe (np. słynną korwetę „Gawron”). Miliardy dolarów wydaliśmy na samoloty F-16. Tyle że nie mamy skutecznej obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej, co spowoduje, iż te piękne i nowoczesne zabawki przestaną istnieć już w pierwszych minutach wojny.

Zamiast poważnej dyskusji nad strategią obronną kraju mamy propagandę sukcesu. Defilada z okazji święta Wojska Polskiego miała nas przekonać, że jesteśmy „silni, zwarci i gotowi”, a szczyt NATO w Newport miał według naszych decydentów wzmocnić zdolności obronne kraju. Widzę tu analogię do rządów pułkowników po śmierci Piłsudskiego. Pełna dezynwoltura, lekkomyślność. Niezrozumienie pozycji Polski i rzeczywistości międzynarodowej.

Nowa Konfederacja

ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI DARCZYŃCOM. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!