Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Polska inteligencja. Etos czy relacje władzy?

Inteligencja ustanawia standardy myślenia o rzeczywistości. Ma zdolność narzucania swoich uprzedzeń i swojej pogardy

Krzysztof Wołodźko: W książce „Totem inteligencki”, napisanej wspólnie z Rafałem Smoczyńskim, mówią panowie o specyfice polskiej struktury społecznej, w której brakowało i brakuje klasycznej burżuazji, czyli elity kapitału ekonomicznego. Stwierdzacie: „Polskość jest relatywnie silnie definiowana w kategoriach kulturowych osadzonych w przeszłości, co dodatkowo eksponuje rolę fantazmatycznych praktyk w jej reprodukcji”. Jak wygląda nasza struktura społeczna? Czy odtwarza się w procesach długiego trwania?

Tomasz Zarycki: Elita kapitału ekonomicznego powoli u nas powstaje. Ale to bardzo młoda grupa społeczna. O jej charakterystykę wciąż trudno, bo brakuje szczegółowych, empirycznych i statystycznych badań. Dodatkowo, wbrew pewnej opinii, wielu bogatych Polaków naprawdę woli nie obnosić się ze swoim rzeczywistym majątkiem. Problemem jest też z pewnością brak długiego trwania – struktura społeczna, w której żyjemy, powstała stosunkowo niedawno.

Dla przeciętnego inteligenta nasza młoda elita kapitału jest oczywiście bardzo bogata. Ale tak naprawdę polska burżuazja wcale nie jest tak zasobna – nawet w porównaniu z krajami sąsiednimi

Elity ekonomiczne w krajach zachodnich są głęboko zakorzenione w tamtejszej rzeczywistości. Zachodnia burżuazja, oprócz tego, że ma naprawdę solidne pieniądze, jest starą burżuazją. Bazuje na procesie długofalowego dziedziczenia kapitału ekonomicznego. Nie dotyczy to wszystkich, ale na Zachodzie niektóre burżuazyjne rody mają już po kilka wieków. To są ich fabrykanckie, przemysłowe tradycje kulturowe. I realne kapitały ekonomiczne, które dziedziczą. U nas ten proces właściwie nigdy na dobre nie ruszył, a kilkukrotnie został wręcz brutalnie przerwany.

W Polsce mówi się na ogół o kilku nazwiskach oligarchów, z którymi, „jak z Kulczykiem”  – statystycznie żyje się nam świetnie. Dodatkowo termin „nowobogaccy” ma zdecydowanie pejoratywny odcień.

Pojęcie „nowobogactwa” wskazuje, że nasza rodząca się elita kapitału ma również nie najwyższy symboliczny status. W znacznej mierze decyduje o tym inteligencja jako grupa społeczna. To ona ustanawia przeróżne standardy myślenia o rzeczywistości. Ma strukturalną zdolność narzucania swoich uprzedzeń i swojej inteligenckiej pogardy.

Inteligencja buduje kulturową hierarchię w Polsce. A często ma wręcz rodzinne, towarzyskie i ogólnospołeczne zdolności do legitymizowania i delegitymizowania zachodzących u nas zjawisk.

Trudno uwierzyć, że przed „chudym inteligentem” drży zamożniejszy biznesmen.

Dla przeciętnego inteligenta nasza młoda elita kapitału jest oczywiście bardzo bogata. Ale tak naprawdę rodzima burżuazja wcale nie jest tak zasobna – nawet w porównaniu z krajami sąsiednimi. Najbardziej jaskrawe różnice widać w porównaniu z Ukrainą i Czechami.

Co więcej, nawet tak zwani polscy oligarchowie mają powody, by obawiać się wpływów zachodnich koncernów na rodzimym rynku. Jeszcze nie tak dawno – nie czuję się kompetentny, by oceniać, jak jest teraz – interesy zachodnich koncernów często przeważały w politycznym myśleniu nad interesami tutejszego biznesu. Wielu przedsiębiorców miało przekonanie, że ich głos nie do końca się liczy, że na tutejszym rynku muszą ustąpić przed zachodnim kapitałem, a – jak potwierdzały badania – państwo polskie, podobnie jak i sąsiednie, rzeczywiście uważniej wsłuchiwało się w głos zachodnich lobbystów. Dodatkowo wpływy elity kapitału ograniczają nad Wisłą spółki skarbu państwa.

Ten obraz godzi w wizję „wszechmocnych Kulczyków”. I dowartościowuje inteligenta, o którym tak często mówi się dziś z przekąsem.

Specyfika naszych klas wyższych trudna jest do uchwycenia z pomocą klasycznych narzędzi zachodniej socjologii. Wynika to z dużego znaczenia inteligencji.

Z góry zaznaczam, że w swoich badaniach przyjmuję specyficzne, niezbyt szerokie jej rozumienie. Skupiam się na jej strukturalnym znaczeniu, a nie na deklarowanym etosie. Liczy się dla mnie jej umiejscowienie w kategoriach kapitałów ekonomicznego, kulturowego i społeczno-politycznego.

Dla inteligenta zawsze najważniejszy jest kapitał kulturowy – przede wszystkim w sensie rozumienia własnej pozycji społecznej. Nawet dla bardzo zamożnych inteligentów, bo i z takimi mamy dziś do czynienia, to kapitał kulturowy pozostaje głównym zasobem gwarantującym ich status. Nawet jeśli człowiek taki trafi do rządu, to jego realny i długotrwały status wciąż oparty jest na kapitale kulturowym. O jego statusie i dalszej karierze decyduje elitarna kompetencja, na którą składa się zarówno wiedza w rozumieniu akademickim, jak i wyniesiony często z domu zasób wiedzy nieświadomej, w tym tzw. ucieleśnionej, a więc wyrażającej się w zautomatyzowanych odruchach.

Inteligencka elita działa trochę na zasadzie klubów wpływowych osób, budując znaczące sieci społeczne. I do tych klubów jest się arbitralnie włączanym – zasób kulturowy wciąż jest bardzo ważny, ale wyraźniej zaznacza się konkretna sieć społeczna

To wystarcza?

Ważny jest także kapitał społeczny. Inteligent powinien należeć do inteligenckiej sieci. Szczególnie istotne jest to w przypadku inteligenckiej elity: ci ludzie muszą należeć do bardzo konkretnych sieci społecznych, przynależność lub brak przynależności do nich decyduje o ocenie jednostki, ocenie jej znaczenia i przydatności.

Nieodłącznym kryterium jest zatem uznanie innych inteligentów. Wiadomo, że „nasz człowiek” jest prawdziwym inteligentem.

A który to, przepraszam, „nasz człowiek”?

Poszlaką decydującą o kryterium „naszości” i ważności inteligenta, o kryterium nieformalnego włączenia, co do którego nigdy nie wiadomo do końca, kto o nim decyduje, jest słowo: „wszyscy”. Na przykład: „wszyscy” byli na spotkaniu z tym, a nie innym człowiekiem, „wszyscy” się z nim zgadzają, „wszyscy” go doceniają lub potępiają.

Gdy słucha się choćby wspomnień starych inteligentów, czyta rozmowy z nimi, to pojawia się fraza, że była jakaś kolacja, uroczystość, wydarzenie i „wszyscy tam byli”.

Wszyscy, czyli nasza grupa znacząca?

To „wszyscy” z boku może brzmi niejasno, ale dobrze wskazuje, że w poszczególnych środowiskach inteligenckich elit dobrze jest zdefiniowane i określone, kto jest kim.

A gdzie etos?

Nieco prowokacyjnie marginalizuję, czy wręcz deprecjonuję to, o czym polscy inteligenci tak chętnie mówią: wartości i poświęcenie, czyli właśnie etos.

Dziś mamy do czynienia ze schyłkiem zjawiska, które zaczęło się w latach 70. XX wieku, gdy polska religijność, w szczególności kształcącej się młodzieży – po dosyć zsekularyzowanych latach 60. – zaczęła wzrastać

On nie jest ważny?

To bardziej skomplikowane. Etos jest istotny, umiejętność wpisania się weń to ważny składnik kapitału kulturowego, ale to równocześnie narzędzie, służące w sporach o inteligencką legitymizację.

Określenie, co jest prawdziwą inteligencką tożsamością, która wersja mitu/etosu jest właściwa, kto jest ich słusznym lub największym ucieleśnieniem, jest nie tylko mocno subiektywne, ale i związane z konfliktami i napięciami w inteligenckich środowiskach.

Mówiąc nieco cynicznie: to problem walki o władzę w środowiskach inteligenckich. Ta walka jest wypierana, bo inteligenci nie lubią mówić wprost o własnych hierarchiach i walce o rząd dusz. Co najwyżej wskazują, że ten problem występuje w konkurencyjnych środowiskach. We własnym środowisku jest się zawsze z poświęcenia i nigdy nie próbuje się nad nikim wywyższyć.

Mit i etos działają jako fasada, za którą można ukryć interesowność i relacje władzy. Co nie znaczy, że odwołanie się do nich musi wiązać się cynizmem – zapewne większość inteligentów nawiązuje do nich w poczuciu bezinteresowności.

Zastanawiam się nad wątpliwą jednorodnością inteligencji. Trudno wyobrazić sobie, żeby na przykład w pierwszej dekadzie transformacji taką samą pozycję miał szybko bogacący się krakowski inteligent, który dodatkowo wyrabiał sobie nazwisko w szerszym świecie, i wiejska nauczycielka, której szkołę właśnie zamykano.

Jest jasne, że w przypadku tak zwanych drobnych inteligentów zasób kulturowy będzie znaczył więcej niż status majątkowy czy realny wpływ społeczny. Natomiast inteligencka elita działa trochę na zasadzie klubów wpływowych osób, budując znaczące sieci społeczne. I do tych klubów jest się arbitralnie włączanym – zasób kulturowy wciąż jest bardzo ważny, ale wyraźniej zaznacza się konkretna sieć społeczna.

Małomiasteczkowy inteligent należy do innego świata społecznego niż warszawski czy krakowski inteligent z wielkomiejskiej elity. Ale łączy ich pewna nić kulturowo-społeczna. Oni spotykają się w miejskich i małomiasteczkowych domach kultury, bibliotekach, gdy drobniejsi inteligenci przychodzą na wieczór autorski i słuchają wybitnego gościa. To jest pewne świadectwo siły inteligencji, że potrafi się przebić poza klasowe podziały, poza podziały centrum-peryferie.

W pierwszej połowie XX wieku kwestie inteligencji i awansu społecznego badał Józef Chałasiński. Czy w III RP dysponujemy równie wnikliwym, niekiedy obfitującym w niemal anegdotyczne szczegóły obrazem przemian, jakie dotknęły inteligencję w czasach transformacji?

To trudne pytanie. Często mam poczucie spekulatywności współczesnych badań, w tym własnych, dotyczących tego tematu. Po części wynika to z tego, że w badaniach ilościowych, ankietowych, upodobniających polską socjologię do zachodniej, ten fenomen gdzieś znika. Natomiast bardziej humanistyczny nurt socjologii, owszem, potrafi burzliwie spierać się o inteligencję, czy czasem wręcz się jej wypierać.

Obok głośnych protestów, od zawsze podejście do władzy jest wręcz lekceważące ze strony inteligenckiej elity: „Co on się rządzi, jak za rok czy dwa nie będzie żadnym ministrem”? Lepiej go przeczekać – niż cokolwiek przedwcześnie zmieniać według wytycznych idących z góry

Chałasiński w swoich pracach był po części publicystą, wyrazicielem pewnego historycznego momentu i tożsamości części inteligenckiego środowiska. Udało mu się opisać i dowartościować część młodszej, bardziej lewicowej inteligencji, która doszła do głosu jeszcze w czasach przedwojennych i z czasem zaczęła współpracować z władzami PRL-u. Na kontrze, negatywnie, przedstawił starsze od nich na ogół, bardziej prawicowe środowiska inteligenckie. Ten opis bardzo długo rezonował w polskiej socjologii, ponieważ nie tylko oddawał pewien realny konflikt między inteligentami, ale po wojnie wpisywał się w ideologiczny paradygmat.

Dziś nie ma tak jaskrawych przykładów opisu współczesnej inteligencji. Być może właśnie dlatego, że jej rola jest jeszcze lepiej niż wcześniej znaturalizowana, a więc mniej widoczna.

Obecnie mowa wręcz o postinteligencji: ludziach z tytułami magistra, albo i doktora nauk humanistycznych, którzy być może niegdyś opisywaliby samych siebie jako inteligentów, ale dziś – przykładowo – pracują na niższych i wyższych szczeblach w zachodnich korporacjach.

Z pewnością masowość wykształcenia stanowi wyzwanie dla badań nad współczesną inteligencją. Na Uniwersytecie Warszawskim studiuje obok siebie młodzież z zupełnie różnych światów. Obserwuję, że szczególnie starsi profesorowie mają niemal podświadomą zdolność wychwytywania, kto z tej młodzieży należy do wielopokoleniowej inteligencji, a kto przychodzi z innych środowisk.

To jakiś szczątkowy egalitaryzm?

Nie nazwałbym tak tego. Wielu z tych młodzi ludzi wspólnie studiuje na publicznych uczelniach, zawiązuje studenckie znajomości, ale później ma zupełnie inne ścieżki kariery. A to przede wszystkim dlatego, że Polska jest jednym z nielicznych krajów, w którym brak instytucjonalizacji naprawdę elitarnego szkolnictwa wyższego.

W wielu państwach zachodnich ta młodzież uczyłaby się na zupełnie różnych uczelniach i w ogóle by się ze sobą nie stykała. Młodzi ze starych, zamożnych i inteligenckich domów, idą zwykle drogą wytyczoną przez rodzinę, korzystają z niewidocznych często kapitałów. Dzieci nowych wzbogaconych dziedziczą firmy, a dzieci starej inteligencji dziedziczą jeśli nie zawody, to sieci kontaktów swoich rodziców i swojego środowiska.

Jak niegdyś arystokracja, od lewa do prawa dziedziczą też nazwiska. Ale wróćmy do postinteligencji.

Istnieją ludzie, którzy należą do inteligencji, nierzadko starej i zamożnej, ale dezawuują jej spuściznę lub próbują się od niej odciąć. Wynika to z tego, że bezpośrednie odwołanie do inteligenckiej tożsamości jest dziś mało popularne. Ale to nie znaczy, że zniknęły inteligenckie struktury i korzyści z inteligenckiego usieciowienia.

Inteligenckość nie jest dziś źródłem społecznego prestiżu, ściślej – kojarzona jest z jakąś formą wywyższania się, źle widzianą we współczesnej kulturze masowej. Odcięcie się od „bycia inteligentem”, czy wręcz od hegemonii inteligenckiej, chroni przed zarzutem, że ktoś się wywyższa, że jest arogancki w swojej inteligenckości. Ale według mnie to powierzchowne zjawisko, związane z przemianami tożsamościowymi i językowymi.

I jeszcze jedno – częścią inteligenckiego nimbu jest mit końca. Nieraz uderzało mnie to zjawisko – każde pokolenie inteligencji uważa się za ostatnie. Ten schemat powtarza się od powstania styczniowego i wraca w kolejnych dziejowych odsłonach.

To ma pewne dziejowe uzasadnienie – bezpowrotnie stracona prawdziwa elita?

To jest też stały motyw walki inteligenckich frakcji: prawdziwa inteligencka elita odeszła, a ich następcy, a nasi oponenci, są już niższej rangi. Tamci, po drugiej stronie, to już łże-elita, albo „nowa elita”. Taką argumentację znajdzie pan po każdej stronie naszych polskich sporów, podobnie było zawsze i jest w świecie rosyjskiej inteligencji.

Charakterystycznym zjawiskiem są pogrzeby „ostatnich inteligentów”. Zgromadzeni nad trumną przekonują, że wraz ze zmarłym kładą do grobu wszystko, co najlepsze, cały inteligencki i kulturalny etos. My zaś żyjemy pośród chamstwa, niczym nędzne odbicia tych wielkich, co odeszli.

A to nie poprawia samopoczucia tym, co nad grobem? Bądź co bądź, to oni wygłaszają pożegnalne mowy, na nich skupia się uwaga słuchających.

Moim zdaniem to ukryty język inteligenckiej autopromocji: „Ja jestem tym, który żegna ostatniego wielkiego, to ja chodziłem na jego seminarium, ja z nim wypalałem papierosa za papierosem, ja u niego bywałem, jestem z nim spokrewniony”. I tym samym mówca daje znać, że gdyby ktoś pytał o zmarłego, to właśnie do niego trzeba w tej sprawie dzwonić.

To wszystko odbywa się w obrębie pewnej nieformalnej struktury dziedziczenia inteligenckiego wpływu i prestiżu, ale nie można o tym wprost powiedzieć, bo to by zaprzeczało inteligenckiemu etosowi.

Niektórzy jednak zbyt długo zaniedbują kwestię sukcesji i różne nieodpowiednie środowiska przejmują etos przynależny zmarłemu [śmiech].

Zmiany w mitologii społecznej/narodowej wydają się ostatnio niekorzystne dla prawicy. Publicystycznie słyszymy o upadku katolickiego imaginarium, a socjologicznie zaznacza się odchodzenie młodych od Kościoła i ich ideowy skręt w lewo. Ma pan poczucie dużej zmiany społeczno-ideowej, czy raczej nie aż tak znacznej korekty kursu?

Dopiero z pewnego dystansu dowiemy się, czy na naszych oczach dzieje się naprawdę duża rewolucja, czy pewne przesunięcia w sferze światopoglądowej.

Jeśli jednak spojrzeć na to przez pryzmat inteligenckich sporów w Polsce, to postawiłbym hipotezę, że te zmiany, nawet jeśli są istotne, to nie muszą zagrozić samej inteligenckości.

Rola Kościoła katolickiego w tożsamości polskich elit nie jest aż tak niezbędna. Przypomnijmy sobie choćby, że nasza XIX-wieczna inteligencja była w znacznej mierze zsekularyzowana. Co prawda antyklerykalizm polskiej inteligencji nie był wówczas aż tak agresywny i wojujący – co różniło go od postępowej rosyjskiej inteligencji tamtych czasów – ale daleko też mu było do wzoru Polaka-katolika.

Odchodzące pokolenie tak zwanej lewicy laickiej wydaje się dziś ich młodszym następcom i następczyniom niemal reakcyjne.

Dziś mamy do czynienia ze schyłkiem zjawiska, które zaczęło się w latach 70. XX wieku, gdy polska religijność, w szczególności kształcącej się młodzieży – po dosyć zsekularyzowanych latach 60. – zaczęła wzrastać. Dobrze to pokazał prof. Stefan Nowak w pracy „Studenci Warszawy: studium długofalowych przemian postaw i wartości: praca zbiorowa” – badane przez niego pokolenia studentów w latach 60. były mało religijne. To się zmieniło z pontyfikatem Jana Pawła II, wybuchem „Solidarności”, a wcześniej z ruchem oazowym. Dziś wiemy z wielu relacji, że nawet jeśli nie wszyscy młodzi ludzie zaczęli wówczas głęboko wierzyć, to tłumnie chodzili na msze za ojczyznę. Wtedy zaczęło się to, co dziś topnieje, gdy rola Kościoła w naszym życiu społecznym zmniejsza się wyraźnie. Trudno to jednak uznać za koniec polskości, to koniec pewnego wielodekadowego cyklu.

Można też dodać, że lata 70. to początek szerszego geograficznie procesu swoistej retradycjonalizacji, która zauważalna była w szczególności w środowiskach inteligencji krajów bloku sowieckiego. Wiązać to można ze stopniowym upadkiem jej wiary w modernizacyjną moc projektu komunistycznego po roku 1968.

Wiemy do jakich symboli odwołuje się rządząca prawica i jej inteligenckie zaplecze. Wiemy też, że starsze pokolenie, kojarzone choćby z Komitetem Obrony Demokracji, odwołuje się do solidarnościowego patosu i tak zwanej kaczmarszczyzny. A młode protestujące pokolenie miało ostatnio nie tylko bluzgi, ale też swoje portale i lektury, swoje napisy na kartonach, często mocno inteligencko-aluzyjne. Z drugiej jednak strony, czy to gromkie „w………ć” i „***** ***” Strajku Kobiet nie kłóci się z wizerunkiem „młodej polskiej inteligencji?

Moim zdaniem dzisiejsze formy protestu są jednak bardzo inteligenckie – przy całej swojej kontrowersyjności, czy obrazoburczym dla niektórych charakterze.

Jesienne protesty bazowały na przekonaniu, że uczestnicy mają prawo do obywatelskiego protestu, że są społecznie odpowiedzialni, że się angażują. Ten patos jest mocno inteligencki, nawet jeśli jego wulgarność jest dla części inteligentów sprzeczna z ich rozumieniem etosu. Ale w tym kontekście znów odwołałbym się do względności i różnorodności rozumienia etosu inteligenckiego. Cały szereg inteligenckich autorytetów nie tylko uznał adekwatność danych form protestu, ale w ich radykalizmie, w tym językowym, dostrzegł ważną wartość inteligencką, jaką jest odwaga i bezkompromisowość.

Gdy słucha się choćby wspomnień starych inteligentów, czyta rozmowy z nimi, to pojawia się fraza, że była jakaś kolacja, uroczystość, wydarzenie i „wszyscy tam byli”

Zwykle to artyści, tworzone przez nich wybitne dzieła kultury pomagały wpleść dawne inteligenckie mity do opowieści kolejnych pokoleń, do głównych nurtów inteligenckich narracji, nadając im często nowe znaczenia.

Dziś problemem jest fragmentacja kulturowa, faktyczny brak kanonu – kiedyś wystarczyło kilka dobrych filmów i właściwie każdy musiał się z nimi zetknąć. Obecnie żyjemy w kulturowych bańkach, które utrudniają stworzenie takiej wspólnej niemal wszystkim wizji.

Mimo to uważam, że młode pokolenie odkryje dla siebie niegdysiejsze inteligenckie tradycje, bliższe antyklerykalizmowi czy zsekularyzowanym koncepcjom politycznym i społecznym. Takie „powroty do zapomnianych źródeł” są częścią inteligenckiej tradycji, sięgającej połowy XIX wieku.

Kilka tygodni temu na łamach „Nowej Konfederacji” Stefan Sękowski opublikował artykuł „Kto naprawdę rządzi Polską? Od władzy monopartii do monowładzy partii”. Tytuł jest chwytliwy i nieźle oddaje obawy części opinii publicznej. Czy pana zdaniem rzeczywiście grozi nam omnipotencja elit politycznych? Czy taka lub inna część klasy politycznej zdolna jest choćby stworzyć jakąś kanoniczną opowieść o Polsce?

Wszystko wskazuje na to, że nie. Polska jest krajem zbyt różnorodnym, różnego rodzaju wpływy są rozproszone między wieloma zbyt różnymi środowiskami. Państwo polskie nie jest też instytucjonalnie na tyle silne, by nawet będąc u jego sterów sprawnie przeprowadzać jakieś radykalne reformy polskiej tożsamości. Jeśli już, to realną stawką są pewne per saldo nieznaczne przesunięcia środka ciężkości w określonych narracjach, w szczególności instytucjonalnych. Nie są to jednak zmiany nieodwracalne. Ma to swoje dobre i złe skutki.

Dobrze to widać właśnie w sferze kultury i nauki, którą inteligencja rządzi właściwie autonomicznie. Oczywiście, naukowcy krytyczni wobec władzy w sposób naturalny wyrażają wyostrzony pesymistyczny osąd, ale bliższa znajomość realiów pokazuje, że na dłuższą metę potrafią oni jako szersze środowiska zabezpieczyć swoją suwerenność. Można też zauważyć, że znaczna część ich krytycznych reakcji wynika nie tyle z groźby jakichś radykalnych zmian, ale z przekonania, że sama próba, nawet drobnej, ale dość arbitralnej i upolitycznionej interwencji w pole naukowe, jest wymagającym głośnej nagany przekroczeniem symbolicznej granicy której władza nie powinna nawet dotykać.

Z drugiej strony, obok głośnych protestów, od zawsze podejście do władzy jest wręcz lekceważące ze strony inteligenckiej elity: „Co on się rządzi, jak za rok czy dwa nie będzie żadnym ministrem”? Lepiej przeczekać – niż cokolwiek przedwcześnie zmieniać według wytycznych idących z góry. Nikt tego jednak głośno nie mówi. Bardziej widoczna jest więc zwykle frakcja lubiąca publicznie dramatyzować, bo to dodatkowo pomaga jej budować wokół siebie aurę inteligenckiego „męczeństwa”.

Część środowisk prawicy nieustannie ubolewa, że ten czy inny minister nie potrafi sobie poradzić z artystami, rektorami i „uczelnianymi genderami”.

A każda próba ingerencji kończy się medialną awanturą i głośnym lub cichszym pomstowaniem inteligenckiej elity na władzę. I oczekiwaniem jej końca. Władza polityczna chce mieć wpływ na podległe sobie instytucje, ale idzie jej to opornie. Dziś oczywiście nie wypada rządzącym narzekać na imposybilizm, ale instytucje w Polsce naprawdę rzadko są narzędziem jakieś zaprojektowanej zmiany. Zbyt wielu jest aktorów społecznych i politycznych, zbyt wiele środowisk, zwykle inteligenckich,  które odpowiadają za mechanikę państwa, by dało się tym wszystkim łatwo sterować.

Co więcej, można zauważyć, że autonomia elit kulturowych jest zjawiskiem wpisanym w samą zasadę funkcjonowania pola współczesnej kultury, w szczególności instytucji akademickich. Z „wolnomyślicielstwem” a nawet postawami otwarcie krytycznymi wobec władz na uczelniach konfrontować musiały się wszystkie nowoczesne, nawet autorytarne, państwa a wcześniej imperia. W krajach zachodnich uczelnie pozostają również i dziś w dużym stopniu ośrodkami krytyki dominujących relacji władzy, jednak ich polityczne znaczenie jest mniejsze niż polskich elit akademickich, które stanowią cześć dającej im dodatkową symboliczną siłę polskiej inteligencji.

Felietonista i dziennikarz Instytutu Spraw Obywatelskich, publicysta Polskiego Radia 24, tvp.info, „Gazety Polskiej” i „Gazety Polskiej Codziennie”. Pisze m.in. do miesięcznika ZNAK i Tygodnik.TVP.pl. W miesięczniku „Nowe Państwo” prowadzi rubrykę „Dziennik lektur”
socjolog i geograf społeczny, dyrektor Instytutu Studiów Społecznych im. Profesora Roberta B. Zajonca Uniwersytetu Warszawskiego. Studiował również na Uniwersytecie Amsterdamskim, a stopnie naukowe uzyskał na Uniwersytecie Śląskim oraz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Prowadził badania w szeregu ośrodków naukowych na świecie, w tym w UCLA (Los Angeles), UCL (Londyn), MGIMO (Moskwa), NIAS (Wassenaar), na uniwersytetach w Edynburgu, Lundzie czy Sztokholmie. Do jego głównych pól zainteresowania należą socjologia polityki, kultury, wiedzy oraz pamięci, a także geografia społeczno-polityczna krajów Europy Środkowej i Wschodniej ze szczególnym uwzględnieniem Polski i Rosji. Zajmował się m.in.: problematyką elit, podziałów politycznych w Polsce i innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, teorią dyskursu, koncepcjami kapitału kulturowego i społecznego.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz