Bosfor spogląda na Wisłę

Aktualności,

Podstawowym zadaniem skutecznej dyplomacji jest nie tylko zdobywanie nowych partnerów, ale również pielęgnowanie istniejących więzów, szczególnie z krajami o długiej i bogatej historii wzajemnych stosunków. Nie inaczej powinno być z Turcją, czego najbardziej namacalnym wyrazem było obchodzone uroczyście przed trzema laty 600-lecie naszych kontaktów dyplomatycznych. Niezależnie od zmian politycznych i społecznych w Warszawie i Ankarze na przestrzeni ostatnich kilku lat, obydwie strony zawsze starały się nadawać naszym kontaktom wysoką rangę. Wspomnieć należy chociażby wizyty w Polsce prezydentów Süleymana Demirela w 1997 roku, Ahmeta Sezera w 2004 roku oraz rewizytę Lecha Kaczyńskiego nad Bosforem na początku 2007 roku, zakończoną podpisaniem „Wspólnej deklaracji politycznej Prezydentów RP i RT”. Także poprzednik obecnego przywódcy Turcji, Abdullah Gül, nie pozostawał pasywny na odcinku bilateralnym, odbywając w 2011 roku serię rozmów z Bronisławem Komorowskim. Zresztą także Erdoğan nie jest nowicjuszem na salonach polskiej polityki – jeszcze jako premiera podejmował go w Warszawie w 2009 roku Donald Tusk. Przyznać należy, że tak częste kontakty na wysokim szczeblu pomiędzy krajami niebędącymi głównymi partnerami politycznymi i gospodarczymi stanowią w świecie współczesnej dyplomacji wartość samą w sobie.

Aksjomaty w relacjach bilateralnych nie zmieniają się, niezależnie od tego, czy w Warszawie rządzi Beata Szydło czy Ewa Kopacz, ani od tego, czy Ankara przybiera bardziej autorytarny czy bardziej liberalny kurs w polityce wewnętrznej

Katalog polskich oczekiwań wobec Ankary nie zmienił się od narodzin III RP. W polityce zagranicznej są nimi przede wszystkim stabilna współpraca w ramach NATO i generalne wsparcie Turcji w procesach integracji ze światem euroatlantyckim, analogiczne do tego, które Turcja udzieliła Warszawie w latach dziewięćdziesiątych. Polska nie bez uzasadnienia postrzega Turcję jako kolejne window of opportunity do rozwijania współpracy z Bliskim Wschodem (Ankara jest wciąż głównym partnerem gospodarczym Polski w tym regionie). W Turkach widzimy cennych sojuszników w pozostającej wciąż bardziej w sferze planów niż realiów wspólnej polityce energetycznej i surowcowej Trójmorza. Obroty handlowe i bezpośrednie inwestycje notują stały wzrost, choć daleko im zapewne do wartości kolosalnych. Pomimo kryzysów, spowodowanych niełatwą sytuacją wewnętrzną i regionalną, wciąż rozwija się turystyka oraz wymiana kulturalna i naukowa. Tego rodzaju aksjomaty w relacjach bilateralnych nie zmieniają się, niezależnie od tego, czy w Warszawie rządzi Beata Szydło czy Ewa Kopacz, ani od tego, czy Ankara przybiera bardziej autorytarny czy bardziej liberalny kurs w polityce wewnętrznej.

Widoczne już od wielu lat (a nie tylko od czasów zdławionej próby przewrotu w 2016 roku) poszukiwanie przez Ankarę nowego miejsca w skomplikowanym systemie geopolityki globalnej wraz z budową „nowej Turcji” za pomocą bez wątpienia autorytarnego systemu erdoganowskiego oznacza oczywiste porzucenie przez Turków perspektywy integracji z UE. Dlatego Warszawa powinna bardzo wstrzemięźliwie celebrować w dwustronnych kontaktach widoczne w czasie ostatnich rozmów Duda-Erdoğan poparcie dla idei integracji europejskiej Turcji, które w dzisiejszych warunkach jest zwyczajnym, pustym rytuałem dyplomatycznym. Nie oznacza to jednocześnie, że należy odrzucić wzmacnianie relacji politycznych, gospodarczych i militarnych Ankary ze światem euroatlantyckim. Unia pozostaje wciąż najważniejszym partnerem handlowym Turcji. Ponad 75 proc. bezpośrednich inwestycji zagranicznych w tym kraju pochodzi z UE. Turcy pozostają również filarem bezpieczeństwa wschodnich wybrzeży Morza Śródziemnego, a NATO niezmiennie zapewnia nad Bosforem zdolności do obrony przeciwlotniczej i przeciwlotniczej, tak ważne w dobie konfliktów w Syrii oraz Iraku. Nie wydaje się więc, aby Polska mogła w obecnej sytuacji stosować wobec Ankary inną politykę niż reszta świata zachodniego, zamkniętą w uniwersalnej formule pragmatycznego dialogu w kwestiach przynoszących korzyści obydwu stronom: ograniczenia migracji, wzmocnienia bezpieczeństwa i współpracy gospodarczej.

Ankara stosuje wobec Kremla klasyczną politykę gry na różnych fortepianach, czasami eskalując, a następnie szybko wygaszając ogniska sporów i konfliktów, licząc na wspólne interesy, zwłaszcza w kwestiach inwestycji w budowę gazociągu Turkish Stream, którego jedna z nitek tłoczyłaby gaz tylko na wewnętrzne potrzeby Turcji

Nie powinniśmy również pokładać zbytnich nadziei w konfliktach Ankary z Moskwą (prezydent Duda subtelnie wspomniał podczas uroczystego obiadu wspólną walkę polskich ochotników i tureckich żołnierzy przeciwko Rosji podczas wojny krymskiej w połowie XIX wieku). Erdoğan oczywiście nie chce z tej rywalizacji całkowicie zrezygnować, popierając integralność terytorialną i suwerenność Ukrainy oraz opowiadając się za zwiększeniem obecności NATO przy wybrzeżach Morza Czarnego. Stosuje jednak wobec Kremla klasyczną politykę gry na różnych fortepianach, czasami eskalując, a następnie szybko wygaszając ogniska sporów i konfliktów, licząc na wspólne interesy, zwłaszcza w kwestiach inwestycji w budowę gazociągu Turkish Stream, którego jedna z nitek tłoczyłaby gaz tylko na wewnętrzne potrzeby Turcji.

Stosunki polsko-tureckie, w czasach nowożytnych nie stanowiące już dla obydwu stron priorytetu, przetrwały w dziejach wszystkie przeciwności losu: toczone do końca XVII wieku wojny, rozbiory Polski, epokę PRL, jak również najnowsze wydarzenia w ojczyźnie sułtanów i Atatürka, które ponownie oddaliły perspektywę europejską kraju nad Bosforem. Nie wydaje się, aby nowy, ostry kurs Erdoğana w polityce wewnętrznej szczególnie naszym relacjom zaszkodził. I to jest najważniejszy pozytywny komunikat płynący z wizyty prezydenta Turcji w Polsce.