Strategia nadministra się nie klei

Mateusz Morawiecki obecną wersję kapitalizmu proponuje zastąpić pewnego rodzaju kapitalizmem państwowym, którego ideę można streścić w haśle „planowanie – tak, wypaczenia – nie”

Plan Morawieckiego powstaje w wielkich bólach. Najpierw istniał w postaci składającej się z 60 slajdów prezentacji, teraz ta prezentacja została rozpisana na liczącą 224 strony „Strategię” na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju. Na, dodajmy, wersję beta, bowiem ma być ona podstawą dyskusji publicznej oraz ewaluacji – i dopiero ich wyniki mają posłużyć do pracy nad finalnym produktem. Żmudne to i uciążliwe, ale trudno: rząd Prawa i Sprawiedliwości wziął na swoje barki ogromne zadanie, w postaci przedefiniowania naszego systemu gospodarczego. W stronę bardziej interwencjonistyczną, gdzie, jak mówił minister rozwoju Mateusz Morawiecki, „państwo nie może być tylko stróżem i kontrolerem. Powinno być także przewodnikiem i partnerem”. A skoro tak, to kierunki, w jakich prowadzi państwo, powinny być dobrze przemyślane.

Tyle że nie są. Zaczynając już od samej koncepcji, jej uargumentowania, przez pomysły na konkretne rozwiązania, po środki, mające służyć jego wykonaniu, dokument sprawia wrażenie niedopracowanego, pełnego sloganów i powtórzeń. Jego autorzy zaś chyba sami nie są do końca przekonani, o jego celowości i możliwości zrealizowania.

W kierunku odpowiedzialnego rozwoju

Zacznijmy od celu, który zwięźle sformułował Jarosław Kaczyński podczas lipcowego kongresu PiS („Musimy odrzucić ostatecznie nieszczęsne koncepcje szkodnika Balcerowicza, postawić na Morawieckiego w gospodarce”). Chodzi o to, by odejść od symbolizowanego przez byłego ministra finansów „neoliberalizmu”, w kierunku większego udziału państwa w gospodarce bardziej zrównoważonej, społecznej, w kierunku, „odpowiedzialnego rozwoju”. Wszystko było poprzedzone wieloletnią, frontalną krytyką III RP, mówieniem o tym, że poprzedni rząd doprowadził Polskę do ruiny (Jarosław Kaczyński), że mamy państwo z dykty i że skoro można było je odbudować z ruin po wojnie, to można zrobić to i teraz (Andrzej Duda).

Świetnie, tyle że z przedstawionej przez Ministerstwo Rozwoju „Strategii” wynika coś zupełnie innego. Okazuje się, że „przez ostatnie 10 lat [z czego przez 8 rządziła koalicja PO-PSL – przyp. aut.] polska gospodarka rozwijała się w relatywnie szybkim tempie, zwłaszcza na tle innych państw Unii Europejskiej”. Mamy niskie bezrobocie, a średnioroczne tempo wzrostu przetwórstwa przemysłowego w latach 2005–2014 było drugie w UE (za Słowacją). Polska należy do grona krajów z wyższym udziałem przemysłu w PKB niż średnia UE. Rośnie nam także eksport, Ministerstwo chwali pozytywny wpływ inwestycji zagranicznych na nasz rozwój.

​Warto docenić dobrą wolę ministra Morawieckiego i jego współpracowników. Na pochwałę zasługuje przede wszystkim przekaz, dążący do wzmacniania zaradności i odpowiedzialności Polaków, poprzez dążenie do rozpowszechniania własności

Rozbieżność między propagandą PiS-u a analizą MR widać już na pierwszy rzut oka. Nie znaczy to, że wszystko działa bez zarzutu. Zdaniem Ministerstwa Rozwoju popełniliśmy dużo błędów, ponadto „na skutek niekorzystnych uwarunkowań zewnętrznych, a także z uwagi na wyczerpywanie się w Polsce prostych rezerw wzrostu uruchomionych po transformacji ustrojowej (tania siła robocza, środki zewnętrzne, w tym z UE), przy braku nowych czynników napędowych, wzrost gospodarczy w ostatnich latach spowolnił”. Paliwo się wyczerpuje, trzeba znaleźć inne, które nas będzie napędzać. Ma być nim „zwiększenie odpowiedzialności instytucji państwa za kształtowanie procesów gospodarczych, społecznych i terytorialnych. Instytucje państwa w tym modelu aktywnie i selektywnie kreują warunki dla rozwoju (wspierają wzrost gospodarczy), wpływają na jak najlepsze wykorzystanie przewag komparatywnych i budowanie podstaw stałego rozwoju na bazie własnych zasobów rozwojowych i rozwój nowych działalności”. W tym kontekście to państwo (urzędnicy), nie zaś rynek (prywatni inwestorzy) będą wybierać główne kierunki rozwoju gospodarki i wspierać „branże przyszłości”, poprzez wspieranie tych, które, zdaniem państwa (urzędników), rokują najlepiej. To wszystko ma być powiązane z rozwojem bardziej zrównoważonym terytorialnie i społecznie, a także wzmocnieniem instytucji państwowych. Celem ma być dogonienie Unii Europejskiej w 2030 roku.

Planowanie – tak, wypaczenia – nie 

Tylko czy paliwo „prostych rezerw” rzeczywiście się wyczerpuje? Bezrobocie spada, płace (choć nie we wszystkich branżach) rosną, ale i tak nadal są niższe, niż na Zachodzie. To wszystko wskazuje, że niekoniecznie. Można jeszcze na tym paliwie jechać. Oczywiście jednocześnie można wpaść w „pułapkę średniego dochodu”, wizja bycia wyrobnikiem wielkiego kapitału, który zakłada u nas raczej montownie niż centra produkcyjne, nie jest zachęcająca. Nie zmienia to faktu, że argumenty, jakimi posługują się autorzy „Strategii”, należą raczej do dziedziny publicystycznych uogólnień niż twardych danych. Po twórcach rządowego dokumentu oczekiwałbym jednak czegoś więcej niż zaklęć.

Zagrożenie wszakże istnieje. Czy odpowiedzi, jakie proponuje „Strategia”, są prawidłowe? Obecną wersję kapitalizmu sugeruje się zastąpić pewnego rodzaju kapitalizmem państwowym, którego ideę można streścić w haśle: „planowanie – tak, wypaczenia – nie”. Swoje miejsce w planie rozwojowym mają mieć przedsiębiorstwa państwowe. Ba, wreszcie decydenci mają ustalić, do czego one właściwie służą (do tej pory pełniły głównie funkcję dostarczyciela zysków i porcelanowej zastawy, której upłynnieniem można było łatać luki budżetowe). Wykonawcą planu mają być jednak przede wszystkim przedsiębiorstwa prywatne, innowacyjne i potrafiące się odnaleźć na światowych rynkach, zarówno te duże, jak i średnie oraz małe. Mają zostać dowartościowane, ich działalność ułatwiona (który raz to już słyszymy?), jednak zyskać mają przede wszystkim te, które podążają w wyznaczonych przez państwo kierunkach. „Strategia” wskazuje 10 głównych branż, które chce wspierać, m.in. środki transportu zbiorowego, rozwiązania lotniczo-kosmiczne czy systemy militarne.

Urzędnicy wiedzą lepiej

Lista nie jest zamknięta, co nie powinno dziwić, skoro twórcy „Strategii” nie widzą powodu, by wykluczać z Planu jakąkolwiek branżę. Nie ograniczają się jedynie do branż tzw. strategicznych (energetyka czy zbrojeniówka) albo też takich, w których liczy się efekt skali (transport publiczny). Jako trzecią branżę „kierunkową” MR wymienia „oprogramowanie specjalistyczne”, w tym… tworzenie gier komputerowych. Już powołano państwową spółkę ARP Games, która ma wspierać małe firmy w ich rozwoju. Tyle że one wcale takiego wsparcia nie potrzebują i świetnie sobie radzą (choćby słynny CD Project). Co więcej, takie wejście państwa na rynek będzie zaburzało konkurencję z firmami, które osiągnęły sukces bez wsparcia.

Nie da się uciec w technokratycznych rozważaniach od postawienia sobie pytania, czy państwo w ogóle powinno się zajmować produkcją gier komputerowych. Rząd twierdzi, że powinno i obiecuje, że urzędnicy będą sumiennie wybierali kierunki rozwoju – i że zrobią to lepiej, kierując się własną wiedzą, niż kapitalistyczne społeczeństwo, korzystające ze swej wiedzy rozproszonej (drogowskazem jest mu mechanizm rynkowy), której efektem są decyzje gospodarcze. To wybór pewnej doktryny.

MR musiałoby się stać nadministerstwem, któremu podlegają inne – w dodatku, będąc jednocześnie pod kontrolą Prezesa Rady Ministrów, jego szef nie mógłby więc siłą rzeczy być ponad premierem. Trudno powiedzieć, jakimi narzędziami miałby dysponować, by godzić ze sobą bądź co bądź często sprzeczne dążenia poszczególnych resortów

Nie będę ukrywał przed czytelnikiem, że jestem wobec tego wyboru sceptyczny. Jednak jestem również otwarty na solidne argumenty, przemawiające za tym, że faktycznie ta nowa forma planowania będzie skuteczniejsza od gospodarczego, spontanicznego ładu. Takich w 224-stronicowym dokumencie nie znajduję. Cała „Strategia” pozostawia duże pole dla arbitralnych decyzji urzędników i nie daje powodów, by sądzić, że dokonania Polskiego Funduszu Rozwoju będą wyglądać inaczej niż Polskich Inwestycji Rozwojowych – oprócz zapewnienia, że decydenci będą kierować się racjonalnymi kryteriami. To, niestety, trochę mało.

Nadministerstwo bez nadministra

Przyjmijmy jednak, że nowe kadry będą lepsze od starych. I co z tego, skoro propozycje MR rozjeżdżają się z praktyką działania całej egzekutywy już na poziomie koncepcyjnym. Z jednej strony bowiem „Strategia” przestrzega przed rosnącym długiem publicznym, z drugiej rząd PiS-u wprowadza kolejne kosztowne rozwiązania. Minister Morawiecki chce restrukturyzacji górnictwa, podczas gdy rząd jak ognia boi się radykalnych, a koniecznych działań wobec nierentownych kopalń. Minister Morawiecki chce „analizy przywilejów emerytalno-rentowo-kompensacyjnych” – ciekaw jestem jednak, co córka górnika z Brzeszcz zrobi, gdy „sól ziemi czarnej” znów, jak w 2005 roku, zdemoluje okolice sejmu w obronie swoich wcześniejszych emerytur. Jak budowa stabilnego systemu emerytalnego ma się do chęci przywrócenia poprzedniego wieku przechodzenia w spoczynek? Albo do pomysłów budowy oszczędności Polaków przez taką dekonstrukcję obecnego (kiepskiego, nie przeczę) systemu emerytalnego, która doszczętnie zniszczy do niego zaufanie? Rządzący obóz, który w kampanii wyborczej bił rekordy obietnic socjalnych, wydaje się być chronicznie niezdolny do tego typu zmian. Propozycje pozostaną na poziomie obietnic.

Tym bardziej, że w „Strategii” brakuje narzędzi, umożliwiających ich realizację. Zacznijmy od instytucjonalnych. Minister Morawiecki zapowiada utworzenie jednolitego centrum zarządzania, które widzi w ministerstwie rozwoju („ośrodek zarządzania gospodarczego Rządu”, którego szef byłby przewodniczącym Komitetu Rozwoju), kierunki zaś ustalałoby 12 zespołów międzyresortowych. MR musiałoby się stać nadministerstwem, któremu podlegałyby inne – w dodatku będąc jednocześnie pod kontrolą Prezesa Rady Ministrów, jego szef nie mógłby więc być ponad premierem. Trudno powiedzieć, jakimi narzędziami miałby dysponować, by godzić ze sobą bądź co bądź często sprzeczne dążenia poszczególnych resortów: niekoniecznie proekologiczne podejście ministerstwa energii i ochroniackie zapędy ministerstwa środowiska; „społecznie wrażliwe” dążenia ministerstwa rodziny, pracy i polityki społecznej z wrodzonym skąpstwem „głównego księgowego”, czyli ministra finansów itd., itp. Wszystko to w ramach – dyktowanej przez kadencyjność Sejmu – potrzeby brania pod uwagę realiów politycznych i kalendarza wyborczego. Wygląda to na mrzonkę specjalistów, uważających – częściowo słusznie, ale tylko częściowo – że „gospodarka jest najważniejsza”. Tymczasem takie centrum może zostać realnie zbudowane tylko wokół premiera, będącego najlepiej szefem partii rządzącej samodzielnie lub przewodzącej koalicji. Tylko taka osoba (i zbudowane wokół jej stanowiska instytucje) mogłaby skutecznie łączyć sprzeczne interesy.

Czy paliwo „prostych rezerw” rzeczywiście się wyczerpuje? Bezrobocie spada, płace (choć nie we wszystkich branżach) rosną, ale i tak nadal są niższe niż na Zachodzie. To wszystko wskazuje, że niekoniecznie. Można jeszcze na tym paliwie jechać

Jednak to mały pikuś w porównaniu do problemów, jakie wiążą się z innym ważnym elementem. „Strategia” nie opisuje w wystarczającym stopniu sposobu własnego finansowania – i to jest jej prawdziwy dramat. Widać, że rządzący po prostu nie mają pomysłu, jak pokryć koszty swoich ambitnych zamiarów. Czy można bowiem traktować poważnie „Strategię” rozpisaną do 2030 roku, gdy jej wstępny plan finansowy obejmuje jedynie okres do 2020 roku? Przyjmijmy, że można. MR proponuje, by w tym czasie przeznaczyć na realizację Planu 1,5 bln złotych. Skąd weźmiemy tę ogromną kwotę? To proste: a to z budżetu centralnego (czy też NFZ bądź ZUS), a to z samorządów, a to z Unii Europejskiej, a to od spółek skarbu państwa czy wreszcie inwestorów prywatnych. Pojawiają się nawet liczby. No dobrze – ale skąd te pieniądze się tam znajdą? Częściowo już tam są, ale skąd wziąć dodatkowe kwoty – tego nie wiadomo. Wierząc w dobre intencje MR można pozbierać rozsiane po całym dokumencie „ziarenka”, np. uszczelnienie systemu podatkowego. Tyle że z tego nijak nie uzbiera się 1,5 biliona złotych na 4 lata. Co najwyżej – wedle najbardziej optymistycznych szacunków – jakieś 300 mld. To trochę mało, tym bardziej, że te pieniądze należałoby mieć zanim się zaplanuje inwestycje, a nie później. Na domiar złego, pod koniec działu dotyczącego finansowania, eksperci ministerialni kreślą pesymistyczną wizję wysychającego źródełka funduszy unijnych po 2020 roku i ponoszenia rosnących kosztów „utrzymywania inwestycji infrastrukturalnych, zrealizowanych w poprzednich latach ze środków UE”. Czyli, krótko mówiąc, nie jest dobrze.

Nie można mieć wszystkiego

I znów pojawia się sprzeczność z praktyką rządzenia PiS-u, który chce łączyć ogień z wodą, tzn. szeroko zakrojony program inwestycyjny z rozszerzeniem siatki socjalnej. Mimo zapewnień, że jest inaczej, 500+ czy proponowane obniżenie wieku emerytalnego gryzą się z planami rozwojowymi Morawieckiego. Nie wprost wskazuje na to sam minister w swoim dokumencie, pisząc o zagrożeniach wynikających z rosnącego zadłużenia. Tymczasem, wbrew zapewnieniom ministerstwa finansów, z naszym budżetem wcale nie jest dobrze: zadłużenie państwa rośnie, a deficyt budżetowy znajduje się tuż pod granicą dopuszczalną w Unii Europejskiej (2,8 proc. PKB) i ma wynieść w przyszłym roku rekordowe 60 mld złotych. Dodatkowe wydatki tylko ten budżet rozdymają i przy nawet lekkim spowolnieniu gospodarki może dojść do konieczności wprowadzania daleko idących oszczędności. Jako że wydatki stałe, tzn. dyktowane przez ustawy, ruszyć najtrudniej (tym bardziej, jeśli wprowadzało się je pod wielkimi hasłami i przedstawiało, jako należące się ludziom jak psu buda), na odstrzał idą z reguły w pierwszej kolejności wydatki na inwestycje.

Warto docenić dobrą wolę ministra Morawieckiego i jego współpracowników. Diagnoza, że polski system gospodarczy można było skonstruować po 1989 roku lepiej, jest trafna, co oczywiście nie znaczy, że wszystko, co się działo do tej pory, było złe. Omawiana „Strategia” jest mocno dyskusyjną próbą całościowego programu zmiany kursu, do tej pory nikt inny takiego nie przedstawił. Na pochwałę zasługuje przede wszystkim przekaz, dążący do wzmacniania zaradności i odpowiedzialności Polaków, poprzez dążenie do rozpowszechniania własności. Poparcie dla akcjonariatu pracowniczego (oby realizowanego mądrze), czy jednoznaczne podkreślanie konieczności wypracowania nawyku oszczędzania, to dążenie w dobrym kierunku. Bardzo korzystnie na tle innych wypada „Obszar Małe i Średnie Przedsiębiorstwa”, choć znajdują się w nim i dobrotliwe fragmenty, jak „podniesienie statusu przedsiębiorcy w społeczeństwie i przeciwdziałanie stygmatyzacji przedsiębiorców, którzy ponieśli porażkę biznesową”. Wszystko pięknie, ale jak miałby robić to rząd – tym bardziej rząd opowiadający się za swoistą formą darwinizmu społecznego, w ramach którego firma niemogąca płacić odpowiednio wysokich pensji pracownikom, powinna upaść (wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Stanisław Szwed).

Wszystko jednak rozbija się o ogólną filozofię rządzenia PiS-u. Nie da się mieć wszystkiego – rozbudowanych wydatków i zrównoważonego budżetu, inwestycji i stawiania na konsumpcję, etosu przedsiębiorcy i traktowania tegoż przedsiębiorcy jako potencjalnego złodzieja. To się wszystko nie klei. I to jest największa wada tej „Strategii”.


O autorze

Stefan Sękowski
Stefan Sękowski
Zastępca redaktora naczelnego „Nowej Konfederacji”, politolog, publicysta


Skomentuj artykuł
  • WordPress(3)
  • Facebook(0)
  • Google Plus(0)
  1. Michał Komar | 7.09.2016 at 08:11 | Odpowiedz

    Przenikliwe.

  2. Michał Baranowski | 9.09.2016 at 10:28 | Odpowiedz

    Oglądałem Morawieckiego w Krynicy – obawiam się, że jest to kolejna osoba z niespójną teorią i z brakiem ogólnego zrozumienia działania gospodarki. O szerszym pojęciu powiązania gospodarki na przykład ze zjawiskami takimi jak demografia czy migracje to już w ogóle ma zerowe pojęcie. Z tego planu wyjdzie dużo hałasu. I nic więcej. PiS – dużo dobrych chęci, mało fachowców. Najgorzej, że w Polce istnieje grupa thin-tanków z których doradztwa mogliby korzystać, a tego nie robią.

  3. Wszyscy analizują plan Morawieckiego. Nigdzie jednak nie spotkałem się z pytaniem i analizą, czy my, jako społeczeństwo, jesteśmy zdolni do realizacji takiego planu. Widocznie powszechnie sądzi się, że musi usiąść jakiś mądry profesor, napisać plan i reszta zrobi się sama. Niestety, to nie takie proste. Ktoś ten plan musi zrealizować. Tym kimś jesteśmy my – społeczeństwo. Najpierw musimy rozpoznać, że to jest TEN plan. Jest to etap decydujący o wszystkim! Musimy uznać tego profesora za mesjasza, albo go ukrzyżować. Specjalnie używam tu słowa „ukrzyżować”. Dzisiaj wszędzie, czy to słownie, czy to „bejsbolem” walczy się z (najczęściej wyimaginowanymi) „lewakami”. Paradoksalnie czyni się to z imieniem Chrystusa na ustach. Dlaczego paradoksalnie? Bo każdy myślący człowiek, musi po przeczytaniu Ewangelii dojść do wniosku, że największym lewakiem, jakiego ziemia nosiła był sam Chrystus! No właśnie, każdy MYŚLĄCY człowiek. Coś u nas z tym myśleniem i rozpoznawaniem mesjaszy jest nie tak…
    Musielibyśmy się także powszechnie identyfikować z takim planem. Za „komuny” wszyscy oglądaliśmy puste półki. Dzisiaj możemy oglądać pełne. Niestety, przerażająco duża część społeczeństwa może je jedynie oglądać! Ci ludzie na pewno nie będą się z żadnym planem identyfikować. Już raz obiecywano im lepsze życie. Drugi raz się na takie obietnice nie nabiorą. Poza tym, jak celnie pokazał „Raport o stanie pogardy”, ci ludzie nie są dla reszty społeczeństwa bliźnimi, których należy miłować, lecz pariasami.
    Realizacją takiego planu musi pokierować rząd. Musi się on składać z ludzi o najwyższych kwalifikacjach i pozytywnych cechach zarówno intelektualnych, jak i moralnych. Co kilka lat, na swoich przedstawicieli wybieramy kolejną bandę durniów i złodziei. Wybieramy ich sami! Nikt nam ich nie narzuca! Jakim cudem, do realizacji takiego planu będziemy umieli wybrać ludzi światłych i uczciwych?!
    Aby taki plan miał szansę powodzenia, my sami, a przynajmniej nasze elity, musimy cechować się podobnymi przymiotami, jak wybrany przez nas (światły i uczciwy) rząd. Musimy także wykazać się przedsiębiorczością. Już słyszę powszechne wołanie, że co jak co, ale przedsiębiorczy to my jesteśmy! Podaje się przy tym kilka (zawsze tych samych) przykładów, które policzyć można na palcach jednej ręki. Gdy patrzy się jednak na rzeczywistość, która nas otacza, widać wyraźnie, że ta przedsiębiorczość polega głównie na umiejętności kombinowania i oszukiwania! To właśnie ta „przedsiębiorczość” jest źródłem powszechnego braku wzajemnego zaufania. A bez niej nie powiedzie się nawet najlepszy plan!
    Czarno to widzę… Dlatego dla tych, którzy chcą się dopchać „do koryta” mam prostą radę – zapomnijcie o planach i programach! Idźcie do wyborów z hasłem: pod naszymi rządami wszyscy będą piękni, młodzi, zdrowi i bogaci! Będzie to tak samo realistyczne, jak każdy inny program. Ale za to jak brzmi!!

Zostaw swój komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.


*


ZABEZPIECZENIE ANTYSPAMOWE - w celu zabezpieczenia przed robotami spamującymi prosimy rozwiązać proste zadanie. * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.