Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Płynąc na Potiomkinie

Przy braku silnych instytucji pośrednich społeczeństwo nie jest w stanie skonsumować liberalizujących reform. W efekcie tego po pewnym czasie wraca okrężną drogą do despotyzmu w nowym wydaniu

Przy braku silnych instytucji pośrednich społeczeństwo nie jest w stanie skonsumować liberalizujących reform. W efekcie tego po pewnym czasie wraca okrężną drogą do despotyzmu w nowym wydaniu

Rewolucja roku 1905 była niewątpliwie preludium do lutego i października 1917. Przetoczyła się przez imperium carów tak samo jak wielki nerwowy spazm przetacza się przez cielsko konającego lewiatana. Zrodziła się z kryzysu, przegranej wojny i niedojrzałych politycznych marzeń. Powstał z niej raczej chaos niż nowy ład, wątlutkie reformy konstytucyjne nie przyniosły trwałych zmian. Duma nie potrafiła być dojrzałym parlamentem, car nie potrafił być roztropnym monarchą konstytucyjnym. Ostatecznie bolszewicy stali się niejako powrotem do unowocześnionego samodzierżawia, „czerwonego caratu”, jak to ujął metaforycznie Jan Kucharzewski. Cała Rosja zaczęła zaś przypominać symbol tamtych lat, zbuntowany pancernik czarnomorski – Potiomkin, którego załoga nie umiała tak naprawdę ani zdecydować się na rewolucję, mogącą przynieść jakościową zmianę, ani stłumić niesubordynację i wybrać lojalizm. Poniekąd Rosja nadal jest jak pogrążony w sprzecznościach olbrzymi „latający holender”, który umie na słabych portach wymusić przekazanie aprowizacji dzięki swoim działom. Nie ma już jednak przed sobą żadnych konkretnych perspektyw.

Elity bez narodu

My Polacy, myśląc o przyczynach naszej politycznej słabości, zwykle mówimy o słabości naszych elit, które w decydujących momentach nie umiały być skuteczne (być może nieco bardziej makiaweliczne) i wyjść poza warcholstwo oraz frakcyjne przepychanki. Jednocześnie jednak nie odmawiamy raczej naszym elitom dość wcześniej rozwiniętej, republikańskiej świadomości politycznej, która z czasem, i to pomimo zaborów, rozlała się szerzej, tworząc zręby świadomej polskości.

Rosyjskie elity zawsze traktowały swoich współrodaków jak kolonizowanych tubylców

Rosja miała i ma nadal problem niejako odwrotny. Jej elity zawsze były dość cyniczne i przebiegłe. Były to jednak typowe elity autokratycznego imperium, nie potrafiły doprowadzić do powstania narodowości w sensie politycznym. Zamiast niej wyprodukowały tylko podległy sobie imperialny „lud”, który zamieszkuje zresztą Rosję po dziś dzień.

Innymi słowy, rosyjskie elity zawsze traktowały swoich współrodaków jak kolonizowanych tubylców. Świetnie uchwycił to w „Zbrodni i karze” Dostojewski, we fragmencie, w którym Porfiry Pietrowicz poucza Raskolnikowa, że przecież nie może on uciec na wieś, gdyż nowocześnie rozwinięty człowiek już raczej będzie wolał pójść pod klucz niż żyć wśród takich cudzoziemców jak nasi kmiotkowie. Rosja jest więc poniekąd archetypem tak zwanych państw drapieżczych, państw w których elity swobodnie przechwytują władzę nad zwykłymi ludźmi, z którymi nie czują się trwale połączone wspólnym interesem.

Bardziej niż szukaniem nici porozumienia z ludem, elity zainteresowane są bowiem administrowaniem zasobami, inwigilowaniem mieszkańców, a w razie potrzeby łamaniem wrogów. Jeśli, na przykład, ktoś po roku 1905 realnie umocnił swoją władzę, to były to służby specjalne. W końcu to konfident carskiej Ochrany Gieorgij Gapon poprowadził w Petersburgu tłumy pod kozackie szable, podczas pamiętnej krwawej niedzieli. Zdobytych wtedy wpływów rosyjskie służby właściwie nie straciły już nigdy i skrupulatnie pomnażały je aż do roku 1917 i potem. Oczywiście zmieniały nazwy, zakładając jednak, że współpracownikiem Ochrany był sam Stalin, zachowywały też swoistą, perwersyjną ciągłość. Raz służby te uderzały w rewolucjonistów, innym razem zabijały wiernego carowi premiera. Stołypin zginął bowiem w 1911 najpewniej dlatego, że zbyt dobrze zaczęły wychodzić reformy ekonomiczne, mogące państwo zmodernizować. Słowem, co najmniej od początku dwudziestego wieku Rosja była państwem służb. I to na nich wspierała się władza władców Kremla.

Brak instytucji pośrednich

Alexisowi de Tocqueville’owi, który zmarł przeszło pół wieku przed wydarzeniami roku 1917, często wytykano, że opis rewolucji francuskiej zawarty w Dawnym ustroju i rewolucji nieco zbyt krytycznie odnosi się do stanu społeczeństwa obywatelskiego nad Sekwaną. Nawet jeśli to prawda, to i tak książka zawiera doskonały ogólny opis rewolucji w scentralizowanym państwie absolutystycznym oraz opis zagrożeń, jakie taka rewolucja ze sobą niesie. Zważywszy zaś na to, że samodzierżawie było absolutyzmem tym silniej skonsolidowanym, że niemitygowanym nawet takimi kwestiami, jak ugruntowane pojęcie własności prywatnej, można śmiało powiedzieć, że Tocqueville niejako opisał rewolucyjny okres w Rosji lepiej niż samą rewolucję francuską.

Model tocqueville’owski zasadza się na spostrzeżeniu, iż „najniebezpieczniejszą chwilą dla złego rządu bywa zwykle ta, w której zaczyna on wprowadzać reformy”. Zwłaszcza wtedy, kiedy przy braku silnych instytucji pośrednich społeczeństwo nie jest w stanie skonsumować liberalizujących reform, w efekcie czego po pewnym czasie wraca okrężną drogą do despotyzmu w nowym wydaniu. 

Duma nie potrafiła być dojrzałym parlamentem, car nie potrafił być roztropnym monarchą konstytucyjnym

Instytucje pośrednie, jak sama nazwa wskazuje, są zaś tym, co stoi pomiędzy społeczeństwem a władzą centralną. Są to dla Tocquevilla przede wszystkim lokalne rody arystokratyczne (w feudalizmie), stowarzyszenia (w tym partie), związki wyznaniowe oraz samorządy na poziomie miast i gmin wiejskich. Sekwencja wydarzeń dla Francji była według myśliciela taka, że najpierw rewolucja zniszczyła resztki i tak już osłabionych, starych instytucji feudalnych: arystokratów, samorządy i kościoły. Potem nastąpił krótkotrwały okres chaosu i eksperymentów, następnie zaś ukonstytuował się nowy jakobiński reżim. Jeszcze bardziej scentralizowany i despotyczny niż poprzedni.

Choć Dawny ustrój i rewolucja Tocqueville’a powstał już długo po klasycznym studium rosyjskiego dawnego reżimu, pióra Alstophe’a de Custine’a, to zaznaczyć należy, że już jadąc do Rosji w 1839 Custine najprawdopodobniej znał pierwszy tom O demokracji w Ameryce, w którym Tocqueville zawarł pewne elementy swojego modelu rewolucji. Co więcej, Tocqueville pisał już w 1835 roku o Rosji, jako o wielkim przyszłym adwersarzu Stanów Zjednoczonych i sugerował, że ma ona potencjał rewolucyjny. Custine wprawdzie nie cytował Tocqueville’a, jego korespondencja nie pozostawia jednak wątpliwości, że go znał. Można tylko się zastanawiać, czy to nie ta znajomość pozwoliła Custinowi napisać o zbliżającym się wybuchu w Rosji tak:
Rosjanie wrą długo zanim wybuchną, toteż choć niebezpieczeństwo rośnie z godziny na godzinę, choroba trwa, a jej kryzys wciąż się opóźnia. Może nawet nasi wnukowie nie ujrzą tego wybuchu, który już dziś możemy przepowiedzieć, jako nieunikniony, choć nie potrafimy zaznaczyć dokładnie, kiedy się to stanie.

Podróżując po Rosji Custine dostrzegł też jeszcze jedną cechę, która uzewnętrzniła się w pełnej krasie dopiero w latach 1905–1917. Chodziło o fakt, że rosyjskie elity miały silną tendencję do czegoś, co dziś bywa nazywane kseromodernizacją. Odrywały się więc od kultury ludowej i bezkrytycznie przeszczepiały zachodnie wzorce oraz koncepcje, często nie wykazując zrozumienia dla tego, jakie faktycznie treści za nimi stoją. To co Custine obserwował na polu manier i sztuki, szybko stało się regułą podczas powstawania pierwszych rosyjskich partii politycznych. Liberałowie funkcjonowali właściwie w oderwaniu od realnych poglądów i zapatrywań mieszkańców prowincji, zwłaszcza chłopów. Myśleli w abstrakcyjnych, mieszczańskich kategoriach zachodnich. Socjaldemokraci, eserowcy, anarchiści i rozmaitej maści ugrupowania pokrewne pielęgnowały zaś chęć zniszczenia dawnego ładu, uciekały się do terroryzmu i widziały w ludzie głównie tworzywo, któremu po zdobyciu władzy trzeba będzie narzucić swoją wolę.

Nie bez przyczyny w początkach wieku dwudziestego Rosję opisywano mniej więcej tak, tak jak Chiny w początkach wieku dwudziestego pierwszego

Zdaniem znawcy historii Rosji Andrzeja Andrusiewicza, paradoksalnie najbardziej demokratyczny – w sensie próby autentycznego artykułowania stanu ducha rzesz rosyjskich – był front patriotyczno-nacjonalistyczny, znany pod nazwą Czarnej Sotni. Określenie to z czasem nabrało złowrogiego wydźwięku. Pierwotnie odwoływało się jednak zupełnie dosłownie do „czarnych ludzi”, czyli ludzi ziemi. Niestety, o ile Czarna Sotnia umiała lud zrozumieć, o tyle nie potrafiła przełożyć jego głosu na język racjonalnej polityki. Energia, która mogła mieć efekt autentycznie modernizacyjny, znajdowała więc ujście w coraz częstszych, krwawych wybuchach ksenofobii i antysemityzmu.

Stąd Czarna Sotnia szybko stała się dla innych formacji politycznych synonimem zła wcielonego, a rosyjska scena polityczna podzieliła się na partie, które albo w ogóle nie umiały odgrywać roli instytucji pośrednich, albo odgrywały ją tylko częściowo, bo wysłuchawszy lud nie mogły jednak nic konkretnego dla niego uczynić. Na swój sposób z tego impasu wyszli dopiero bolszewicy w październiku 1917, nie umiejąc upolitycznić mas wrócili bowiem do modelu władzy opartej niemal wyłącznie na przemocy. Zdaniem wielu historyków bolszewizm jednak bezpowrotnie zmarnował potencjał kraju, który miał wszelkie predyspozycje ku temu, by osiągnąć status globalnego hegemona i zwielokrotnić przy okazji bogactwo swoich obywateli. Nie bez przyczyny w początkach wieku dwudziestego Rosję opisywano mniej więcej tak, jak opisywano Chiny w początkach wieku dwudziestego pierwszego.

Déjà vu

Za swoistą metaforę całego okresu 1905–1917 i jego następstw posłużyć może historia buntu na zacumowanym w Odessie pancerniku Potiomkinie, której mityczną wersję uwiecznił genialny film Siergieja Eisensteina z 1925 roku. Wspomniany już Andrusiewicz historię Potiomkina opisuje w nowo wydanym tomie szkiców o Rosji (Złoty sen), odnotowuje jednak znaczne różnice pomiędzy wizją reżysera, a faktycznymi wydarzeniami na statku. Po pierwsze, bunt nie był bezpośrednio związany ze strajkami w mieście, choć faktycznie miał podłoże polityczne i był zainicjowany przez bolszewika Afanasija Matuszenkę. Po drugie, do buntu wcale nie przystała ochoczo cała załoga, stosunkowo mała grupa sześćdziesięciu aktywistów po prostu sprawnie sterroryzowała resztę. Po trzecie, Matuszenko nie był w stanie kierować tak dużą jednostką z braku doświadczenia. Po zabiciu w strzelaninie kapitana i pięciu innych oficerów załoga musiała więc wybrać na dowódcę pewnego chorążego. Ten nie chciał zaś początkowo objąć stanowiska, by nie narażać się na sąd wojskowy, potem natomiast wykazywał się raczej kunktatorstwem niż bohaterstwem. Odmówił, na przykład, czynnego wsparcia armatami ludzi strajkujących w Odessie, nawet wtedy, kiedy krwawo tłumiono ich protesty.

Rewolucja zniszczyła resztki i tak już osłabionych, starych instytucji feudalnych: arystokratów, samorządy i kościoły. Potem nastąpił krótkotrwały okres chaosu i eksperymentów, następnie zaś ukonstytuował się nowy jakobiński reżim

Dopiero w momencie, gdy okrętowi zagroziło opanowanie przez siły lojalne rządowi, kapitan postanowił wypłynąć z portu. Następnie przez około dwa tygodnie Potiomkin trudnił się piractwem (zagarnął ładunek jednego statku handlowego, a od drugiego wymusił przekazanie węgla). Wreszcie, po krążeniu między rumuńskimi portami w Teodozji i Konstancy, gdzie groźbami wymuszał aprowizację, Potiomkin poddał się władzom Rumunii. Te zaś wydały okręt Rosji, pozwalając jednak chętnym marynarzom na emigrację. Ci, którzy wrócili, w większości mogli liczyć tylko na zsyłkę.

Między rokiem 1905 a 1917 Rosja niewątpliwie miała cień szansy na zbudowanie podwalin nowoczesnego państwa i skierowania swojej historii na inne niż dotąd tory. Szansa ta jednak minęła. Potiomkin jest pod tym względem wielowymiarowym symbolem. Gloryfikowany przez bolszewików, był w gruncie rzeczy przykładem realnej niemocy, przy wyraźnych zewnętrznych oznakach siły. Miotający się między zastraszonymi portami a depczącym mu po piętach pościgiem, mógł swoimi działami wymusić przekazanie prowiantu i węgla, ale nie mógł zmienić biegu historii. To zaiste metafora całego kraju. Rosjanie, jak bohaterowie nawiązującej do filmu Eisensteina i historii Potiomkina komedii Juliusza Machulskiego „Déjà vu”, zostali skazani na ciągłe powtarzanie tych samych gestów i sloganów. To déjà vu wciąż trwa, bez większych szans na zmianę politycznego paradygmatu.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji, doktor nauk politycznych. Pracownik Uczelni Łazarskiego. Absolwent Louisiana State University, Ośrodka Studiów Amerykańskich UW oraz Instytutu Filologii Angielskiej UAM. Stypendysta Fundacji Fulbrighta, a także członek Philadelphia Society. Autor tekstów publicystycznych i naukowych z zakresu filozofii polityki oraz politologii porównawczej.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz