​Biały protest trwa od lat

Aktualności,

W sobotnim marszu ramię w ramię szli lekarze, pielęgniarki, ratownicy medyczni, diagności, radioterapeuci, fizjoterapeuci, elektroradiolodzy, dietetycy (niezrzeszeni), logopedzi, farmaceuci szpitalni i psychologowie kliniczni z 9 ogólnokrajowych związków zawodowych. I choć protest miał charakter „ogólnopolski”, to złożone interesy poszczególnych związków spowodowały, że zabrakło na nim np. lekarzy rodzinnych z Porozumienia Zielonogórskiego czy związkowców z „Solidarności”, popierającej osobą szefa Związku rządzącą ekipę. Nie było też oficjalnych struktur pielęgniarek i położnych, które wywalczyły u poprzedniego ministra 4×400 zł podwyżki.

Silne podziały w środowisku medycznym to jednak jedna rzecz, ale postulaty, jakie każdy związek wysuwa, są podobne: chodzi o „zmiany, które poprawią warunki leczenia, pozwolą spędzać czas przy pacjencie a nie dokumentacji, zagwarantują odpowiednią ilość personelu medycznego i potrzebnych procedur oraz godziwe wynagrodzenie za obarczone ogromną odpowiedzialnością i stresem ratowanie zdrowia i życia” (Roman Badach-Rogowski – ratownik medyczny z Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego). I nie zmienią tego słowa przewodniczącego NSZZ „Solidarność” Piotra Dudy który zasugerował, że sobotnia manifestacja ma charakter antyrządowy, gdyż za rządów PO rezydenci (lekarze w trakcie specjalizacji) nie strajkowali.

Dlaczego protesty nasiliły się akurat teraz? Odpowiedzi należy szukać w innych obszarach: pomoc uzyskali już rodzice poprzez program 500+, tzw. frankowicze, emeryci. Szeroki strumień środków płynie też do wojska. Miliardy złotych przeznaczone na nowe programy z budżetu nie trafiły jednak do służby zdrowia. A ta jest w opłakanym stanie. Brakuje lekarzy, emigrujących za lepszą pracą – w tym roku szacuje się, że z Polski wyjedzie ok. 1200 młodych lekarzy. Brakuje pielęgniarek, po studiach rezygnujących z zawodu – tylko ok. 35 proc. podejmuje pracę w zawodzie. A nade wszystko brakuje środków na świadczenia zdrowotne. Kolejki więc tylko rosną. A obok nich nadzieje, że rząd wysupła jeszcze kilkadziesiąt miliardów na zdrowie. I choć minister zdrowia zapowiedział wzrost wydatków na publiczną służbę zdrowia o ponad 35 mld (do 6 proc. PKB z dzisiejszych 4,38 proc.), to rozłożył go na 7 lat. A jest niemal pewne, że za 7 lat te 6 proc. to będzie już za mało.

Trzeba działać szybko. I nie ze względu na interesy jakiejś grupy zawodowej, ale ze względu na strukturę wiekową naszego społeczeństwa, które starzeje się i będzie wymagało więcej, a nie mniej opieki

Polska potrzebuje bowiem odważnego działania, nie tylko ogólnej reformy systemowej, która nie koniecznie przyniesie pozytywne skutki (patrz – likwidacja NFZ). Bo choć należy pozytywnie ocenić pomysły ministra Radziwiłła, by utworzyć sieć szpitali i wprowadzić koordynację opieki nad pacjentami, to przy braku solidnego zastrzyku finansowego, jakiego wymaga system, będą to działania jedynie ratunkowe. Na dłuższą metę tylko spychające problemy, z którymi borykają się lekarze i pacjenci na co dzień – długich kolejek oraz przemęczonego i niewystarczająco licznego personelu.

Nade wszystko jednak trzeba działać szybko. I nie ze względu na interesy jakiejś grupy zawodowej, ale ze względu na strukturę wiekową naszego społeczeństwa, które starzeje się i będzie wymagało więcej, a nie mniej opieki. I to tej jak najbliżej profilaktyki, a ta możliwa jest tylko w bliskim kontakcie z lekarzem, nie na sali szpitalnej gdy już mamy do czynienia z leczeniem objawów choroby, której można było uniknąć. Podobnie jest z polską służbą zdrowia – przez lata leczono objawowo tylko najostrzejsze przypadki, jakby nie zauważając że zdrowie nie jest systemem zamkniętym, a strukturą uwikłaną w sieć zależności społecznych, ekonomicznych i politycznych. Nie jest problemem jakichś lekarzy czy pielęgniarek ale każdego z nas. Tu nie ma miejsca na oszczędności, bo te dadzą co prawda chwilowy efekt w budżecie, ale w niedalekiej przyszłości doprowadzą do stanu, w którym na leczenie będzie za późno.