Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Nadchodzi polityczne trzęsienie ziemi w miastach?

Wkrótce o preferencjach wyborczych polskich mieszczan decydować może zupełnie inny zestaw czynników niż do tej pory

Wkrótce o preferencjach wyborczych polskich mieszczan decydować może zupełnie inny zestaw czynników niż do tej pory

Interesującą prawidłowością, którą można zaobserwować w wielu krajach, jest to, że mieszkańcy dużych miast w większym stopniu niż mieszkańcy małych miejscowości skłonni są popierać partie polityczne o profilu prosocjalnym. Co równie interesujące, prawidłowości tej nie zauważamy jak dotąd w Polsce, gdzie elektorat wielkomiejski stanowi najliczniejsze zaplecze partii postrzeganej jako najbardziej spośród ugrupowań głównego nurtu liberalna w kwestiach gospodarczych.

Spróbujmy się zatem zastanowić, dlaczego wyborcy miejscy w innych krajach częściej wybierają opcję prosocjalną, dlaczego w Polsce tak nie jest i czy taki stan będzie się utrzymywać w przyszłości.

Globalna prawidłowość

Prawdopodobnie najlepiej znany przykład kraju, gdzie preferencje polityczne dużych miast i prowincji są wyraziście zróżnicowane, to Stany Zjednoczone. Wynika to zapewne – przynajmniej po części – z modelowej wręcz dwubiegunowości amerykańskiej sceny politycznej, na której funkcję partii konserwatywnej i wolnorynkowej pełnią republikanie, demokraci zaś są partią o profilu bardziej prosocjalnym i liberalnym w sferze obyczajowej.

Rezultaty wyborów dobrze odzwierciedlają rozkład preferencji na mapie: podczas gdy poparcie dla demokratów jest znacznie wyższe w dużych miastach, republikanie wygrywają na prowincji. Przedmieścia, stanowiące w USA niebagatelną część elektoratu, i przez to będące języczkiem u wagi, są podzielone. Te, które mają bardziej miejski charakter (większa gęstość zabudowy, dużo ludności napływowej), głosują tak jak miasta. Pokuszono się nawet o wyznaczenie progu, powyżej którego dany obszar z czerwonego (republikańskiego) staje się niebieski (demokratyczny): wyszło około 800 osób na milę kwadratową, czyli około 300 osób na kilometr kwadratowy.

Podobne zróżnicowanie (choć nie tak klarowne, ze względu na rozbicie głównego nurtu na kilka partii) widoczne jest w Niemczech. Partie mają tam swoje tradycyjnie silne bastiony regionalne, jak np. bawarska chadecja (CSU) czy postkomunistyczna lewica (Die Linke) w landach wschodnich. Tym niemniej także w przypadku Niemiec widać, że opcja prosocjalna, czyli socjaldemokraci (SPD) czy zieloni, cieszy się relatywnie większym poparciem w dużych miastach, natomiast bardziej wolnorynkowa – choć podkradająca też elektorat rywalom – i jednocześnie obyczajowo konserwatywna chadecja (CDU/CSU) wygrywa na prowincji.

Polski wyjątek

W tym miejscu dochodzimy do polskiego paradoksu. Wyborcy z dużych miast niezmiennie większym poparciem obdarzają wolnorynkową PO niż prosocjalne PiS, z wyjątkiem niektórych ośrodków w Polsce wschodniej i południowej, a także starych miast przemysłowych, w których tradycyjnie silne jest SLD. Część wielkomiejskich wyborców PO wychodzi zapewne z założenia, że Polska to wciąż kraj na dorobku, wobec czego lepiej wybrać partię sprzyjającą inwestycjom (za jaką uchodzi Platforma), niż taką, która w ich opinii zajmie się głównie redystrybucją. Niektórzy z kolei wybierają PO jako partię bliższą im pod względem światopoglądu, mimo że jej program niekoniecznie odpowiada ich postrzeganiu relacji państwo–rynek.

Dla wyjaśnienia powyższego paradoksu można się odwołać do teorii „wykorzenienia”, która wskazuje na oderwanie od tradycji oraz brak silnych więzi wspólnotowych wśród mieszkańców dużych miast, którzy wędrując w poszukiwaniu pracy, utracili związek ze swoimi środowiskami. Z tego względu, jak mówi teoria wykorzenienia, są oni bardziej liberalni w kwestiach obyczajowych. Do teorii tej nawiązuje w swoisty sposób, używane z reguły w ironicznym kontekście, pojęcie „młodych, wykształconych, z dużych ośrodków”, którzy – jak wskazują krytycy tego zjawiska – po przybyciu do miasta zatracają swoją tożsamość. Z teorią wykorzenienia nie będę w tym miejscu podejmować szerszej dyskusji, zgadzając się, że kwestie światopoglądowe są istotnym czynnikiem rzutującym na preferencje wyborcze. Czy jednak jedynym? Problem ma jeszcze inny istotny wymiar, który ten sposób rozumowania pomija. Co więcej, postawiłbym tezę, że o ile dotąd mieszkańcy polskich miast w swoich wyborach stawiali na partię, którą postrzegali jako mniej „tradycyjną”, o tyle w przyszłości o ich preferencjach decydować może zupełnie inny zestaw czynników.

PO, mimo że święci triumfy w miastach, raczej nie może być uznana za wymarzoną partię wielkomiejskiego elektoratu

W tym miejscu wyjaśnię, że konsekwentne nieużywanie od początku tego tekstu pojęć „lewica” oraz „prawica” to zabieg świadomy. To, co zwykliśmy w potocznym języku ujmować w kategoriach „lewicowości” oraz „prawicowości”, składa się bowiem z dwóch odrębnych wymiarów, które scharakteryzować można poprzez relację państwo–rynek oraz relację do tradycyjnych wartości. Jest faktem, że osie podziału często pokrywają się ze sobą i że partie bardziej prosocjalne są jednocześnie bardziej liberalne w sprawach obyczajowych, jak pokazuje chociażby przytoczony powyżej przykład demokratów w USA. Nie zawsze jednak podział ten jest tak jednoznaczny, a w przypadku polskiej sceny politycznej osie podziału przebiegają wręcz w poprzek. Spośród dwóch dominujących od lat partii, ta, która głosi postulaty wolnorynkowe (zaznaczmy, że nieraz mało konsekwentnie realizowane podczas ośmioletnich rządów), jest zarazem partią bardziej liberalną obyczajowo. Główna partia opozycyjna opowiada się tymczasem za większym interwencjonizmem państwa i osłonami socjalnymi, a jednocześnie deklaruje przywiązanie do tradycji. Kwestię, która z głównych partii i w jakim stopniu była rzeczywiście gospodarczo liberalna czy też prosocjalna, pozostawiam na osobną dyskusję. Faktem jest jednak, że w ciągu ostatnich kilku lat elektorat popierający większą wolność gospodarczą skłaniał się raczej ku PO, bardziej prosocjalny natomiast ku PiS, co przełożyło się na taki a nie inny obraz obydwu partii w powszechnym odbiorze.

Mieszczańskie motywacje

Zatem – wracając do postawionego pytania – co skłania wyborców miejskich w krajach od dawna zurbanizowanych, takich jak USA czy Niemcy, do popierania partii o profilu prosocjalnym? Wskazałbym w tym miejscu na wyjaśnienie, które określić można mianem teorii współzależności. Mianowicie, mieszkańcy miast w większym stopniu niż mieszkańcy obszarów wiejskich zależą w swoim codziennym życiu od siebie nawzajem, a mówiąc ściśle, od społeczeństwa wykraczającego zasięgiem poza najbliższy rodzinny krąg. Mieszkańcy miast codziennie wchodzą w interakcje ze swoimi współmieszkańcami. Interakcje te dokonują się w przestrzeni publicznej, w środkach transportu publicznego, którymi dojeżdżają do pracy lub szkoły. Ich jakość zależy zatem od odpowiedniej podaży dóbr publicznych – ktoś musi zadbać o odpowiednią organizację ruchu ulicznego, przewozów, o porządek na ulicach i bezpieczeństwo w parkach. Nie twierdzę bynajmniej, że dla mieszkańców wsi kwestie te są bez znaczenia, lecz uważam, że relatywnie istotniejsze są dla mieszkańców miast.

Przechodząc do konkluzji – skoro zatem mieszkańcy miast oczekują podaży dóbr publicznych na odpowiednim (wysokim) poziomie, to kwestia ta w istotnym stopniu powinna wpływać na ich polityczne wybory, przynajmniej na szczeblu lokalnym. Mówiąc obrazowo, mieszkańcy miast częściej będą mówić politykom: „zajmijcie się tym, po to was wybraliśmy”, niż „zostawcie to nam, nie ingerujcie w nasze sprawy”. A to oznacza większe pole do działania dla partii, które w swoim programie akcentują elementy prosocjalne. W warunkach polskich poletko to, jak pokazują doświadczenia, jest w dużym stopniu niezagospodarowane.

PO bowiem, mimo że święci triumfy w miastach, raczej nie może być uznana za wymarzoną partię wielkomiejskiego elektoratu, który chętnie widziałby więcej budownictwa mieszkaniowego w niższych cenach zamiast „wolnej amerykanki” dla deweloperów, czy też ustalenie rozsądnych zasad w dopuszczaniu budowy wielkopowierzchniowych centrów handlowych. Na te postulaty bardziej dogmatyczni działacze Platformy zwykli odpowiadać argumentem o szkodliwości ograniczania wolnego rynku, ci bardziej pragmatyczni natomiast problem dostrzegali, ale nie znajdowało to przełożenia na szerzej zakrojone działania. Dla sprawiedliwości dodajmy, że także PiS w dziedzinie tworzenia przekonującego programu dla miast nie może jak dotąd pochwalić się większymi sukcesami.

Potrzebne jest wejście polityki miejskiej do mainstreamu, w którym jak dotąd nie zdołała się znaleźć

Powstała zatem pewna nisza, w której wykiełkował fenomen ruchów miejskich. Te spontanicznie tworzące się w wielu miastach inicjatywy rytualnie odżegnywały się od konotacji „politycznych”, a zwłaszcza od tak zwanej wielkiej polityki, postrzeganej głównie w kategoriach sporów społeczno-etycznych. Koncentrowały się natomiast na sprawach istotnych dla wielu mieszkańców miast, zwłaszcza przedstawicieli klasy średniej oraz osób najuboższych, niezależnie od ich zapatrywań ideowych. Katalog tych spraw okazuje się bardzo szeroki: bezpieczeństwo, planowanie przestrzenne, budownictwo mieszkaniowe, odnowa zdegradowanych obszarów, handel wielkopowierzchniowy, szkolnictwo, transport publiczny, ochrona środowiska, gospodarka finansowa. Celnie punktując urzędujące władze, ruchom miejskim udało się niejednokrotnie odnieść sukces w wyborach lokalnych. Przykładowo, w Gorzowie Wielkopolskim kandydat ruchu miejskiego objął urząd prezydenta, w Poznaniu zaś w ostatnich wyborach zwyciężył Jacek Jaśkowiak, startujący z poparciem PO, który w czasie poprzedniej elekcji był kandydatem lokalnego stowarzyszenia.

Nie do zatrzymania

Utrzymywanie się na dłuższą metę obecnego stanu, w którym tematy miejskie (jako ich roboczą, nieostateczną definicję przyjmijmy katalog spraw podjętych przez ruchy miejskie, plus kwestie metropolitalne) podejmowane są przez główne partie dość okazjonalnie, nie byłoby pożądane ani dla miast, ani dla Polski, ani też dla samych partii. Jakkolwiek mocno bowiem przywiązani jesteśmy w Polsce do idyllicznej „wsi spokojnej, wsi wesołej”, stajemy się w coraz większym stopniu krajem miejskim (oraz podmiejskim, a konsekwencje z tego wypływające mogłyby być tematem osobnego tekstu). Potrzebne jest zatem wejście polityki miejskiej do mainstreamu, w którym jak dotąd nie zdołała się znaleźć. Nie chodzi tu przy tym o kierowanie jakichś wielkich funduszy publicznych na pomoc dla miast, które w większości takiej pomocy nie wymagają. Chodzi przede wszystkim o zrozumienie specyfiki rozwoju miast i stworzenie odpowiednich regulacji.

Reasumując, doświadczenia ostatnich lat pokazują, że w miastach rośnie w siłę elektorat przekonany o tym, że liberalne recepty nie są lekarstwem na wszystko, a w szczególności nie sprawdzają się w odniesieniu do wielu problemów występujących na poziomie lokalnym. Od partii zależeć będzie w dużym stopniu to, czy i w jaki sposób potencjał ten zostanie zagospodarowany. Jak dotąd można było chwilami odnieść wrażenie, że PiS traktował miasta jak ziemię, której i tak nie uda się podbić, dla PO natomiast były one jak rodzaj lenna, które się jej po prostu należy.

Nie oznacza to jednak, że obywatele będą się działaniom partii bezczynnie przyglądać. Proces wzmożenia aktywności obywatelskiej, którego przejawem jest m.in. powstanie ruchów miejskich, został zapoczątkowany i choć może nie przyciąga już takiej uwagi, jak jakiś czas temu, nie da się go zatrzymać.

Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, ekspert ds. urbanistyki, geograf miasta, adiunkt na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. W pracy badawczej zajmuje się przekształceniami obszarów zurbanizowanych, a w szczególności kwestiami takimi jak mieszkalnictwo, transport czy programy miejskie. Był stypendystą Deutsche Bundesstiftung Umwelt w Centrum Badań nad Środowiskiem im. Helmholtza w Lipsku oraz Gran Sasso Science Institute w L’Aquili (Włochy). Autor artykułów w renomowanych periodykach z zakresu studiów miejskich. Wkrótce ukaże się jego książka dotycząca polityki miejskiej w Niemczech. Ma żonę i dwójkę dzieci.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Nadchodzi polityczne trzęsienie ziemi w miastach?”

  1. mzakrzewski pisze:

    Jeden drobiazg. Żelazny elektorat beneficjentów tysięcy etatów urzędniczych oraz ich klienteli. To bardzo dobrze wykorzystuje PSL w lokalnych samorządach. Namnożyło etatów. Zatrudnieni ludzie i ich bliscy zrobią wiele aby nie stracić beneficjów. Podobnie jak powiązani z nimi ludzie interesów. Doskonale to widać w stolicy, gdzie za PO powstało mnóstwo urzędniczych etatów Ludzie ci długo przed wyborami pracują na sukces p. prezydent HGW. W dzielnicach troche to trzeszczy ale też widać, że jeden układ jest zastępowany kolejnymi.A obywatele? Najmniejszy problem.

  2. Maciej pisze:

    Cała analiza jest błędna, gdyż nie bierze pod uwagę faktów, tylko hasła. PiS, przedstawiany tutaj jako pro-socjalny – obniżał podatki. Prowadził zatem politykę liberalną. Platforma, przedstawiana tutaj jako partia liberalna – podnosi podatki.

    PO postępuje zatem wbrew głoszonym hasłom, zaś znaczna część elektoratu głosuje irracjonalnie – wbrew własnym interesom, kierując się idiotycznymi przesłankami, na podstawie propagandy w mediach. Analiza, która tego zjawiska nie uwzględnia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz