Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Bławatna taśma tęsknoty

W lecie roku 1968 rzeczywiście miał 13 lat, jak w wierszu „Zaskrońce” („Bieszczady, sierpień, mam trzynaście lat / Rozgrzane kamienie, las czarny od jeżyn”), i helikoptery naprawdę leciały jeden za drugim, wielkie i piękne

To nie jest wspomnienie; publiczne pisanie wspomnień pośmiertnych w ogóle bywa dwuznaczne; jakby się nie pomniejszać i nie chować w tekście, człowiek ma wrażenie, że lśnią mu niechciane łzy w oku, i że pozuje do fotografii ze zmarłym, grzejąc się w zimnych już ogniach jego sławy. Ale tym razem niczym nie ryzykuję; minęliśmy się tylko kilkakroć w tłumie festiwalowym czy imprezowym, a raz gościłem w jego domu na Żoliborzu (z tym, że pod nieobecność gospodarza), a raz w autobusie ucieszyło mnie podobieństwo naszych kurtek. Nic, co sprawiłoby, że podniósłby oczy na dźwięk mojego nazwiska, że miałbym prawo ustawiać się, jak czynią zdesperowani fani, obok figury z nadrukowanymi rysami wyciętej z kartonu.

Nic już się nie sklei, z prawej częściej walą politycy, z lewej pisarze. Politycy mają większe zasięgi, to jasne, ale pisarze trafiają celniej, bo nie pracują w korpomowie, tylko w mowie, po prostu

Nie mam też do opowiedzenia żadnych historii z jego życia, żadnych smaczków, które wytropiłbym jako oddany czytelnik, warszawski bywalski czy biblioteczny szperacz; nic, o czym nie donosiłaby zdumiewająco postna nota w Wikipedii („Debiutował na łamach prasy literackiej w 1974. W latach 80. był felietonistą miesięcznika „Literatura”. Publikował w czasopismach drugiego obiegu”), o czym nie napiszą jego przyjaciele i znajomi w kolejnych dniach i latach. Wiedziałem o nim w gruncie rzeczy tyle, co z jego wierszy. Zdumiewająco staroświecki sposób zgłębiania życia autora, z którego uśmiałby się nie tylko ten absolwent filologii polskiej na UW z roku 1977, lecz i jego o sto lat starsi koledzy. Ale w przypadku krótkich utworów to, jak się okazuje, działało. Wiersz o pradziadku z kresowego miasteczka Skałat, który w 1941, na wieść o wchodzących na te ziemie Niemcach, wyszedł przed dom w swoim najlepszym garniturze z Krzyżem Żelaznym przyznanym przez cesarza Wilhelma, i zginął – został powtórzony w jego wspomnieniach niemal co do joty, z jedną rektyfikacją („kiedyś w wierszu nazwałem go pradziadkiem, w rzeczywistości jednak był bratem babci, bodaj tylko ciotecznym”) i jedną opustką (znikł Skałat).

W lecie roku 1968 rzeczywiście miał 13 lat, jak w wierszu „Zaskrońce” („Bieszczady, sierpień, mam trzynaście lat / Rozgrzane kamienie, las czarny od jeżyn”), i helikoptery naprawdę leciały jeden za drugim, wielkie i piękne, a wolne radio Ostrawa nadawało do końca. Przeczytam kiedyś w całości jego wydane w ubiegłym roku wspomnienia, zdumiewająco gęste i ciepłe, chociaż cały czas z gotowością cierpkiego półdystansu, cofnięcia ręki i poderwania się do biegu; żadnych poufałości! – ale przecież mam wrażenie, że i tak wiem dosyć. Schodziłem Cytadelę na tyle, by znać pagórek, z którego widać okna jego domu, wiem, jak en vogue stał się znów w tym czasie na polonistyce Dostojewski. Znam duże, betonowe place warszawskich liceów, na których stać można całą roześmianą gromadą pierwszego dnia w szkole (i nie przeszkadza w tym fakt, że takie place są, a przynajmniej były, przy większości szkół świata), pamiętam czas, kiedy zabili księdza, a sąsiad namawiał, żeby się napić. I niczym naiwny czytelnik bildungsromanów, dopytujący w Lubece o dom szanownej rodziny Buddenbrooków, piszący do Conana Doyle’a z pytaniem o zdrowie sir Holmesa, niezdolny rozróżnić między opowieścią a życiem, nadal ciekaw jestem, co u kasjerki z Samu („mąż niepijący, ślusarz, duże, mocne ręce”), na której podmiejskiej stacji na trasie Warka-Warszawa leżał pod budką z piwem skatowany szesnastolatek, i jak nazywała się przedwcześnie wyrośnięta dziewczyna ze środkowego rzędu.

Kiedy piszą Dehnel i Orliński, to kamień na kamieniu nie zostaje, tak miażdżąca jest ich pogarda dla tych pisowców, prawaków, śmieci

I może mam w tym więcej racji niż wszyscy ci specjaliści od Ingardena, Searle’a i „statusu fikcji w dziele literackim”; bo wiersze Piotra Bratkowskiego (spokojnie, nie zaryzykuję w takiej chwili żadnej analizy) były rzeczywiście życiopisane. Czasem podrywały się, osypując w locie ze wszystkich zbędnych szczegółów i zdobywając urodę pięciowersowego epigramu, jak w niezapomnianej, nieśmiertelnej frazie o anilanie („Najpiękniejsze słowa języka polskiego”). Czasem były migawką, po dziś dzień zdumiewająco ostrą mimo orwowskiego blaknięcia kolorów; wynik meczu, ranek, kac, zapis jednorazowego bólu: zachowany plasterek jak zielnik z zasuszoną cienką nitką krwi. Często rozrastały się w wiele rozedrganych strof. Dla czytających dziś – wieczne migotanie rzuconego w powietrze obola wykutego z nadwrażliwości, którego awers i rewers to, jak u wszystkich poetów tego kowu, zranienie i budowany na nim strup, skorupka cynicznego machismo. Trochę wyznań, szczypta manifestu, obfitość drwiny i goryczy; z każdego wersu widzę ich (ani słowa o „formacjach”!), długowłosych i piwnych, tak bardzo należących do lat 70., których smaki (w różnych proporcjach beat, Beatlesi, Cohen, Kościół, lewica, dialog, choć bardziej lewica niż Kościół) zachowały się w ich wierszach jak w bursztynie. Z reguły pierwsza osoba liczby mnogiej albo druga pojedynczej, gorzkawe proroctwa („będziemy uciekać / z dusznych mieszkań na ulice miast będziemy /  leżeć w milczeniu pijani”). Do tego piwo, pociągi, kobiety, lustra, urzędnicy, mleko, smutna warszawska cyganeria („rok 1980 warszawa bar złota kaczka nie było cendrarsa / ani nikogo ze znajomych alkoholików pijana / prostytutka bredziła o pierwszej skrobance starzy / mężczyźni wspominali powstanie”), jak wszystkie cyganerie zbyt ostentacyjna w okazywaniu swego zgorzknienia. W  ilu późniejszych wierszach usłyszę ten ton, w utworach ilu kapel (ani słowa o „wpływologii”!).

Nie o tym chcę pisać. Myślę o tym fenomenie, który jeszcze czasem się zdarza, o kwitnieniu martwych wód; o tym, kiedy na dziesiątkach facebookowych ścian (jaki trafny termin), zwykle całych w ogniu, gniewie, ślinie, rozkołysanych od rechotu, nagle pojawiają się te same wersy, wywieszane jak flagi, jak feretrony, jak dazibao, gazetki wielkich hieroglifów, jak „taśmy bławatnych towarów”, które ulica Niemiecka (ale to u innego przecież poety) podrzuca nad ladą, „przygotowując się na śmierć i zdobycie Jeruzalem”.

Coraz rzadziej tak jest. Nic już się nie sklei, z prawej częściej walą politycy, z lewej pisarze. Politycy mają większe zasięgi, to jasne, ale pisarze trafiają celniej, bo nie pracują w korpomowie, tylko w mowie, po prostu. Więc kiedy piszą Dehnel i Orliński, to kamień na kamieniu nie zostaje, tak miażdżąca jest ich pogarda dla tych pisowców, prawaków, śmieci; nie odnotują jej żadne monitoringi ani NGOsy, ale te słowa palą. Nieszczęsny „gorszy sort” wydał stukrotny plon po drugiej stronie płotu, o, wojny czarnych i czerwonych jeżyn, najokrutniejsze. Dawniej jeszcze spotykano się przez chwilę (wspomniała o tym kiedyś pani Zofia Romaszewska) w obronie ofiar Putina; ale i to się zmieniło, odkąd jedni drugich mają za tępe narzędzia wojny hybrydowej.

Nadal ciekaw jestem, co u kasjerki z Samu („mąż niepijący, ślusarz, duże, mocne ręce”), na której podmiejskiej stacji na trasie Warka-Warszawa leżał pod budką z piwem skatowany szesnastolatek, i jak nazywała się przedwcześnie wyrośnięta dziewczyna ze środkowego rzędu

I nagle rozwijająca się z terkotem taśma bławatnego towaru, u lewaka i prawaka ten sam wers o hrabstwie Marlboro, które nie istnieje, lecz mimo to jest w nim pięknie. To jest oczywiście bardzo mało, wers jest jak bibułka i jętka, zaraz zdmuchnięty, a i sam „triumf poety”, w ten sposób się niby manifestujący, jest nieznośnie ckliwy i staroświecki, jak z jakiegoś romantycznego ronda, kaligrafowanego w panieńskim albumie. „…Nieśmiertelnych, co przetrwali / Długą kolej pierzchłych wieków”. Nie, nie wydaje mi się, żeby Piotr cenił Asnyka. „będziemy sobie / wymyślać efektowny rodzaj śmierci będziemy / bez ustanku umierać”, raczej tak to widział niż non omnis moriar, w jakimkolwiek bądź wariancie.

A jednak. „Niektórzy podnoszą oczy, jakby w tłumie więźniów / czy dipisów rozpoznali przyjaciela z dalekiego kraju”. I ten jeden wers odzywa im się, brzęczy jak bilon albo kapsel, niemożliwy do przeoczenia – nawet, jeśli w Staromiejskim Domu Kultury w roku 1990 ktoś nie dopilnował korekty i już na zawsze zamiast „Mężczyzna i kobieta, dwie szklanki whisky” na siedemnastej stronie „Nauki strzelania” będą brzęczeć „szkalnki”.

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Lubi sielanki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Bławatna taśma tęsknoty”

  1. Ewa pisze:

    Pięknie napisane…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz