Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Państwo narodowe daje wolność

Patrząc na – momentami straszne, momentami śmieszne  – deklaracje Trumpa i powolny rozpad UE być może trudno uwierzyć, że to funkcjonujące państwa narodowe są dziś ostatnim realnym gwarantem naszej wolności

Patrząc na – momentami straszne, momentami śmieszne  – deklaracje Trumpa i powolny rozpad UE być może trudno uwierzyć, że to funkcjonujące państwa narodowe są dziś ostatnim realnym gwarantem naszej wolności

Państwa narodowe walczą o swoje przetrwanie i być może nie zawsze walczą pięknie. Wiele jednak wskazuje na to, że jeśli ostatecznie upadną, to wcale nie znajdziemy się w neoliberalnej utopii czy zasobnych nowych imperiach, wrócimy raczej do hobbesowskiej wojny wszystkich ze wszystkimi. Życie stanie się znowu „paskudne, brutalne i krótkie”, nadciągną nowe wieki ciemne. Być może  w pewnym momencie tak stać się musi, życie to jednak w swej istocie unikanie śmierci, pomimo tego, że w końcu ona i tak następuje. Polityka to zaś unikanie rozpadu struktur społecznych, nawet jeśli w ostateczności jest on nieunikniony.

Liberalna utopia

Liberalizm z definicji nie lubi wszelkich zbiorowości, są one dla niego bytami fikcyjnymi, które dodatkowo mają bardzo nieprzyjemną tendencję do tłamszenia jednostek. Problem, którego często dzisiejsi neoliberałowie czy też globaliści nie dostrzegają, polega jednak na tym, że słabsze jednostki tworzą zbiorowości wcale nie po to, by opętane jakimś focaultowskim masochizmem nawzajem się gnębić, ale po to, by bronić swoich interesów przed możnymi. Od czasów starożytnych wiemy, że to ta dynamika (czyli wielu słabych, ale zorganizowanych kontra kilku potężnych, ale często skłóconych) to społeczny silnik napędzający republikanizm. W tym sensie błędem jest mówienie, że nowoczesne państwo powstało zupełnie z niczego, że zostało wymyślone np. po pokoju westfalskim. Bliższy prawdy wydaje się znany francuski filozof Pierre Manent, który twierdzi, że w politycznej dynamice Zachodu chodzi raczej o ciągłe przepracowywanie, poszerzanie i modyfikowanie klasycznej idei polis. Polis to zaś ciało polityczne, w którym zarówno możni (aristoi), jak i masy (demos) mogą wejść w sensowny polityczny dialog, ścierać się, unikając jednak wojny domowej.

Oczywiście warunkiem koniecznym stworzenia takiej dynamiki jest jakaś spajająca wielu, zwłaszcza słabszych, tożsamość, i to tożsamość oparta na elementach nie w pełni racjonalnych, często symbolicznych. Bez tych elementów polis nie ma sensu. Bez nich demos się nie zorganizuje, a ci, którzy będą ludźmi rządzić nie będą w efekcie przez demos kontrolowani, a więc zgodnie z regułą Lorda Actona ich władza ulegnie wynaturzeniu. Zamiast polis możliwe będzie tylko imperium, to znaczy obszar arbitralnej władzy, jaką oligarchia sprawuje nad niezorganizowaną tłuszczą. Dziś myśląc o tym, do którego modelu bliżej UE, można się na przykład zastanawiać: czy istnieje ludowa tożsamość na szczeblu europejskim? By pomóc sobie w odpowiedzi na tak postawione pytanie, można też zapytać: czy mamy europejskie, a nie niemieckie, włoskie lub hiszpańskie drużyny piłkarskie? Czy chodzimy do restauracji włoskich i francuskich, czy może europejskich? Czy umiemy wymienić nazwy partii działających na narodowej scenie politycznej? Czy potrafimy z taką samą łatwością wymienić nazwy partii politycznych działających w europarlamencie? Ile znamy paneuropejskich związków zawodowych?

Wbrew pozorom odpowiedzi na te pytania nie zawsze są oczywiste. Jakieś europejskie identyfikacje jednak istnieją. Za sto lat, bo tyle co najmniej potrwać musiałoby jeszcze budowanie trwałej tożsamości typu narodowego, może coś z tego wyniknie. Jeśli jednak zapytać o podobne identyfikacje na szczeblu globalnym, to poza „lajkami” pod filmikami z koreańskim piosenkarzem i polskim psem-tarantulą nie znajdziemy żadnych dowodów na istnienie globalnej tożsamości. Nie będziemy więc mieli podstaw do tego, by sądzić, że państwo światowe może być nawet i za dwieście lat czymś innym niż globalną tyranią lub fikcją literacką.

Warunkiem koniecznym stworzenia takiej dynamiki jest jakaś spajająca wielu, zwłaszcza słabszych, tożsamość, i to tożsamość oparta na elementach nie w pełni racjonalnych, często symbolicznych

Współcześni neoliberałowie i socjaldemokraci, którzy ewoluują  jednak w kierunku „światłych” globalistów, nie przyjmują tego do wiadomości. Sławomir Sierakowski ubolewa więc w swoim artykule dla „Project Syndicate”, że ostatnią ideologią, która przetrwała kryzys wielkich narracji jest nacjonalizm. Tłumaczy też zupełnie otwarcie w anglojęzycznym tekście, że celem bezprawnego protestu opozycji w polskim parlamencie jest sprowokowanie rządu, by ustąpił albo sięgnął po przemoc. Cóż, ta pewność swojej wyższości moralnej jest chyba wystarczającym dowodem na to, że poza nacjonalizmem na placu boju trwa jeszcze jedna ideologia. W spotworniałej (niestety) formie przetrwał także liberalizm. Od fazy klasycznej poprzez fazę neoliberalną przeszedł w fazę doktrynalną, czyli globalistyczną. W efekcie, choć kiedyś bronił umiarkowania i walczył z utopiami, dziś zbudował własną wizję nowego wspaniałego świata, równie bezsensowną i nieludzką co poprzednie.

Właśnie widzimy, jak po bezmyślnej próbie implementacji tej ideologii następuje niekontrolowany rozpad ładu światowego. Tymczasem coraz częściej odsuwani od władzy globaliści, zamiast przemyśleć zasadność swoich pozycji i słuszność programów, uderzają na oślep, stają się anarchistyczni i antypaństwowi. Jak do tego doszło? Jak to się stało, że obrońcy wolności i prawa są w pewnych okolicznościach gotowi bronić despotyzmu, np. despotyzmu Komisji Europejskiej czy sądów arbitrażowych, i anarchii, np. poprzez blokowanie mównicy w parlamencie lub namawianie elektorów do podważenia wyników wyborów w USA? 

Są oni najwyraźniej prawdziwymi dziećmi heglowskiego „snu”, którego współczesną treść najtrafniej sformułował w 1989 Francis Fukuyama, mówiąc o dążeniu do stworzeniu uniwersalnego, homogenicznego państwa globalnego. Dziś zaślepieni globaliści nie widzą obiektywnych przyczyn niezadowolenia obywateli, nie rozumieją też tożsamości, których obywatele chcą bronić. Dla nich to tylko wymysły. Z ich punktu widzenia historia ma jasny cel. Wszystko, co staje na drodze tego procesu, to dla nich świadomość fałszywa, obiektywne, niemal mistyczne zło, Belzebub, którego poseł PO dodał omyłkowo do orszaku trzech króli. Nawet jeśli nie wszyscy obrońcy liberalnej utopii rozumują w ten sposób (trudno np. podejrzewać pana Petru o rozumowanie), to taka właśnie wydaje się obiektywna filozoficzna racjonalność neoliberalnego ancien régime’u. Reżim, jak to zauważył już Richelieu, ma zaś zawsze swoje racje.

Kontrruch

Oczywiście na zarzuty utopizmu niemal wszyscy ideolodzy reagują poprzez przedstawienie swojej utopii jako historycznej konieczności, którą oni akurat lepiej rozpoznają od plebsu. Rewolucja proletariacka jest nieunikniona, od wojny ras nie ma ucieczki itp., itd. Prawda jest jednak taka, że ideologie polityczne są zwykle narzędziem władzy, za pomocą którego elity naginają do pewnego stopnia naturę swoich poddanych. Dziś globalna ideologia mówi nam wciąż przede wszystkim o byciu elastycznym i otwartym na zmiany oraz różnorodność. Coraz częściej zderza się ona jednak z kontrideologiami, często prokurowanymi i wspieranymi przez obywateli przeciętnych, siadających po godzinach pracy do swoich komputerów. Te kontrideologie mówią zaś zgoła coś innego. Jak amerykański portal Breitbart News, skupiają się raczej na tożsamości i potrzebie stabilizacji zawodowej, rodzinnej czy finansowej.

Dziś zaślepieni globaliści nie widzą obiektywnych przyczyn niezadowolenia obywateli, nie rozumieją też tożsamości, których obywatele chcą bronić

Oto mamy modelowy przykład tego, co Karl Polanyi nazywa kontrruchem. Istoty żywe w ograniczonym czasie mogą się zaadaptować tylko do ograniczonego tempa zmian środowiska. Potem starają się atakować lub uciekać zupełnie na oślep, nie myśląc o konsekwencjach. Zdaniem Polanyi’ego ostatnia taka ucieczka to właśnie mechanizm, który doprowadził między innymi do dwóch wojen światowych. Jeśli więc państwo narodowe dziś nie zawsze wydaje nam się ostoją wolności, jeśli przeraża nas wieczny stan wyjątkowy we Francji, próby ograniczania praw Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii, cyberinwigilacja w USA czy też zapisy polskiej ustawy antyterrorystycznej, to dzieje się tak właśnie dlatego, że nowy kontrruch już następuje. Ludzie przerażeni ekonomicznymi, kulturowymi i społecznymi skutkami globalizacji okopują się za narodowymi murami i strzelają zza obwarowań bez celowania. Politycy muszą im zaś częściowo ulegać. Państwo narodowe jest w efekcie jak pacjent, który ma gorączkę. Problemem jest jednak nie tyle sama temperatura, co wywołana powszechną epidemią choroba, której gorączka jest li tylko objawem. 

To też jest jednak czymś, co nie mieści się w niektórych głowach.  Standardowy neoliberalny opis wojen, totalitaryzmów i rewolucji minionego wieku to raczej zaprawiona swoistą metafizyką demonologia niż próba zrozumienia realnych procesów historycznych i unikania politycznych katastrof w przyszłości. Podobnie jest obecnie. Zdaniem licznych komentatorów Brexit nastąpił, ponieważ  Brytyjczycy są głupi, a Trump wygrał, bo kłamał podczas kampanii. Kiedy zaś taka narracja wydaje się niewystarczająca, można zawsze uciec się do „panputinizmu”. W myśl tej teorii ludzie wcale nie popierają Trumpa, AfD czy Geerta Wildersa z PVV, wszystko to jedna wielka manipulacja Władimira Putina. Putin manipuluje zaś, bo jest zły. I tyle. To, że nawet ewidentne rosyjskie manipulacje mogły być skuteczne tylko wtedy, kiedy trafiły na podatny grunt, jest zaś argumentem dla wyznawców „panpuntinizmu” zupełnie nieistotnym.

Nowe wieki mroczne

Oczywiście nie wszyscy ideolodzy czy też teoretycy globalizmu myślą tylko w kategoriach twardego heglizmu-fukuyamizmu. Na tle mrocznych politruków pokroju Sierakowskiego pozytywnie wyróżnia się, na przykład, pochodzący z Polski prof. Jan Zielonka. Dostrzegając kryzys państw narodowych i równocześnie kryzys instytucji ponadnarodowych, takich jak UE, Zielonka wieszczy bowiem nowe średniowiecze. W odróżnieniu od Lecha Jęczmyka czy też autora tego tekstu, widzi  jednak w neofeudalizacji wyjście pozytywne, dające współczesnym społeczeństwom zadowalające obszary swobód i perspektywy rozwoju.

Standardowy neoliberalny opis wojen, totalitaryzmów i rewolucji minionego wieku to raczej zaprawiona swoistą metafizyką demonologia niż próba zrozumienia realnych procesów historycznych i unikania politycznych katastrof w przyszłości

Takie podejście jest co najmniej perwersyjne. Choć bowiem Zielonka nie mija się z prawdą, jeśli chodzi o diagnozę, to normatywnie jego recepty wydają się, mówiąc wprost,  ocierać o apologię władzy głupiej, gnuśnej i brutalnej. Zielonka nie jest na przykład w stanie wytłumaczyć, jak w warunkach kryzysu państw i konfederacji państwowych obywatele będą dochodzić swoich praw. W „Końcu Unii Europejskiej” pisze jedynie rzecz następującą: „(…) w neośredniowiecznej Europie władza będzie zdekoncentrowana, rozproszona i podzielona. Zmaleje potrzeba tworzenia i utrzymywania specjalnych mechanizmów, służących stosowaniu wobec centrum zasady hamulców i równowagi, ponieważ nie będzie wyraźnie określonego hierarchicznego centrum… Odpowiedzialność można egzekwować różnymi sposobami. Złożone sieci na ogół wymykają się formalnemu badaniu przez parlament, natomiast podlegają rozmaitym nieformalnym mechanizmom sterowania, w mniejszym stopniu dostępnym w systemach hierarchicznych. Sieci zazwyczaj obserwują się nawzajem i rozpowszechniają informacje o nadużyciu władzy. Podlegają też jak wszyscy obserwacji przez media i organizacje pozarządowe”.

Obserwujące się sieci niewątpliwie tak działają, ale tylko w miękkich, uznaniowych kontekstach, nie zaś w przypadku egzystencjalnego konfliktu interesów, kiedy ktoś wpływowy gotów jest pogwałcić czyjeś prawa bez względu na konsekwencje wizerunkowe. Kiedy na przykład nie jestem zadowolony z produktu, który kupiłem w sklepie internetowym lub z restauracji, do której wpadłem, to wystawiam sprzedawcy bądź restauratorowi negatywną opinię. W odpowiedzi coraz częściej zdarza się zaś, że restaurator proponuje zniżkę na następny posiłek, a sprzedawca godzi się wymienić produkt, bylebym usunął niepochlebny komentarz. Co jednak mają powiedzieć tysiące często starych i niezamożnych ludzi, których handlarze roszczeń, czyściciele kamienic i bezmyślne lub skorumpowane sądy wyrzucały z ich domów? Jakie „obserwujące sieci” zmuszą oszusta do zwrotu nieruchomości wartej kilkanaście milionów złotych? Czy w nowym średniowieczu sieciowa sprawiedliwość będzie więc służyć tylko do tego, by maluczcy dogadywali się między sobą, a silni pozostawali bezkarni?

Zielonka sugeruje też, że „przedsiębiorcy gospodarczy i polityczni” będą się dogadywać, by sieciowo i pozapaństwowo budować ochronę zdrowia oraz politykę społeczną. Na razie jednak taki optymizm nie znajduje żadnego pokrycia w faktach. Bez państwowego nadzoru „polityka społeczna” i „ochrona zdrowia” dostarczane są tylko wybiórczo lub jedynie w sytuacjach absolutnie kryzysowych. Można nie dowierzać obietnicom ZUS i NFZ. Tylko że w świecie Zielonki, zamiast dostawać „głodową” emeryturę, pozbawiony pokaźnych oszczędności obywatel mógłby co najwyżej liczyć na to, że w sytuacji realnego głodu pomoże mu UNICEF, a w sytuacji epidemii zgłoszą się do niego Lekarze bez Granic. Obsługiwane przez „sieci” akurat w takim zakresie, by nie umrzeć z głodu i nie stracić życia, całe sektory społeczeństwa zaczęłyby realnie żyć w Trzecim Świecie, nawet gdyby faktycznie wciąż mieszkały we Francji, Niemczech i Polsce. To zresztą zastanawiające, że z już „neośredniowiecznej” Afryki ludzie wolą uciekać do europejskich, rzekomo gnijących i walących się państw narodowych. W drugą stronę uciekają zaś jedynie osobniki pokroju ujętego na Malcie Kajetana Poznańskiego. Podobnież nieśredniowieczna, zoligarchizowana i zarządzana przez międzynarodową kadrę menadżerską Ukraina raczej wysyła imigrantów w świat, niż przyjmuje przybyszów. Czyżby nowe średniowiecze to w wersji „soft” – jedna wielka Ukraina, a w wersji „hard” – wielka Somalia?

Zielonka sugeruje, że „przedsiębiorcy gospodarczy i polityczni” będą się dogadywać, by sieciowo i pozapaństwowo budować ochronę zdrowia oraz politykę społeczną

Jakże łatwo wielu intelektualistów zapomina o tym, że państwo narodowe i stojące za nim tożsamości nigdy nie miały nikogo zniewalać. Już Machiavelli, uznawany za teoretyka nowoczesnego państwa, pisał, że sprawnie zorganizowane stato ma raczej wyzwalać. Przede wszystkim od kaprysów „fortuny”, sprawiać, że nie boimy się już tak bardzo kataklizmów, głodu i wojny. Nie musimy „elastycznie” dostosowywać się do każdej powodzi po wiosennych roztopach i wybuchu epidemii po letnich upałach. Dopiero nie bojąc się o byt, możemy zaś zasiąść do polityki, wchodzić w spory i szukać rozwiązań kolektywnych problemów. Pamiętając jednak, że to państwo jest dobrem wspólnym, które nas obywateli chroni. Czyżbyśmy dziś już o tym zapominali? Czy nie zapominają o tym sami globaliści, którzy chociażby pauperyzując klasę średnią podcinają gałąź, na której sami siedzą?

W stronę republikańskich rozwiązań

Świat raczej nie potrzebuje dziś ani nowego średniowiecza w wydaniu Jana Zielonki, ani uniwersalnego homogenicznego państwa globalnego. Prosty powrót do zupełnie niewspółpracujących ze sobą i autonomicznych państw narodowych też nie jest chyba już jednak możliwy. Potrzeba raczej rozwiązań republikańskich. Republikanizm ma zaś to do siebie, że nigdy nie unieważnia dawnych tożsamości, by stworzyć  „nowego człowieka” i nowy ład społeczny, co najwyżej dobudowuje nowe szczeble nad ładem już istniejącym. Greckie polis, nieco wbrew idealistycznej wizji Platona, nie zasadzało się na unieważnieniu rodzin, a nawet klanów czy plemion. Państwo narodowe także zachowywało wewnątrz siebie rozmaite tożsamości. Zaś jeśli próbowało je gwałtownie tłamsić, tak jak czynili to kilka razy w swojej historii Niemcy, to za takie tłamszenie płaciło zwykle słoną cenę.

Można tu też sięgnąć po historyczną analogię Stanów Zjednoczonych, które powstały jako dialektyczny rezultat sporu pomiędzy federalizmem i antyfederalizmem. Gdyby stworzyć po prostu kolejne scentralizowane państwo, z prezydentem przypominającym absolutnego monarchę, tak jak chciał Hamilton, zapewne zamiast USA mielibyśmy dziś niestabilnego, skorumpowanego kolosa na kształt Brazylii. Gdyby posłuchać Patricka Henry’ego i jego „give me liberty or give me death” („dajcie mi wolność lub śmierć”), mielibyśmy jedynie zbieraninę skłóconych kraików. A przecież pomimo psucia przez rozmaitych centralizatorów w Ameryce Północnej wciąż mamy prawdziwą federację. Poszczególne stany zachowują swoje lokalne elity i prawa.

Spór pomiędzy lokalistami i globalistami może świat zniszczyć, ale może też wytworzyć nową republikańską jakość

Dziś UE, a jutro pewnie cały świat, staje przed podobnym dylematem. Jak sprawić, by ojczyzny różnych ludzi umiały porozumieć się w kluczowych sprawach? Mówiąc krótko, spór pomiędzy lokalistami i globalistami może świat zniszczyć, ale może też wytworzyć nową republikańską jakość. Jak dokładnie miałoby wyglądać pogodzenie państw narodowych z szerszą solidarnością trudno na razie powiedzieć. Choć już w przypadku UE można się pokusić o pewne ramowe propozycje.

Wydaje się jednak, że cokolwiek by nie robić, to najgorszym, możliwym pomysłem jest niszczenie i kontestowanie dawnych tożsamości w imię nowego, nieznanego ładu. Jest to bowiem swoiste wchodzenie w buty rewolucji bolszewickiej. Rewolucji, która wcale nie przezwyciężyła imperium carskiego, stworzyła tylko jego nową wersję. Nastąpiło to, bo tak pomyślana przemiana doprowadziła do anarchii, anarchia domagała się zaś władzy. Jedynym dostępnym modelem władzy był z kolei ten, który dopiero co został obalony.

Podobnie dziś, majstrowanie przy tożsamościach narodowych będzie miało dokładnie odwrotny skutek do zamierzonego. Próby otwarcia granic dla wszelkich przybyszów, zniesienia jakichkolwiek barier handlowych i oddanie funkcji regulacyjnych ponadnarodowym ciałom tworzyć będą rosnący chaos i niepewność. Wtedy zaś zamiast uciekać od tożsamości narodowych ludzie do nich wrócą. Wrócą jednak w panice, bez republikańskiego namysłu oraz umiarkowania. I często z nożem w zębach.

Stały współpracownik Nowej Konfederacji, doktor nauk politycznych. Pracownik Uczelni Łazarskiego. Absolwent Louisiana State University, Ośrodka Studiów Amerykańskich UW oraz Instytutu Filologii Angielskiej UAM. Stypendysta Fundacji Fulbrighta, a także członek Philadelphia Society. Autor tekstów publicystycznych i naukowych z zakresu filozofii polityki oraz politologii porównawczej.

Komentarze

3 odpowiedzi na “Państwo narodowe daje wolność”

  1. M. pisze:

    Zastanawiam się tylko nad jednym czy można mieć pewność że państwo nie upadnie nie zbankrutuje pod naporem świadczeń socjalnych starzejącego się społeczeństwa zbyt niskich nakładów na służbę zdrowia. Istnieje też możliwość że przybysze którzy przybyli w zbyt dużej ilości do raju nie okażą wdzięczności gospodarzom. Jednym słowem zamiast globalizmu cofniemy się do jakiejś ery regionów, które będą się separowały od biedy i innych nieszczęść.

  2. adam pisze:

    ciekawy tekst,nie podoba mi się jedynie ten fragment – “Rewolucji, która wcale nie przezwyciężyła imperium carskiego, stworzyła tylko jego nową wersję. ” carska rosja była państwem prawa,bolszewia natomiast była jednym wielkim obozem koncentracyjnym,gdzie społeczeństwo poddane było destrukcji fizycznej i moralnej.

  3. Joanna K. pisze:

    W kwestii definicji bolszewizmu, który trzyma się świetnie w wielu dziedzinach życia, także w Polsce – polecam lekturę J. Mackiewicza, całą także tą ukrywaną dotad przez Ninę Karsov Szechter spowinowaconą z Addamem.
    Nowa Konfederacja? a co to takiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz