Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

W blasku życia, w cieniu diabła

Lider KATA snuje barwną, niejednokrotnie bardzo przyziemną opowieść o swoim życiu codziennym w ciągu kolejnych dekad PRL i III RP

Lider KATA snuje barwną, niejednokrotnie bardzo przyziemną opowieść o swoim życiu codziennym w ciągu kolejnych dekad PRL i III RP

Roman Kostrzewski – dla jednych charyzmatyczny lider jednej z najbardziej rozpoznawalnych kapel w dziejach rodzimej muzyki metalowej, czyli legendarnego KATA, dla innych symbol satanizmu, antychrześcijaństwa i na różne sposoby – wróg ładu społecznego i moralności publicznej: zarówno w czasach Polski Ludowej, jak i w III Rzeczpospolitej. Między tymi skrajnościami, a także nieco poza własnym wizerunkiem, będącym w przypadku artystów często amalgamatem autokreacji, ludzkich marzeń i wielu uprzedzeń, żyje mężczyzna, który po prostu jest codziennym sobą. I to przede wszystkim z nim spotykamy się na kartach wywiadu-rzeki „Roman Kostrzewski. Głos z ciemności”.

Normalny gość

KAT jeszcze w latach 90. XX wieku doczekał się w pełni zasłużonego hołdu ze strony środowiska metalowego i jego ówczesnych wschodzących gwiazd. Nakładem – do dziś bardzo ważnego dla mocniejszych metalowych brzmień –wydawnictwa Pagan Records, w 1998 roku ukazał się tribute album: „Czarne zastępy – W hołdzie KAT”, na którym covery legendarnej już wówczas kapeli zagrali m.in. Vader, Behemoth, Lux Occulta, Damnation, North. Zachowując wszelkie proporcje, ta płyta była jak wyznanie Zygmunta Krasińskiego o Adamie Mickiewiczu: „my z niego wszyscy”.

Łukasz Orbitowski, pisarz, felietonista „Noise Magazine”, fan ciężkich brzmień, znany ze swoich rajdów w glanach i T-shirtach z blackmetalowymi nadrukami po prywatnych i publicznych telewizjach czy szykownych imprezach dla mężczyzn w garniturach i kobiet w garsonkach, we wstępie do „Głosu z ciemności” stwierdza, że to opowieść człowieka, który idolem być nie chce, który się do tego nie nadaje i doskonale o tym wie. Pozwolę sobie na dłuższy cytat: „kontrast między sceniczną prezencją Kostrzewskiego a facetem, który wyłania się z tej książki, mam za uderzający. Żaden to czort, nawet śmieszny, lecz normalny gość, głęboko uwikłany w zwykłe życie. Dzieciństwo w domu dziecka, udział w solidarnościowych strajkach czy handel obwoźny w latach dziewięćdziesiątych nie kojarzą się raczej z gwiazdami rocka czy metalu. Powikłane relacje – bratem, matką, kolejnymi kobietami, najmłodszym synkiem – ujawniają dla odmiany człowieka, który wbrew wszystkiemu, z własnymi słabościami włącznie, próbuje ocalić odrobinę dobra w świecie”.

Na kartach książki wielokrotnie czytamy, że to katolicy wymyślili krwawą, złowrogą, niestroniącą od przemocy i zabójstw wersję satanizmu

Czas na zgrzyt: Orbitowski wprowadza nutę nastrojowo-sentymentalnego patosu, a przecież – potencjalny czytelnik tej książki po lekturze rozstrzygnie tę kwestię samodzielnie – ktoś mógłby nieco ironicznie zauważyć, że charyzmatyczny wokalista KATA w wielu sytuacjach życiowych żadnego dobra nie ocalał, ale przede wszystkim ponosił konsekwencje własnych czynów, swoich pragnień i własnej filozofii życiowej, która dość mocno przenikała się z przekazem scenicznym. Skoro Kostrzewski opowiada nam o swoich związkach z młodymi, niekiedy nieradzącymi sobie z własnym życiem kobietami, ku którym kierowała go erotyczna fascynacja, a afirmację seksualności wprost wiąże ze swoją wizją satanizmu à la Anton Szandor LaVey, to życie przyniosło mu wiele konsekwencji tego typu relacji.

Zaskoczyła mnie szczerość Kostrzewskiego, szczególnie gdy opowiada o trudnych relacjach z matką i starszym bratem: widać w tym i miłość, i lojalność względem bliskich. Z kolei opowieści o przyczynach rozpadu kolejnych związków czy ich jakości są dość zdawkowe. Trzeba jednak uszanować jego prawo do budowania takich, a nie innych odpowiedzi na pytania Mateusza Żyły, gdy mówi publice o czymś tak intymnym, jak własna prywatność.

Skoro wprost mowa w książce o autystycznym synu: wyjaśnienia Kostrzewskiego jako ojca, gdy opowiada, dlaczego nie mieszka z nim pod jednym dachem, nie brzmią do końca przekonująco. „Ucieczka/nieobecność ojców” to bardzo ważna kwestia społeczna i chyba mężczyznom trudno odpowiedzieć wprost: „nie jestem ze swoim niepełnosprawnym dzieckiem na co dzień, bo nie mam dość odwagi i chcę żyć wygodniej”. Powtórzę: nie czuję się przekonany do części opowieści muzyka, ale nie zamierzam też rzucać kamieniem w człowieka, który – pomimo powyższych krytycznych uwag – budzi wiele szacunku swoją bezpośredniością i odwagą opowieści o naprawdę trudnych życiowych sprawach.

Przyswajalny…

Przyjrzyjmy się bliżej temu, jak muzyk, a w pewnym sensie popkulturowy ideolog, rozumie własną filozofię życiową, dla której nośnikiem były kolejne projekty muzyczne. Warto przypomnieć, że poza albumami stworzonymi z KATEM, Kostrzewski w formie projektu solowego nagrał w 1995 roku „Biblię satanistyczną” LaVeya. Artysta tak opisuje to wydawnictwo: „zależało mi, żeby środowisko metalowe nie jawiło się społeczeństwu jako satanistyczne z tej perspektywy, z jakiej chciałby Kościół. Robiłem wszystko, żeby satanizm w Polsce miał przyswajalne oblicze, czyli odrzucałem składanie ofiar i wiarę w diabła. Mój satanizm miał podłoże literackie, symboliczne i filozoficzne. To ważne w kontekście mojej twórczości. Miałem ambicje sięgać prawdy”.

Szczególnie ostatnie cytowane zdania brzmią mądrze, ale w gruncie rzeczy satanistyczna duchowość, erotyczny witalizm i antychrześcijański światopogląd Kostrzewskiego to popkulturowy miszmasz, złożony z poezji inspirowanej choćby Tadeuszem Micińskim i innymi, smutnymi młodopolskimi diabłami, elementami klasyki psychoanalitycznej, czyli np. Jungiem, satanistycznym witalizmem LaVeya i lokalnym przaśnym antyklerykalizmem. Ten ostatni zresztą nie jest niczym niezwykłym w Polsce, z reguły też nie ma niczego wspólnego z jakimkolwiek okultyzmem, jest za to dziedzictwem postchłopskiego społeczeństwa, równocześnie religijnego i podskórnie pasjami antyklerykalnego. Kostrzewski widzi siebie jako myśliciela, ale prawda synkretyzmu jest na ogół postprawdą, czyli kolejnym jednostkowym mniemaniem, ewentualnie przemienionym w tyglu kultury masowej w wyobrażenie społeczne czy subkulturowe.

Nie do obrony jest apologia satanizmu, jaką próbuje zaprezentować Kostrzewski na kartach „Głosu z ciemności”

Wokalista KATA chętnie w wielu miejscach podkreśla, że Kościół rzymskokatolicki czy szerzej: chrześcijaństwo dla własnych propagandowych celów tworzą fałszywy obraz satanizmu. Ale spójrzmy na to, w jakiś sposób on sam próbuje dyskutować choćby z katolicką doktryną o siedmiu grzechach głównych. Wymowny cytat z muzyka, który ma ambicję dokonać głębokiej dekonstrukcji katolickiej ortodoksji: „Weźmy choćby lenistwo. To aż takie złe? No cóż, jeśli trochę poleniuchujemy, to wstaniemy wypoczęci i gotowi do działania. To ma być nazywane grzechem ciężkim?”. Otóż w myśl katolickiego nauczania, lenistwo jako grzech ciężki ma swoje ściśle określone znaczenie i nie polega na tym, że „chcemy trochę poleniuchować”, czyli przedłużamy nieco sen albo wypoczynek, zregenerować siły psychofizyczne aby zapobiec chorobie, ale polega na tym, że na stałe poddaliśmy się bierności, marnotrawimy życie na nieróbstwie, pasożytujemy na czasie i wysiłku innych, z niechęci do pracy nad sobą poddajemy się złym nawykom, a w perspektywie religijnej rezygnujemy z jakiejkolwiek pracy duchowej czy moralnej nad sobą. Doprawdy: albo Kostrzewski czegoś solidnie nie rozumie, albo ze złej woli lub dla łatwizny para się marną erystyką.

…czy nieprzyswajalny satanizm?

Jest jeszcze jeden, znacznie poważniejszy problem z apologią satanizmu i oskarżeniem chrześcijaństwa w wykonaniu Kostrzewskiego: na kartach „Głosu z ciemności” wielokrotnie czytamy, że to katolicy wymyślili krwawą, złowrogą, niestroniącą od przemocy i zabójstw wersję satanizmu. Rozmówcy, Kostrzewski i Żyła, sięgają również po znane słowa LaVeya: „Szatan był najlepszym przyjacielem Kościoła, bo utrzymywał ten interes”. Zostawmy w tym momencie na boku perwersyjne odwrócenie ekonomii zbawienia, na którym operuje laveyanizm, to nie rozprawka teologiczna. Trudno mi jednak uwierzyć, że muzyk, który od lat obraca się w metalowym środowisku, nigdy nie słyszał o The Temple Of Infernal Fire, czyli polskiej satanistycznej loży, która powstała jeszcze w 1993 roku z inicjatywy Nergala z Behemotha, Venoma z Xantotol i Blasphemousa z Veles, znanej m.in. z ekstremalnych działań, które poddają w wątpliwość lansowane przez Kostrzewskiego apologetyczne oblicze satanizmu.

Interesujące rzeczy o samej loży i kierunku jej rozwoju opowiada Robert „Darken” Fudali z Graveland, na łamach bynajmniej niekonfesyjnej (w znaczeniu: chrześcijańskiej) książki „Black Metal. Ewolucja kultu”, pióra Dayala Pattersona: „Wiele zespołów popierało norweską scenę blackmetalową, utożsamiając się z ideologią »prawdziwego bezbożnego black metalu«. (…) Pierwotnie była to satanistyczna loża sprzeciwiająca się filozofii LaVeya, do której należało wielu ludzi z polskiego podziemia. (…) Po opuszczeniu przez Nergala podziemia i TTOIF, zmieniliśmy nazwę na The Temple Of Fullmoon. W szczytowym okresie członkami The Temple Of Fullmoon byli niemal wszyscy ludzie z [polskiego] blackmetalowego podziemia. Zorganizowaliśmy kilka spotkań i zjazdów – tak zaczęła się święta wojna black metalu, czas ognia i krwi. W Polsce jest mnóstwo drewnianych kościołów, z których wiele poszło z dymem, [aczkolwiek] spora część z nich spłonęła za sprawą lewackiego ruchu anarchistów”. To dość pokrętna, acz zrozumiała w kontekście ewentualnej odpowiedzialności karnej odpowiedź: właściwie nie wiadomo, czy lider Graveland, kojarzonego wprost z rodzimą narodowosocjalistyczną blackmetalową sceną, przechwala się, czy próbuje obciążyć odpowiedzialnością za podpalenia swoich ideowych przeciwników.

Ale na tym nie koniec, pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat z Darkena (to najlepiej zabezpiecza przed zarzutem przeinaczeń): „Akolici i przyjaciele [stojącego na czele Infernum] Karcharotha oraz ludzie z Thunderbolt byli zamieszani w zabójstwo. Kolega Paimona z Thunderbolt zamordował bezdomnego człowieka. (…) W wyniku przeprowadzonego śledztwa skazano trzech ludzi: Cezara, jako głównego sprawę zabójstwa, na karę 25 lat więzienia, Uldora [perkusistę Thunderbolt] na cztery lata, a Paimon dostał wyrok w zawieszeniu [za usiłowanie podpalenia kościoła]”. Dodajmy, że praca policji skutecznie sparaliżowała część działań miłośników „prawdziwie bezbożnego black metalu”.

Kostrzewski czasami irytuje swoją postawą „bezbożnika wojującego”, ale trudno też nie przyznać mu racji, gdy mówi o wadach i hipokryzji naszego społeczeństwa

Nie trzeba zatem sięgać po historie zza Morza Bałtyckiego, z krajów skandynawskich, by zobaczyć, że nieledwie romantyczny i martyrologiczny obraz satanizmu, jaki buduje Kostrzewski (sataniści to tacy mili ludzie, którzy żyją w zgodzie z naturą i są prześladowani przez opresyjne chrześcijańskie społeczeństwo), ma kilka zdecydowanie słabych punktów, które stawiają pod znakiem zapytania argumentację muzyka. Nie ma oczywiście sensu popadać ze skrajności w skrajność: ani cała subkultura metalowa w jej licznych rozgałęzieniach i odmianach, ani ludzie odwołujący się do różnych form okultyzmu nie są winni najbardziej ekstremalnym postawom i zachowaniom, jakie miały miejsce również w Polsce. Ale całościowo nie do obrony jest apologia satanizmu, jaką próbuje zaprezentować Kostrzewski na kartach „Głosu z ciemności”.

Wojujący bezbożnik z prowincji

Warto przeczytać ten wywiad-rzekę. To, co w nim najbardziej interesujące wiąże się z samą materią życia artysty, z jego obserwacjami przeobrażającej się rodzimej rzeczywistości. Lider KATA, który może jawić się ludziom, znających go dotąd tylko za pośrednictwem muzyki, niczym wyniosły czarnoksiężnik w wysokiej czarciej wieży, snuje barwną, niejednokrotnie bardzo przyziemną opowieść o swoim życiu codziennym w ciągu kolejnych dekad PRL i III RP. Z ogromną serdecznością opowiada o swojej małej ojczyźnie, czyli Górnym Śląsku, nie stroni od anegdot zza imprezowych kulis metalowego światka. Owszem, czasami irytuje swoją postawą „bezbożnika wojującego”, ale trudno też nie przyznać mu racji, gdy mówi o wadach i hipokryzji naszego społeczeństwa. Interesujące jest również to, że nie opowiada nam świata z perspektywy warszawocentrycznej. Podobnie jak Marek Piekarczyk (TSA) czy Piotr Wiwczarek (Vader) jest facetem z prowincji. To być może temat na osobny tekst: z całą pewnością zarówno w przypadku Kostrzewskiego, jak i Piekarczyka widać pewien ironiczny dystans wobec „wielkiego świata”, umiejętność dostrzeżenia problemów Polski z perspektywy innej niż wielkomiejska. Lider KATA wprost na kartach „Głosu z ciemności” zwraca uwagę na mankamenty Komitetu Obrony Demokracji, jako ruchu bardziej zamożnej i wielkomiejskiej cząstki społeczeństwa, które nie potrafi dostrzec, że znaczna część Polek i Polaków żyje w zdecydowanie skromniejszym świecie.

Głos z ciemności? To z pewnością dobry, odpowiednio mroczny tytuł dla książki, której bohaterem jest legenda polskiej sceny metalowej. Ale w gruncie rzeczy pełno w tej rozmowie światłocieni zwykłego życia. Oczywiście, w cieniu nieco koturnowego piekła i szatana.

„Roman Kostrzewski. Głos z ciemności”, Roman Kostrzewski, Mateusz Żyła, Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2016.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz