Kup prenumeratę i czytaj NK

Bratysława – zwycięstwo oportunizmu

Aktualności,

Podczas nieoficjalnego spotkania przywódców UE w stolicy Słowacji góra urodziła mysz. Ceną za zaniechania europejskich przywódców może być rozpad Unii.

Współcześni politycy bardzo często grają na przeczekanie. Już Niccolo Macchiaveli zalecał tego rodzaju postępowanie: gdy pojawi się problem, niekiedy nie należy robić nic, w nadziei, że sprawę załatwi czas i problem rozwiąże się sam. Mistrzami tak rozumianego politycznego oportunizmu zawsze byli Niemcy.

Nieoficjalne spotkanie 27 przywódców Unii Europejskiej w Bratysławie zapowiadane było jako przełom. Miało dać odpowiedź na główne choroby trapiące proces integracji i otworzyć drogę do przebudowy UE. Tymczasem góra urodziła mysz. Politycy europejscy powtórzyli wyświechtane slogany o konieczności wzmocnienia ochrony granic zewnętrznych Unii, poprawy bezpieczeństwa zewnętrznego i wewnętrznego oraz wzrostu gospodarczego. I w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku rozjechali się do domów.

A jeszcze niedawno wydawało się, że Brexit będzie znakomitą okazją do fundamentalnej reformy Unii Europejskiej. Nie ma bowiem wątpliwości, że organizacja ta znajduję się w głębokim kryzysie, być może nawet – egzystencjalnym. Dowodzi tego jej niezdolność do rozwiązywania kolejnych kryzysów: zadłużeniowego, ukraińskiego i wreszcie migracyjnego. Elity unijne zapowiedziały więc, że Unię trzeba zreformować, tak aby była w stanie rozwiązywać tego rodzaju problemy.

Euroimpotencja znalazła swój wyraz w haśle „reformy tak, ale zmiany traktatowe – nie”

Zapowiedzią poważnych zmian było wynegocjowane w lutym porozumienie pomiędzy UE a Wielką Brytania. Państwa członkowskie zapisały w nim, że celem procesów integracyjnych nie musi być wcale „coraz ściślejsza unia”, czyli, że nie będą dążyły na siłę do zbudowania europejskiego państwa federalnego. Ponadto uznały konieczność przeprowadzenia swoistego audytu, który pozwoliłby nawet na odebranie pewnych kompetencji instytucjom ponadnarodowym i zwróceniu ich państwom członkowskim. Wydawało się, że Europa jest w przededniu przełomowych zmian.

Ten reformatorski zapał ulotnił się prawie natychmiast po tym, jak Brytyjczycy w czerwcu podjęli decyzję o opuszczeniu UE. Politycy nie zmienili diagnozy, nadal biadali nad opłakanym stanem Unii, ale nie zaproponowali sensownego katalogu działań naprawczych.

Euroimpotencja znalazła swój wyraz w haśle „reformy tak, ale zmiany traktatowe – nie”. Nic to, że jest ono wewnętrznie sprzeczne, albowiem nie da się przeprowadzić realnych reform instytucji europejskich bez zmian traktatów. Politycy nie zważają na prawne uwarunkowania, dla nich bowiem liczy się przede wszystkim propaganda, który pozwoli utrzymać się im przy władzy.
Problem jednak w tym, że oportunizm nie jest narzędziem uniwersalnym. Jego skuteczność jest ograniczona. Zdał on egzamin w przypadku fali migracyjnej. Unia i mocarstwa nie przeciwstawiły się jej. Sprawę za nie załatwiły Austria i państwa bałkańskie, które w lutym po prostu zamknęły granice przed imigrantami.

Gra na przeczekanie nie sprawdzi się na pewno w walce z kryzysem zadłużeniowym. Europejski Bank Centralny nie może w nieskończoność kreować sztucznego pieniądza i skupować zań obligacji państw członkowskich w tym również potencjalnych bankrutów z południa.

Krach nastąpi w tym momencie, kiedy rzeczywiści wierzyciele, a więc przede wszystkim obywatele Niemiec, zrozumieją, że ich własny rząd przez lata finansował bankrutów i w ten sposób odebrał im nadzieje na sute emerytury, które miały być gwarancją ich szczęśliwej starości. Wtedy nastąpi sądny dzień, obecny establishment polityczny zostanie zmieciony z powierzchni ziemi, euro przestanie być wspólną walutą, a Unia się rozpadnie. To będzie realna cena za obecne zaniechania europejskich przywódców.