Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Śmierć artysty, czyli kampowy król YouTube’a

Twórca znany jako Klocuch przełamuje granice między artystą a odbiorcą. Jest jednym z nas, tysięcy internautów, żyjących we fragmentarycznym, nienarracyjnym świecie duchologicznych odłamków

 

Życie, życie, życie jest jak nożyczki

Możesz coś równo uciąć, jak dobrze złapiesz za uchwyty

(Klocuch, Moje życie)

Określenie „youtuber” może być błogosławieństwem lub przekleństwem. Z jednej strony, jak podaje Forbes, najbardziej popularni youtuberzy potrafią zarobić kilkanaście milionów dolarów rocznie, z drugiej – nadal, mimo przemian pokoleniowych, kogoś, do kogo przylgnęła ta etykietka, nie traktuje się do końca poważnie. Marshall McLuhan mawiał, że „medium jest przekazem”, i faktycznie w przypadku YouTube’a sposób komunikacji determinuje treść i wpływ na odbiorcę. Oczywiście, na YouTube można znaleźć też długie filmy (najdłuższym jest ponoć film Jonathana Harchicka ze slajdami z podróży do Chile, trwający 571 godzin, czyli 23 dni bez przerwy), można znaleźć głębokie i bardzo specjalistyczne debaty czy wypowiedzi, ale co do zasady youtuber, który chce zarobić na swoich produkcjach, musi trzymać się kilku podstawowych zasad. Ma być krótko. Ma być głośno. Ma być śmiesznie. Ma być kolorowo. Ma być powierzchownie.

Świat youtuberów wydaje się niespecjalnie pasować do świata artystów i kuratorów. A jednak w murze postawionym na granicy tych dwóch światów coraz częściej pojawiają się spore dziury

Klocuch wybija dziurę w płocie

Sztuka przez lata postrzegana była jako coś, co wymaga czasu, skupienia, nastrojenia, przygotowania nie tylko twórcy, ale i odbiorcy. Wielu, zwłaszcza współczesnych dzieł, nie da się w pełni odczytać bez artystycznej erudycji, bez umiejętności znalezienia intertekstualnych tropów i odniesień. Świat youtuberów wydaje się niespecjalnie pasować do świata artystów i kuratorów. A jednak w murze postawionym na granicy tych dwóch światów coraz częściej pojawiają się spore dziury. Jedną z większych – w przypadku polskiego YouTube’a – wybiła anonimowa postać znana jako Klocuch. Mało tego, dziura w murze poszerza się. Zaczęło się od wideorecenzji gier. Potem doszły do nich „kabarety” i piosenki. Klocuch doczekał się artykułów w pismach i na portalach zajmujących się na poważnie sztuką i popkulturą („Noizz”, „Ha!Art”,  „Szum”, „Przekrój” – w tym ostatnim  pisał o nim znany krytyk i kurator Stach Szabłowski), jego twórczość była wystawiana w galerii, a na początku sierpnia tego roku Klocuch wydał coś, co można nazwać pełnowymiarowym albumem muzycznym – playlistę „kaseta z komuni” z ośmioma utworami.

Kim jest Klocuch – na ten temat pisano już dużo, i wygląda na to, że z jednoznaczną odpowiedzią problem mają także poważni kuratorzy i krytycy sztuki. Jak już mówiłem, na samym początku – a zaczynał Klocuch swą karierę w 2010 r. – wydawało się, że jest po prostu YouTube’owym wideorecenzentem gier, a raczej chłopcem, który próbuje naśladować poważnych wideorecenzentów. Pierwszy film Klocucha, recenzja gry „The Nomad Soul”, wydaje się przynajmniej zrobiony całkiem na poważnie, głos twórcy nie jest jeszcze tak groteskowo przetworzony, jak to będzie później, a komiczny efekt, wynikający z niezgrabności językowych, regionalizmów (powtarzane ciągle „kruci”, będące jakby formą śląskiego „krucafuks”), ciągłych potknięć i ogólnego chaosu, nie sprawia wrażenie zamierzonego i przemyślanego.

I świat jest ogólnie nowoczesny, i pojawia się jakiś potwór. On nas atakuje.

Jak widać grafika jest niezła,

ale na niektórych sprzętach może się ścinać, jak u mnie.

Nas potwór zaatakował, i nam jakąś trucinę (sic! – JP) wstrzyknął chyba, czy coś.

(The Nomad soul recenzja)

W kolejnych filmach, w kolejnych latach absurd stopniowo narastał. Jeżeli założyć, że Klocuch założył swój kanał mając lat 12 (na co mógłby wskazywać jego ówczesny pseudonim („Klocuch12”)), jego głos musiałby się znacząco zmienić przez kolejne dziewięć lat. Jednak stosując elektroniczny efekt, youtuber pozostał jakby na zawsze w świecie dwunastoletniego, nigdy niedorosłego chłopca. Jan Bińczycki w „Ha!Arcie” określa styl Klocucha jako „lamerstwo”, komputerową nieporadność: „Pomimo co najmniej paru lat zaprawy, granie w zręcznościówki sprawia mu trudności. Nie ukrywa swoich braków «warsztatowych», podkreśla je na każdym kroku i ostentacyjnie wyraża złość lub brak zrozumienia mechanizmów oraz fabuły”.

Kamper i ducholog

W ten sposób – jeżeli traktować Klocucha jako artystę – wpisuje się on znakomicie w nurt twórczości, zwany kampem. To estetyka świadomie korzystająca z kiczu i odrzucająca kategorię smaku. Susan Sontag w swoim słynnym eseju „Notatki o kampie” z 1964 r., pisała: „Istotą kampu jest umiłowanie tego, co nienaturalne: sztuczności i przesady. Kamp jest też ezoteryczny – jest jakby prywatnym kodem, oznaką tożsamości nawet w małych środowiskach miejskich” (dziś powiedzielibyśmy: bańkach społecznych). Słowa Sontag pasują do Klocucha znakomicie – jego filmy są samą sztucznością, składem bardziej lub mniej zapomnianych popkulturowych klisz. W teledysku do „Huby Buby” pojawia się fragment z reklamy margaryny Delma, dość prymitywnie przedstawiona postać Spidermana czy tytułowa guma do żucia. Można by podejrzewać, że Klocuch stosuje product placement, jednak części produktów, o których wspomina, nie ma już na rynku. Znów można odnieść wrażenie, że twórca zatrzymał się w pierwszych latach XXI wieku i odgrywa sentyment do tamtego świata. W ten sposób Klocuch wpisuje się w jeszcze inny nurt – w duchologię. Pojęcie to (z fr. hantologie) pochodzi od Jacquesa Derridy, i z grubsza oznacza odtwarzanie w kulturze i popkulturze estetyk i artefaktów, które odeszły do lamusa, które zdają się przestarzałe bądź zgoła kiczowate. W Polsce najbardziej znaną badaczką  i kultywatorką duchologii jest Olga Drenda, nominowana do Paszportów POLITYKI antropolożka kultury, autorka m.in. książki „Duchologia polska”. W swoich duchologicznych poszukiwaniach skupia się najczęściej na przełomie lat 80. I 90., na czasie transformacji ustrojowej. Ówczesne artefakty – magazyny typu „Sukces”, budki z zapiekankami czy reklama „Prusakolepu” z jednej strony budzą politowanie, z drugiej – tęsknotę za czymś bliskim i oswojonym. Klocuch wzmacnia nostalgię do czasów późniejszych – do czasów raczkującego internetu, do magicznej krainy dzieciństwa, która bezpowrotnie przeminęła.

Klocuch wzmacnia nostalgię do czasów raczkującego internetu, do magicznej krainy dzieciństwa, która bezpowrotnie przeminęła

Wracając do kampu: faktycznie podstawowy efekt komiczny Klocucha ma charakter kampowy, jednak dodatkowym wzmocnieniem jest to, że widz nie jest do końca pewien, czy youtuber udaje nieudacznika, czy jest nim faktycznie i nie jest świadom komizmu i kiczowatości swoich wytworów. Gdy śledziłem lawinowo narastającą karierę Klocucha, nurtowało mnie pytanie, na które do dziś nie mam jasnej odpowiedzi: w którym momencie twórca zyskał pełny dystans roli? A może nie zyskał go do dzisiaj?

Ukryty smutek nerda

Ta druga opcja wydaje się dziś mało prawdopodobna, jednak jeśli potraktować poważnie personę, wykreowaną przez Klocucha, nagle przestaje być wesoło. Widzimy bowiem zagubionego chłopca, niezwykle samotnego, gnębionego przez kolegów, który ratuje się przed rozpaczą, ukrywając się w świecie komputerów, gier i internetu, wracając nieustannie do dzieciństwa, odmawiając, niczym Piotruś Pan, wejścia w dojrzałość. Widzimy niemal archetypową postać nerda – dziecka czy młodzieńca nadmiernie wrażliwego i nadmiernie inteligentnego, zahamowanego społecznie, niezdolnego do nawiązania relacji z rówieśnikami, i zastępującego te relacje fantazjami i przygodami w cyberprzestrzeni. W wideorecenzjach można to było zobaczyć między słowami i obrazami, bardziej dosłownie zaczął Klocuch mówić o swoim życiu (lub raczej o życiu wykreowanej przez siebie persony) w piosenkach.

Nie mam tu w szkole za dużo kolegów

Ostatni wybrany do drużyny z WF-u

Kiedyś śmiali się ze mnie i było niemiło

A teraz… właściwie się nic nie zmieniło.

(…)

Ostatni dzwonek, wychodzę z więzienia

Słuchawki zakładam, często je zmieniam

Bo ciągle się psują i jedna nie działa

Chyba że kablem poruszam, to wtedy trochę działa

(Huba Buba)

 

W twórczości Klocucha rzadko pojawiają się kobiety i kontekst erotyczny. Jest tak, jakby narrator filmów zatrzymał się tuż przed wiekiem dojrzewania płciowego, lub przechodził je z trudnością. W jednym z filmów przedstawia co prawda przesyłane przez swoich fanów filmy z wulgarnymi obrazkami – na przykład ze zbudowanym z minecraftowych klocków ogromnym penisem – jednak udaje, że nie wie, o co chodzi. Daje się słyszeć też negatywny stosunek Klocucha do kobiet (wyśmiewa występowanie „bab” w grach, Jan Bińczycki w cytowanym artykule wskazuje na jego mizoginię) – wraz z „nerdostwem” może to wskazywać, że Klocuch odnalazłby się dobrze w popularnej ostatnio (przede wszystkim w USA) subkulturze inceli, mężczyzn, którzy oskarżają świat, a przede wszystkim kobiety, o swoją samotność (z ang. involuntary celibate – mimowolny celibat). Bliska incelom może być też fascynacja Klocucha jako recenzenta przemocą w grach, do której podchodzi z całkowitą dezynwolturą, a zgoła niewinnością.

Jeśli potraktować poważnie personę, wykreowaną przez Klocucha, nagle przestaje być wesoło. Nagle widzimy bowiem zagubionego chłopca, niezwykle samotnego, gnębionego przez kolegów, który ratuje się przed rozpaczą, ukrywając się w świecie komputerów

„Kaseta z komuni”, debiutancki album Klocucha, został umieszczony na YouTube bez rozgłosu i promocji, na niepublicznej playliście. Jest to kolejny krok w stronę multimedialności i koncepcyjności, kolejny element wskazujący, że Klocuch jednak kreuje swą postać świadomie. Muzyczna oprawa utworów jest coraz bardziej dopracowana. Niektórzy komentatorzy próbują wpasować je na przykład w nurt comedy rap, ale nie da się łatwo zaszufladkować „króla polskiego Youtube’a”. Teksty nadal najczęściej opowiadają w naiwny sposób o świecie przeżywanym przez twórcę – o mieście, w którym mieszka, przedmiotach i produktach („miasto”), popularnych grach („hitman typu widac z oczu”, „wakacje na szybko”), ale coraz silniej wchodzi w surrealizm („lepsze niż telewizja”), a nawet – w piosence „beznadzieja w chmurny dzień”, gdzie nie rapuje już, lecz śpiewa na tle smutnego fortepianu – po swojemu opisuje stany depresyjne:

Znowu płakać mi się chce

Bo na polu pada deszcz

A do Biedronki miałem iść na zakupy

Czemu wszystko musi być tak do… chrzanu

A nawet jak później już padać nie będzie

To nie da się poruszać normalnie po tym sklepie

Bo jakieś pakunki po środku są ułożone

A pracownik jedzie na Ciebie jakimś samochodem

(beznadzieja w chmurny dzień)

Zostawmy artystów w XX wieku

Po wszystkich tych rozważaniach, nadal trudno odpowiedzieć na pytanie, kim jest Klocuch. Nie chodzi tu o dociekanie jego prawdziwej tożsamości (gorące dyskusje na ten temat trwają od lat w internecie, ale nie to jest najistotniejsze), lecz o określenie roli, jaką odgrywa. Czy jest youtuberem-amatorem, piosenkarzem, czy twórcą wizualnym? Czy jest artystą?

Klocuch odnalazłby się dobrze w popularnej ostatnio (przede wszystkim w USA) subkulturze inceli, mężczyzn, którzy oskarżają świat, a przede wszystkim kobiety, o swoją samotność

„Artysta stoi ponad życiem, ponad światem, jest Panem Panów, niekiełznany żadnem prawem, nieograniczany żadną siłą ludzką” – pisał 120 lat temu Stanisław Przybyszewski w manifeście „Confiteor”. Choć tak skrajne twierdzenia typowe były dla czasów modernizmu, to w pewnym sensie rzutowały na cały wiek XX. Artyście w pewnym sensie nadal było wolno więcej. Jego udziałem była z jednej strony transgresja, przekraczanie granic wyznaczonych przez społeczeństwo i naturę – a z drugiej twórcy próbowali odkrywać sens życia, mocno nadszarpnięty horrorami dwóch światowych wojen, a z czasem także coraz bardziej angażowali się w życie społeczne i polityczne. Oczywiście te przemiany wywoływały przez lata oddźwięk na scenie politycznej. Nietrudno się domyślić, że prawa jej strona, wychodząc z konserwatywnych założeń, podchodziła w sposób nieufny do kapłańskiego wymiaru sztuki, jeśli nie miała ona służyć tradycyjnie rozumianej religii. Strona lewa natomiast promowała transgresyjny i rewolucyjny aspekt twórczości. W takiej czy innej formie – artyści nadal byli kapłanami: może rzadziej już występowali (jak Bach czy Fra Angelico) w imieniu tradycyjnie rozumianego Boga, częściej – sokratejskiego daimoniona, egzystencjalnej pustki, czasem kolejnych ideologii, a najczęściej – Sztuki jako takiej.

Dziś twórca treści nie musi, a często nie chce być kapłanem, nie musi mieć przesłania, nie musi specjalizować się i ograniczać się do jednego medium

Możliwe jednak, że w XXI wieku taka wizja odejdzie do lamusa. Wiktor Stribog, twórca wizualny i dźwiękowy, autor między innymi słynnej „Krainy Grzybów”,  na spotkaniu w 2017 r. w Muzeum Sztuki Nowoczesnej stwierdził, że nie czuje się artystą, tylko content creatorem, kreatorem treści. Artysta mający misję dziejową, dzieła mające przesłanie, czy to prawicowe, czy lewicowe – to wszystko przynależy do XX wieku i być może tam już zostanie. Dziś twórca treści nie musi, a często nie chce być kapłanem, nie musi mieć przesłania, nie musi specjalizować się i ograniczać się do jednego medium, może dostarczać treści w taki sposób, na jaki ma ochotę. Dawna granica między artystą a odbiorcą zostaje przełamana. W to myślenie znakomicie wpisuje się Klocuch – jest jednym z nas, tysięcy internautów, żyjących we fragmentarycznym, nienarracyjnym świecie duchologicznych odłamków.

 

fot: YouTube Klocuch

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Tygodnik Powszechny"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Śmierć artysty, czyli kampowy król YouTube’a”

  1. helmofon2000 pisze:

    Imponująca dysertacja. Jako członek pokolenia Klocucha odnoszę wrażenie, że trochę przesadzona. Koleś w wieku 12 lat chciał zostać Youtuberem, wyszła z tego beka. Okazało się, że beka się sprzedaje – na początku tylko innym nastolatkom, potem publiczność dorastała w raz z twórcą. A potem… siłą rozpędu daleko to zaszło. Trochę podobnie do Braci Figo Fagot – pierwsza płyta była dla beki, beka się sprzedała, dziś są już cztery płyty. Nie doszukiwałbym się wielkiej wizji.

    Co innego Sławomir – to zdecydowanie skalkulowana kreacja. Bardzo udana: jak widać, chwyciło 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz