Jeśli chcesz ten artykuł przeczytać ponownie lub brak teraz czasu aby przeczytać całość, to możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Solidarność. Wskrzeszenie mitu?

„Kobiety Solidarności” są specyficznym „martyrologium”, czyli świadectwem o złożonej ofierze. Rzecz nie w samym cierpieniu, jak powierzchownie rozumie się martyrologię, ale w zdaniu sprawy z odwagi, siły charakterów, talentów, klęsk i zwycięstw jednostek i solidarnościowej wspólnoty

„Kobiety Solidarności” są specyficznym „martyrologium”, czyli świadectwem o złożonej ofierze. Rzecz nie w samym cierpieniu, jak powierzchownie rozumie się martyrologię, ale w zdaniu sprawy z odwagi, siły charakterów, talentów, klęsk i zwycięstw jednostek i solidarnościowej wspólnoty

14 września 2016 roku, krakowska Spółdzielnia „Ogniwo” na Kazimierzu, kultowe już miejsce młodej lewicy. Trwa spotkanie z Martą Dzido, z okazji premiery jej książki – reportażu historycznego „Kobiety Solidarności”. Na sali jest ponad 30 osób, niedaleko od siebie siedzą Sławka Walczewska, jedna z najważniejszych kobiet w historii polskiego ruchu feministycznego (w 1991 roku była wśród założycielek Fundacji Kobiecej eFKa), oraz Magdalena Maliszewska i Berenika Rewicka, autorki lektury „Kobiety małopolskiej Solidarności”, promowanej przede wszystkim w kręgu pro-PiS-owskiej prawicy. Dyskusja trwa długo, uczestniczki spotkania rozmawiają również między sobą, jest zgodnie i życzliwie, ponad podziałami. Raz puszczony w ruch mechanizm pamięci sprawia, że pojawiają się pytania o coraz nowe nazwiska. Jedna z przywołanych przez starszego pana bohaterek małopolskiej Solidarności już nie żyje – ale na sali jest jej córka. Czuję wzruszenie, obserwując te krótkie scenki i nagłe poczucie bliskości między ludźmi, którzy kompletnie się przecież nie znają. Iskrzy tylko, gdy pada słowo „gender”. Wtedy wprost ze wspomnień o pierwszej Solidarności wracamy do teraźniejszości i między słowami słychać wszelkie dzisiejsze podziały. A to rodzi pytanie: czy pierwsza Solidarność, jako forma zbiorowej pamięci i mitu, przekracza realnie współczesne podziały, czy jest tylko rzewnym wspomnieniem z lamusa?

„Kobiety Solidarności” to dopełnienie głośnego filmu dokumentalnego „Solidarność według kobiet”, nakręconego przez Piotra Śliwowskiego i Martę Dzido. Obraz ukazywał między innymi historię Ewy Ossowskiej, niegdyś sekretarki Lecha Wałęsy, którą można zobaczyć na wielu zdjęciach z ważnych historycznych wydarzeń, nie tylko w Stoczni Gdańskiej w czasie strajku w Sierpniu 1980 roku. Tyle że później Ossowska zniknęła – Dzido i Śliwowski odnaleźli ją we Włoszech. Książka dopowiada jej historię, choć to tylko jeden z wątków – zarówno filmu, jak i lektury.

Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, gdy właściwie całym uniwersum symbolicznym rządzi pamięć już nie tyle postsolidarnościowa, co neoendecka

We wrześniowym wywiadzie dla portalu WP.pl Marta Dzido stwierdziła, że kobieca historia Solidarności jest bardzo potrzebna dziewczynom z jej pokolenia: „Uczy nas tego, byśmy nie bały się angażować w ważne przedsięwzięcia, same nie usuwały się w cień, ale też nie dawały się w ten cień usuwać. Żebyśmy nie czekały, aż ktoś coś zrobi w naszych kobiecych sprawach, tylko wzięły je we własne ręce. Żebyśmy nie zostały na marginesie: zarówno teraźniejszości, jak i historii”. Dzido daje w ten sposób czytelnikowi klucz interpretacyjny do własnej książki: reportaż historyczny przemienia się w metahistorię, czyli również w opowieść o tym, jak solidarnościowy mit może oddziaływać na kobiety urodzone już w latach 80. i 90. XX wieku, a nawet na najmłodsze pokolenie, wchodzące dopiero w dorosłość. To, co czytamy, przestaje być tylko rekonstrukcją przeszłości – staje się narzędziem motywacyjnym. Można nawet zaryzykować hipotezę, że nieco inaczej będą czytać tę książkę mężczyźni, a inaczej kobiety, które Dzido zachęca, by „wzięły sprawy w swoje ręce”. Ale warto zauważyć, że to z pozoru neutralne znaczeniowo stwierdzenie może – w zależności od czytelniczki – przybierać bardzo różne sensy światopoglądowe, ideowe czy wręcz okołopolityczne.

Matka, Ciotka, Babka, Polska

Pytanie, czy mit pierwszej Solidarności jest w ogóle treścią znaczącą pośród wszelkich współczesnych społecznych wyobrażeń. Niestety, nie taka już nowa piosenka prześmiewców z zespołu Kury wiele mówi o tym, do jakiego kąta został zepchnięty – i to w świetle oficjalnej celebry! – solidarnościowy topos. Przyda się cytat: „Nie zapomnijmy o Ideałach Sierpnia / o ludziach, którzy walczyli o wolność / o Kościele, który stał na straży polskości / o Odrowężu, który ostatecznie wyssał pijawkę zdrady / nie zapomnij o tych, którzy poniżali / ani o tych, co saneczkowali na trzecie piętro / o Sprawie, co ważniejsza jest niż osobnicze życie / o Matce Polsce wyśnionej, nieudanej / Matka, Matka, Matka / Respektuj Ideały Sierpnia / Matka, Ciotka, Babka Polska / Solidarność, Solidarmość, Solimarność – solej / nie zapomnijmy o Szabelkach i Konikach / o Ułanach, Buzdyganach, Batonikach / o Batorym z Mosiądzu i Majteczkach z Brązu / o Gonitwach i Rybitwach Matki swej, solej / nie zapomnij o nagłych skrętach Kuny / nie zapomnij o smutnych oczach Drobiu / nie omieszkaj dać Świadectwa polskości / bądź Patriotą, zmyślnie produkując Miód”.

Dobrze widać, jak stopniowanie sloganu powoli przechodzi w groteskę, gdy spiętrzenie wzniosłości odkleja się od polskiego „tu i teraz”, by zamknąć rzecz szyderą z „pragmatycznego patriotyzmu”. Song Kur jest sprawnym i trafnym popkulturowym zdaniem sprawy z losów solidarnościowego mitu. Dodatkowo intuicyjnie wyczuwamy, że jako społeczeństwo przez dekady oglądaliśmy Solidarność w jej historycznym wymiarze, przede wszystkim jako dzieje karczemnego sporu wokół Lecha Wałęsy. Oczywiście olbrzymia wina jego samego, że ten spór tak się potoczył. Co więcej, każdy bardziej świadomy widz debaty publicznej dobrze wie, że w tej sprawie już w czasach III Rzeczpospolitej dokonało się tyle wolt środowiskowych, iż niezaangażowany obserwator ma prawo poczuć co najmniej niesmak, albo odwrócić się obojętnie od okołosolidarnościowych wspominków.

Historia pierwszej Solidarności, czy ściślej jej ciemne karty, dotyczące choćby tego, kto faktycznie i w jakim zakresie współpracował z bezpieką, służyła jako amunicja, którą strzelali do siebie w latach 90. postsolidarnościowi politycy, prowadząc bardzo nieraz małostkowe spory polityczne. Ideały Sierpnia zostały rozparcelowane między wciąż zmieniające się konstelacje. Notabene – ich obecny kształt ustalił się właściwie dopiero jakąś dekadę temu. Dla jednych Henryka Krzywonos, dla drugich Anna Walentynowicz; dla jednych Lech Wałęsa, Henryk Wujec, Zbigniew Frasyniuk; dla drugich Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski, Jadwiga Chmielowska. Solidarnościową autodestrukcję świetnie opisał Jacek Kaczmarski w metaforycznym utworze „Dwadzieścia lat później”, nawiązującym do znanych powieści Dumasa o losach czterech muszkieterów: „Przyjaciele okłamują się w ukłonach, / Nie ufają sobie dawno już za grosz: / Nowych czasów bólem dali się przekonać, / Że się zdradą, a nie szpadą kreśli los! / Każdy za siebie, kosztem każdego / Na prywatną miarę grób mości; / »Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego« – / Stara baśń niewinnej młodości…”.

Zepchnięte na dalszy plan

Obecnie mamy do czynienia z sytuacją, gdy właściwie całym uniwersum symbolicznym rządzi pamięć już nie tyle postsolidarnościowa, co neoendecka. Nikt chyba jeszcze nie poddał analizie naukowej tego zjawiska, ale widać dziś dobrze, że stadionowy trend (nie używam tego określenia pejoratywnie), związany z kultem Żołnierzy Wyklętych, a także popkulturową modą na odzież patriotyczną, wzmocniony przez działania instytucjonalne i polaryzację posmoleńskich sporów tożsamościowych, przebojem wdarł się do politycznego i medialnego mainstreamu. A ponieważ to środowiska narodowe w znacznej mierze podniosły i wzmocniły przekaz wokół post-AK-owskiego podziemia w początkach PRL, to one stały się naturalnym depozytariuszem tego trendu. Mam poczucie graniczące z pewnością, że nawet starsze pokolenia Polaków – te, które były bezpośrednio zaangażowane w pierwszą Solidarność – także podjęły „wyklęty” mit jako swój. W pewien sposób zrezygnowały z własnej solidarnościowej opowieści – jako nadmiernie frustrującej, budzącej zbyt wiele osobistych i wspólnotowych rozczarowań, a w zamian podchwyciły historię z początków PRL, ponieważ o wiele łatwiej dało się ją przemienić we wzniosłą patriotyczną opowieść.    

Wiele osób zaangażowanych w pierwszą Solidarność rozczarowało się rzeczywistością III Rzeczpospolitej. Pod bardzo różnymi względami, od społeczno-gospodarczych do kwestii definiowania i zakresu swobód obywatelskich

Dlaczego tak się stało? Książka Dzido w niezamierzony sposób daje na to pytanie odpowiedź. Widać w niej wyraźnie, jak wiele osób zaangażowanych w pierwszą Solidarność rozczarowało się rzeczywistością III Rzeczpospolitej. Pod bardzo różnymi względami, od społeczno-gospodarczych do kwestii definiowania i zakresu swobód obywatelskich. Nierzadko w grę wchodzi również problem zepchnięcia kobiet pierwszej Solidarności na plan dalszy, już w początkach III RP. W tym względzie interpretacja genderowa stanowi stale powracający wątek lektury: ten trop pojawia się nie tylko w opowieściach choćby Barbary Labudy, ale wyraźnie jest on bliski autorce, choć podaje go ona w ścieniowany sposób. Sądzę, że nie wynika to nie tyle z jakiejś strategii wobec czytelniczek i czytelników, co z jej dużej wrażliwości na fakt, iż bohaterki jej pracy utożsamiają się obecnie z bardzo różnymi światopoglądami.

Warto zresztą podkreślić, że zarówno film „Solidarność według kobiet”, jak i książka „Kobiety Solidarności” rozsadzają logikę typowych polskich narracji. Owszem, historia roli kobiet w pierwszej Solidarności opowiadana jest w kluczu okołofeministycznym: ważnym punktem odniesienia jest choćby Shana Penn, amerykańska feministka, autorka prac „Podziemie kobiet” i „Sekret Solidarności”. Równocześnie i w filmie, i w książce, która rozwija i dopełnia wiele wątków obrazu, bardzo mocne jest przekonanie, przez lata wyszydzane przez wielkomiejsko-liberalne elity, że szczególnie pierwsze lata przepoczwarzania PRL w III RP wiązały się ze zbyt dużymi kosztami społecznymi, z krzywdą zbyt wielu osób.

Nie jest to kwestia wyłącznie przekonania dawnych bohaterek Solidarności, które zniknęły w kompletnej niepamięci i dziś żyją skromnie na polskiej prowincji albo dawno wyjechały na emigrację zarobkową – jak Ewa Ossowska. To znacznie szerszy problem, do którego nawiązywał dr hab. Rafał Łętocha w książce „O dobro wspólne. Szkice z katolicyzmu społecznego”, w rozdziale poświęconym niemieckiemu ordoliberalizmowi: „przez lata niewolniczo kopiowaliśmy wzory sowieckie, po roku 1989 zaś dawni specjaliści od ekonomii marksistowskiej przekwalifikowali się błyskawicznie na ortodoksyjnych liberałów i w tym duchu zaczęli reformować polską gospodarkę. Wyobraźnię ludzi rozbudzano wzorem dalekiej Japonii, której kopia miała powstać między Odrą a Bugiem, natomiast pozostawano zupełnie obojętnym na to, co się stało za naszą zachodnią granicą [autor mówi o sukcesie niemieckiego powojennego modelu gospodarczego – K. W.]. Co prawda artykuł 20. konstytucji z 1997 r. mówi, iż »społeczna gospodarka rynkowa oparta na wolności działalności gospodarczej, własności prywatnej oraz solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczpospolitej Polskiej«. Jednak tak naprawdę należy to uznać jedynie za czczy gest nie mający żadnego przełożenia na rzeczywistość”. To również powód rozczarowań pokolenia Solidarności: postsolidarnościowe elity z wielu przyczyn odrzuciły solidaryzm społeczny, jako fundament ładu społeczno-gospodarczego: wygrała lokalna wersja nowego kolonializmu, realny liberalizm, oparty na ekonomicznym darwinizmie i stopniowym wycofywaniu się instytucji centralnych oraz samorządowych z rzetelnej polityki społecznej. 

Dodam istotną rzecz do powyższego wywodu Łętochy. Nie tylko postkomuniści przemianowali się na kserowaszyngtońskich liberałów. To również duża część postsolidarnościowych elit w praktyce, siłą bezwładu lub bardzo świadomie, przyjęła za swoją ideologię i praktykę terapii szokowej. Pisze o tym szczegółowo David Ost na kartach książki „Klęska Solidarności”, do której również w czytelny sposób odwołuje się Marta Dzido.  

O nadziei

Lektura opowieści o biografiach zapomnianych bohaterek pierwszej Solidarności umożliwia jednak coś niezwykłego. Spod grubej warstwy trudnej historii, spod grubej warstwy wszystkich niepowodzeń, Dzido wydobywa piękno tych życiorysów. Widzimy dzielne kobiety z pokolenia naszych matek i babek, organizujące, współuczestniczące i współdecydujące o losach ruchu, który za sprawą „siły bezsilnych” poważnie nadwyrężył opresyjne struktury Polski Ludowej. Pierwsza Solidarność widziana oczyma tych kobiet to oddolny ruch społeczny, samorządny i niezależny, nie tylko jako struktura związkowa, ale też jako przejaw życia obywatelskiego, emanacja odwagi cywilnej, zdolności do samozaparcia. Choć równocześnie to wciąż opowieść o cenie, jaką przyszło płacić za tę odwagę.

Jeżeli rację mają myśliciele, którzy twierdzą, że świat postoświeceniowy, świat zsekularyzowany jedynie odtwarza sięgające głęboko w przeszłość człowieka i społeczeństw struktury świata przednowoczesnego, przenikniętego religią, to „Kobiety Solidarności” są specyficznym „martyrologium”, czyli świadectwem o złożonej ofierze. Rzecz nie w samym cierpieniu, jak powierzchownie rozumie się martyrologię, ale w zdaniu sprawy z odwagi, siły charakterów, talentów, klęsk i zwycięstw jednostek i solidarnościowej wspólnoty. W tym sensie martyrologium jest zawsze opowieścią o nadziei. Ta lektura to zatem opowieść o nadziei, bardzo trudnej, bo niejednokrotnie przegranej.

 

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz