Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

„Boże Ciało” odpowiada na tłumioną potrzebę duchowości

Popularność filmu Komasy jest papierkiem lakmusowym dla ważnych zmian w kulturze i w społeczeństwie. Te zmiany to faktyczny, stopniowy zanik myślenia religijnego, ale i tęsknota do odpowiedzi na te pytania, pragnienie mitu i symbolu

Radość, ale i zaskoczenie towarzyszyły mi, gdy dowiedziałem się o nominacji „Bożego Ciała” Jana Komasy do Oscara za rok 2019. Radość – bo „Boże Ciało” to faktycznie niezły film, mimo kilku wad, o których za chwilę. Zaskoczenie – bo mogłoby się wydawać, że „Boże Ciało” osadzone jest jednak mocno w kontekście polskiej kultury. A więc: w kontekście małego, polskiego miasteczka z jego urokami i jego mrokiem; a przede wszystkim w kontekście specyficznie polskiego katolicyzmu, rozpiętego między drobnomieszczańską „religijnością z przyzwyczajenia” a mistyką i gwałtownymi uczuciami św. Faustyny. Nie było takie jednoznaczne, że ten świat będzie zrozumiały dla odbiorców z innych krajów, a więc i dla członków Akademii.

A jednak nominowali „Boże Ciało”. I to obok (między innymi) takich filmów jak południowokoreański „Parasite” Bonga Joon-ho (dlaczego właściwie tytuł nie jest tłumaczony na polski jako „Pasożyt”, mimo że w oryginale brzmi „Gi-saeng-chung”?) czy „Ból i blask” wielkiego Pedro Almodovara. Oba te dzieła zostały już okrzyknięte przez najważniejszych krytyków rewelacjami – np. w podsumowaniu roku u Michała Oleszczyka znajdują się w pierwszej piętnastce, a u Łukasza Adamskiego „Parasite” jest wręcz na czele listy najlepszych obrazów mijającego dziesięciolecia.

Daniel z „Bożego Ciała” do swojej posługi podchodzi niekonwencjonalnie, mieszając katolickie rytuały z elementami coachingu i psychologii, które podpatrzył podczas zajęć terapeutycznych w poprawczaku

„Boże Ciało” to kameralna historia z prowincji kraju. Przede wszystkim jest koncertem jednego aktora, 27-letniego (choć mającego już na koncie kilka filmowych ról) Bartosza Bieleni. Absolwent krakowskiej PWST gra bohatera bardzo specyficznego i wyrazistego: to Daniel, 20-latek zwolniony warunkowo z zakładu poprawczego pod warunkiem podjęcia pracy w stolarni. Środowisko poprawczaka pokazuje Komasa bez znieczuleń i eufemizmów – koledzy Daniela są niezwykle brutalni, okrutni i pozbawieni jakichkolwiek skrupułów. Daniel w zasadzie jest taki sam, za wyjątkiem jednej różnicy – fascynuje go świat Kościoła i katolickiej duchowości. Do tego stopnia, że choć sam żartuje sobie nieco ze swojej pasji, paradując podczas imprezy w koloratce, to jest gotów poważnie pobić kolegę, który w tych żartach posunął się nieco dalej. Jest w Danielu głębokie pragnienie czegoś więcej, czego nie zaspokoi sama wolność i stolarnia; być może to dlatego przyjechawszy do miasteczka ucieka się do sprytnego zagrania i podszywając się pod młodego księdza obejmuje posadę w miejscowej parafii (w znakomitej scenie Daniel całą noc uczy się formułek Mszy Świętej, którą ma odprawić już z samego rana). Daniel jest jednak duchem niespokojnym, i wczuwszy się w nową rolę nie zamierza poprzestawać na cichej i spokojnej posadzie.

Dlaczego „Boże Ciało” tak porusza po obu stronach oceanu? Przyczyn jest wiele. O jednej z nich mówi sam Jan Komasa w wywiadzie z Piotrem Zarembą dla „Plusa Minusa”: „W USA liberałowie, którzy zawsze głosowali na demokratów, zastanawiają się, dlaczego przegrali. Nagle próbują zrozumieć wyborców Trumpa, ich tradycyjną religijność, zacząć z nimi rozmawiać, a może i przyznać się do własnych religijnych tęsknot. W to wpisało się moje «Boże Ciało»”.

Popularność filmu Komasy jest papierkiem lakmusowym dla ważnych zmian w kulturze i w społeczeństwie. Z jednej strony ostatnie 30-40 lat to faktyczny, stopniowy zanik myślenia religijnego, a może nawet narracyjnego w świecie Zachodu; coraz częściej jego mieszkańcy potrafią żyć bez religii, bez odpowiedzi na „wielkie” pytania egzystencjalne o sens życia, o absolutne dobro i zło, o życie po śmierci. Z drugiej strony tęsknota do odpowiedzi na te pytania, pragnienie mitu i symbolu – to wszystko daje znać o sobie i pojawiają się punktowe „kontry” wobec (względnie naturalnie) ateistycznego czy agnostycznego świata. Choćby ogromna popularność Jordana Petersona, głoszącego przecież mityczną strukturę egzystencji, potrzebę Wielkiego Sensu i Wielkiej Odpowiedzialności. Jednak wiadomo, że współczesna duchowość nie będzie już taka sama jak ta XIX-wieczna; do pewnych form nie ma powrotu. Daniel z „Bożego Ciała” do swojej posługi podchodzi niekonwencjonalnie, mieszając katolickie rytuały z elementami coachingu i psychologii, które podpatrzył podczas zajęć terapeutycznych w poprawczaku. Wobec młodzieży z miasteczka odgrywa liberalnego „brata łatę”, ale ma też ambicje i charyzmę liderską, chce pociągnąć za sobą mieszkańców, coś zmienić. Wchodzi w życie mieszkańców miasteczka, w ich największe traumy i w rejony cienia, próbując wprowadzić tam Ewangelię – tak, jak ją rozumie, chaotycznie.

„Boże Ciało” mogą więc zrozumieć Amerykanie, bo film odpowiada zarówno na ich potrzebę duchowości, tłumionej przez tyle lat, jak i na potrzebę autentyczności. Film Komasy może być też bliski Polakom, zniechęconym fasadowością rytualnego, zwyczajowego, drobnomieszczańskiego katolicyzmu. Reżyser w tle przemyca też dość trafny, choć nieco uproszczony obraz polskiej prowincji (podkreślony ciemnymi, wyblakłymi zdjęciami Piotra Sobocińskiego jr.) i panującego nad nią biznesowo-samorządowego kacykostwa. Jego przedstawiciele okazują się może bardziej okrutni niż młodzi mężczyźni z poprawczaka, a przy tym  oporni na jakąkolwiek zmianę.

Obraz Komasy jest – jak mówiłem – aktorskim popisem Bartosza Bieleni, który gra właściwie bez przerwy na wysokim diapazonie emocjonalnym, niczym Joaquin Phoenix w znakomitym „Jokerze” Todda Phillipsa. I Bielenia faktycznie wykonuje swoją rolę koncertowo. Takie postawienie sprawy ma jednak jedną wadę – widz może odczuwać, że w zasadzie nie ma wyjścia i musi polubić głównego bohatera, bo jak można nie sympatyzować z „uroczym łobuzem”? Od tego subtelnego nacisku emocjonalnego wolałbym więcej półcieni i niejednoznaczności, bo chwilami można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z odgrywaniem po raz kolejny schematu „wojny człowieka z sercem z ludźmi bez serca”. Przy Bieleni blakną też inni aktorzy, często znakomicie wykonujący swoją robotę, jak np. Tomasz Ziętek jako Pinczer, kolega Daniela z poprawczaka. Ta rola jest już znakomicie zniuansowana, Pinczer miota się między skrajnościami, od totalnego cynizmu do przebłysków wiary i szczerości.

Po wygranej „Idy” Pawła Pawlikowskiego przez kilka lat Polacy nie byli nominowani do nagrody Akademii za najlepszy nieanglojęzyczny film. Zmieniło się to rok temu wraz z „Zimną wojną”, i cieszy kontynuacja tego trendu. Nie mam wrażenia, jak niektórzy, że „Boże Ciało” daje faktycznie głęboką odpowiedź na istotne pytania o wiarę i duchowość, choć kilka ważnych pytań na pewno zadaje. Jest to jednak przede wszystkim dramat obyczajowy z dobrze napisanymi rolami. Mam nadzieję, że ma szansę powalczyć z silnymi konkurentami – choćby dzięki niezwyczajnej w dzisiejszych czasach tematyce. 92. ceremonia wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki Filmowej już 9 lutego.

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz