Newsletter

Monster Kuroń

Bikont i Łuczywo zostawiają nas z obrazem człowieka nieprzeciętnego. Lidera, który patologiczne cechy swego charakteru przerabiał na niezwykłe paliwo

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Książka przedziwna, ale też przedziwna jest relacja, jaka łączyła autorki – Annę Bikont i Helenę Łuczywo – z bohaterem opowieści, Jackiem Kuroniem. Przedziwny jest też obecny czas, czas życiowych podsumowań, gdy wietrzeje kreowana dla propagandowego użytku legenda tego polityka i nadchodzi moment konfrontacji z prawdą.

Bikont i Łuczywo, w latach osiemdziesiątych fantastyczne dziewczyny z podziemnej „Solidarności”, zapatrzone w swych liderów, namiętnie oddane Sprawie, oddychające legendą Jacka i Adama, ofiarne niczym zapatrzone w proroków niewiasty, skrywające przed światem swe wątpliwości oraz wiedzę o niecnych postępkach swych mistrzów, przystępują teraz do trudnej operacji opowiedzenia na nowo, kim był Jacek.

Opowiedzenia innym, ale i opowiedzenia sobie, bo przecież to on – dynamiczny, zachłanny, zmysłowy, wespół ze swym wychowankiem, a od pewnego momentu też opiekunem bardzo stanowczo i konsekwentnie pielęgnującym legendę swego mistrza – Adasiem Michnikiem, był dla dziewczyn z „Solidarności” punktem oparcia, gwarantem słuszności, szefem, męczącym przewodnikiem domagającym się bezwzględnego oddania, uległości, dyspozycyjności.

Więc pisząc o nim, dotykają także swego życia, świadome, że przecież bez Jacka, bez spełniania jego apodyktycznych żądań, bez ulegania dziwnej atmosferce moralnego szantażu, mobbingu wręcz, nie byłoby także ich – fantastycznych dziewczyn z „Solidarności”, nie byłoby cudu KOR-u, nie byłoby podziemnego życia i wspaniałych lat stanu wojennego.

Obie, wywodzące się z rodzin idealnie pasujących do stereotypu „żydokomuny”, teraz, w wieku emerytalnym, wracają do lat swej wspaniałej bohaterskiej młodości, gdy pod przewodem Jacka i Adasia walczyły z opresyjnym systemem, instalowanym w Polsce przez ich fanatycznych, ale przecież zarażonych także cynizmem rodziców.

Opowiedzieć o tym wszystkim niełatwo: autorki pracując na źródłach, przeprowadzając wywiady, czytając wspomnienia, muszą mieć też w pamięci swoje z Kuroniem spotkania i konflikty, posiadają też wiedzę o kulisach wielu historii, o nieprzyjemnych sprawach, które nigdy nie ujrzały światła dziennego, o obyczajowych obrzydliwościach i moralnych kompromisach. Z drugiej strony poczuwać się przecież muszą do jakiejś środowiskowej solidarności i do faktu, że przecież i one same przez lata pracowały na mit Jacka Kuronia.

Więc rzecz jest kapitalnie pęknięta. Spod obiektywizującej narracji co i rusz wyłania się osobiste wspomnienie, wśród cytowanych świadectw pojawiają się także relacje samych autorek, własna wiedza przerasta często tę uzyskiwaną od innych. Często zatem odnieść można wrażenie, że Bikont i Łuczywo nakładają sobie tłumik i nie piszą o wszystkim, co wiedzą.

„Towarzyszu rektorze, postudiowałbym u Was”

Książka zaczyna się jak klasyczna biografia – od odtworzenia rodzinnych korzeni bohatera, od przywołania rodzinnych legend i opowieści, którymi Jacek uzasadniał swoje zaangażowanie.

Książka zaczyna się jak klasyczna biografia – od odtworzenia rodzinnych korzeni bohatera, od przywołania rodzinnych legend i opowieści, którymi Jacek uzasadniał swoje zaangażowanie. Dziewięćset piąty rok, Zagłębie, walka z caratem, międzywojenny Lwów i lewicowe zaangażowanie ojca.

Szybko jednak autorki podważają część przekazów, weryfikują je, sięgając do źródeł, pokazując Kuronia jako mitomana, częstującego odbiorców mocno podkręconymi, podkoloryzowanymi historiami. Wychodzą pierwsze, mało chlubne cechy naszego bohatera.

Później autorki są jeszcze bardziej bezwzględne: opowieść o młodym Kuroniu – od sierpnia 1953 kierownika Wydziału Agitacji i Propagandy Zarządu Stołecznego ZMP – to obnażenie partyjnego aparatczyka zaczadzonego komunistyczną ideologią, popełniającego w jej imię mnóstwo podłości. Denuncjował Kuroń i przedwojennego profesora, i studenta, niepochlebnie wyrażającego się o programie nauczania. Walczył z bikiniarzami, uczestnicząc w aktach haniebnych. Donosił władzom o zasłyszanych plotkach związanych z nieprawomyślnym zachowaniem (dyrektorka szkoły szepnęła „Boże, coś Polskę”, nie wiadomo czy wyjście na mszę nie było czasem zorganizowane przez nauczycieli).

Bikont i Łuczywo pokazują, jak to młody aktywista ZMP, skierowany na odcinek Politechniki Warszawskiej – niestudiujący na tej uczelni, tylko zajmujący się propagandą, indoktrynacją i zaprowadzaniem nowych porządków – nie wahał się używać swej pozycji dla własnych rozgrywek. Zazdrosny o dziewczynę, doprowadził do wyrzucenia z wydziału architektury jej znajomych. W raportach przywoływał prywatne rozmowy o polityce. Także sprawa przyjęcia na studia w Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej (telefon: „Towarzyszu rektorze, postudiowałbym sobie u was” i późniejszy ustawiony egzamin) nie może być powodem do chluby.

I przecież po Październiku 1956, który jawi się jako czas wielkiej manipulacji – autorki przytaczają opowieści Kuronia, jak to udawało się im sterować pochodami i wiecami, by wyciszać głosy klerykalne i antykomunistyczne, a patriotyczne akcenty zastępować „Międzynarodówką” – przecież po Październiku obraz Kuronia, jaki malują dziewczyny z „Tygodnika Mazowsze”, nie jest piękniejszy. Jego rozprawa ze zmartwychwstającym harcerstwem, pełna nienawiści wobec chrześcijaństwa i tradycji skautowskiej, pełna bezwzględności w niszczeniu dawnych bohaterów i autorytetów, odtwarzana jest bez znieczulenia.

Autorki z lekko szyderczym uśmiechem kwitują zdanie profesora Andrzeja Friszkego, trudzącego się ostatnio przy preparowaniu historii najnowszej. Przytaczają cytat z udostępnionej im w maszynopisie pracy „Kuroń – młodość”, który na tle przywołanych przez nie faktów brzmi rzeczywiście żałośnie: „«[Kuroń] Nie zgadzając się i walcząc o swoje idee, potrafił jednak zachować merytoryczny charakter sporu, umiejętnie wykładać swoje racje, polemizować bez agresji, bez obrażania kogokolwiek. Nie było to mało» – ocenił go, raczej łagodnie, Andrzej Friszke»”.

Nie mają wyrozumiałości dla walterowskiej tradycji, którą starał się Kuroń zaszczepiać w swych podopiecznych z czerwonego harcerstwa

Nie mają wyrozumiałości dla walterowskiej tradycji, którą starał się Kuroń zaszczepiać w swych podopiecznych z czerwonego harcerstwa. Nie tylko cytują odarte ze złudzeń wspomnienia jego wychowanków („Jacek opowiadał o dzielnych pracownikach bezpieki, którzy walczą z bandami i ukraińskimi faszystami z UPA”, „czasem były to koszmarne historie”), ale i podważają sam mit generała Karola Świerczewskiego, opisując ponurą rolę „Waltera” w czasie wojny w Hiszpanii.

Świerczewski – piszą Bikont i Łuczywo – „został do Hiszpanii odkomenderowany przez Kreml, by w Brygadach Międzynarodowych zaprowadzić sowieckie porządki. Węszył spiski, rozstrzeliwał domniemanych szpiegów i sabotażystów, za linią frontu ustawiał karabiny maszynowe, żeby strzelać do uciekinierów. Każda klęska na polu bitwy była winą «trockistowskiej piątej kolumny», anarchistów. W raportach słanych sowieckiej tajnej policji pisał o «cuchnącej, zdradzieckiej działalności wszystkich skurwysynów wszelakich odcieni i barw» i podawał nazwiska towarzyszy broni” (na marginesie, nieszczęśliwy kiks zdarzył się autorkom w przypisie dotyczącym wojny zimowej: „W czasie II wojny światowej Armia Czerwona poniosła w walkach z Finami, którzy opowiedzieli się po stronie Niemiec, ogromne straty”. Dziwny to znak braku pracy redakcyjnej).

Egotyk zżerany ambicjami

Także tragedię z sierpnia 1955 roku, gdy w Wiśle utonęło troje dzieci, znajdujących się pod opieką Jacka Kuronia, autorki rekonstruują bez taryfy ulgowej, nie tylko potwierdzając jego winę, ale i przywołując głos jego dawnej dziewczyny, Hanny Volmer, oskarżającej go o brak wyrzutów sumienia: „Mnie się wtedy i potem wydawało, że to szybko po nim spłynęło”. Choć zderzają tę opinię ze wspomnieniem Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego, twierdzącego, że sprawa ta uczyniła Kuronia bardziej wrażliwym, choć z pewną ambiwalencją zauważają, że każdą tragedię Jacek był w stanie przerobić w opowieść, to jednocześnie podkreślają z goryczą, że „nigdzie nie wymienił trójki utopionych dzieci z imienia i nazwiska”.

Z pobłażaniem traktują intelektualne wysiłki Jacka. Po lekturze pisanej z wielkim trudem jego pracy magisterskiej („Elementy faszyzmu w ideologii Narodowej Demokracji 1919-1926”), żartobliwie przyznają, iż ocena dostateczna wystawiona za nią nie była zaniżona. Także „List otwarty do partii”, który zaprowadził Kuronia i Modzelewskiego do więzienia, prezentują jako swoiste kuriozum.

Z opowieści o młodym Kuroniu wyłania się osobowość narcystyczna, jednocześnie autorytarna, dominująca, egotyk zżerany ambicjami przywódczymi, nieznoszący sprzeciwu. W relacjach o czasach nowszych, te cechy przebijają się czasem na powierzchnię, na przykład wtedy, gdy relacjonowane są konflikty ze współinternowanymi, gdy dowiadujemy się o bójce Kuronia z Janem Rulewskim, czy konfliktach w celi z innymi osadzonymi. Ale Bikont i Łuczywo, posiłkując się chętnie stworzonymi na użytek „Gazety Wyborczej” hagiograficznymi niemal tekstami, których współautorką byłą Joanna Szczęsna, zawieszają swój krytycyzm i nie rekonstruują na przykład bezpardonowej walki o władzę i monopol na opozycyjność, jaką Kuroń wespół z Michnikiem toczyli poczynając od lat siedemdziesiątych. Nie pokazują, jak stanowczość Jacka manifestowała się w grach z polityczną konkurencją. Macierewicz jest więc owszem, założycielem KOR-u, ale koniecznie trzeba mu wytknąć fascynację Che Guevarą, opowieść o rozpaczliwej próbie przejęcia przez Kuronia władzy nad tworzącą się „Solidarnością” rysowana jest pastelowymi barwami, a zastrzeżenia hierarchów Kościoła katolickiego wobec ich niedawnego prześladowcy, fanatycznego komunisty przywoływane są jako wyraz jakiejś małoduszności, graniczącej z podłością. Te partie książki, wzbogacane mitem wielkiej miłości do Gajki, pozbawione są ostrości towarzyszącej wcześniejszym opowieściom i zbyt mocno oparte na propagandowych obrazkach publikowanych w gazecie Michnika. Tylko od czasu do czasu portret ten ubarwiony będzie wzmianką o prostytutkach czy alkoholu, wprowadzających lekką skazę do wizerunku nieledwie świętego Jacka.

Przedziwne to sądy, bałamutne, trudno traktować je serio, jeśli na chłodno weźmie się pod uwagę fakty przywoływane przez autorki jego biografii

Pasmo intelektualnych porażek

W niedawnej wypowiedzi dla „Gazety Wyborczej” Anna Bikont, promując książkę, snuła fantazje: „gdyby Jacek nie był chory przez ostatnie dziesięć lat życia, gdyby dalej funkcjonował w polityce, to historia Polski wyglądałaby inaczej. On w zmienianiu biegu historii Polski był wyspecjalizowany. Więc nie byłoby dwóch wrogich obozów, tylko przeciwnicy polityczni, a rządziłaby lewica pod jego sztandarem. Mielibyśmy kraj sprawiedliwości społecznej przodowalibyśmy w Europie w liczbie przyjmowanych uchodźców i mielibyśmy najlepsze programy socjalne i edukacyjne”.

Przedziwne to sądy, bałamutne, trudno traktować je serio, jeśli na chłodno weźmie się pod uwagę fakty przywoływane przez autorki jego biografii. Poczynając od roku 1980 mamy przecież do czynienia z pasmem intelektualnych porażek, fatalnych wyborów, kompromitacji, niezrozumiałych wolt.

Artykuł-koszmarek Kuronia, przemycony w lutym 1982 roku z obozu internowania w Białołęce, wzywający do ogólnonarodowego powstania i „uderzenia na wszystkie ośrodki władzy i informacji w kraju”. Spór z Michnikiem i wstępna zgoda na warunki amnestii pod warunkiem złożenia przez uwięzionych liderów deklaracji o czasowym zawieszeniu aktywności politycznej w roku 1984 (opinia Adama o Jacku: „po śmierci Gajki był człowiekiem złamanym”). Bratanie się z komunistami przy okazji Okrągłego Stołu, późniejsze zachłyśnięcie się, zaczadzenie wręcz, koncepcjami Jeffreya Sachsa. Domaganie się użycia siły wobec protestujących rolników, no i przecież żenująca aktywność i performanse Kuronia jako faceta od zupy i telewizyjnych pogadanek. Te wszystkie aktywności dowodzą, że nie tylko ostatnie dziesięć lat życia Kuronia było czasem dość wątpliwych decyzji.

I autorki przecież przyznają, że Jacek, wychowawca Adama, błądził o wiele wcześniej. Przywołują przecież konflikt w redakcji „Tygodnika Mazowsze”, gdy w roku 1982 Helena Łuczywo protestowała przeciw drukowi Kuroniowego wezwania do insurekcji. Przytaczają też jej relację z roku 1989: „Nadziałam się na czerwonych u niego w domu, tuż po Okrągłym Stole. Był Kwaśniewski, Gdula i jeszcze ktoś, chyba Miller. Siedzieli, żartowali sobie, a my dopiero co wyszliśmy z podziemia, pół roku wcześniej mieliśmy rewizję w redakcji «Tygodnika Mazowsze». Szlag mnie trafił”.

Opisują degrengoladę Kuronia po śmierci żony, Gajki. Gdy pił, wpadał w jakieś słowotoki, spał z kobietami: znajomymi, nieznajomymi, za wyznanie miłości i za pieniądze, szlajał się po mieście i znów pił.

Zresztą, także chorobę Kuronia autorki są skłonne datować o wiele wcześniej. Cytują bez komentarza ubecki papier z roku 1987: „Z uzyskanych informacji wynika, że J. Kuroń jest chory na niedomagania układu ruchowo-mózgowego objawiające się okresowym zanikiem świadomości i zaburzeniami mowy. (…) Choroba J. Kuronia utrzymywana jest w tajemnicy w obawie przed opinią, że jest on chory psychicznie.”

Próby kreowania jego legendy podejmowane przez środowisko „Krytyki Politycznej”, „Gazety Wyborczej” czy też samą Annę Bikont w cytowanym wywiadzie nie wytrzymują konfrontacji z życiorysem Kuronia

Rozpaczliwie rysuje się rzeczywiście ostatnie dziesięć lat życia Kuronia. Kompletnie chybiona decyzja startu w wyborach prezydenckich, tragiczny wypadek rowerowy: uraz czaszki i krwiak, beznadziejna – także wizerunkowo – kampania wyborcza. Współczucie dla zagubionego dawnego lidera opozycji demokratycznej nie pozwala autorkom spojrzeć na ten czas z bezwzględnością. Opisując konferencję prasową Kuronia po jego wyjściu ze szpitala, 20 maja 1995, boczą się na telewizję pampersów za pokazywanie drżącej ręki kandydata w prezydenckich wyborach. Ale przecież przyznają same, że na prezydenta to zwyczajnie się Kuroń już nie nadawał: „Po upadku z roweru wiosną 1995 roku Jacek nigdy już nie doszedł do siebie. Nastąpiło jakieś rozchwianie emocjonalne, łatwo się podniecał, nie panował nad uczuciami ani reakcjami”.

Ostatnia część biografii utrzymana jest więc w tonie elegijnym. Kuroń, dawniej zarażający innych swą energią i pomysłami, wyprzedzający czas, staje się teraz uciążliwym osobnikiem, starającym się raz jeszcze wywołać ferment swymi koncepcjami, tym razem zwietrzałymi, chybionymi, wtórnymi. Zajmuje się z pasją sprawą pojednania polsko-ukraińskiego i polsko-białoruskiego. 19 kwietnia 2004 roku, w rocznicę powstania w getcie, dowieziony inwalidzkim wózkiem pod pomnik, podtrzymywany przez Marka Edelmana, pojawia się publicznie po raz ostatni.

Odchodzi niepogodzony, szamocąc się, z pretensjami o brak zainteresowania, z wątpliwościami dotyczącymi życiowego bilansu.

Bikont i Łuczywo zostawiają nas z obrazem człowieka nieprzeciętnego. Lidera, który patologiczne cechy swego charakteru przerabiał na niezwykłe paliwo. Chęć dominacji, dążenie do władzy, nadaktywność prowadziły go do rzeczy obrzydliwych i do rzeczy wielkich. Swą gorączką, namiętnością, aktywizmem zarażał innych. Płacił wysoką cenę: więziony, prześladowany, nie uchronił przed represjami własnej rodziny.

Jego biografia nie układa się w jednoznaczny wzór. Próby kreowania jego legendy podejmowane przez środowisko „Krytyki Politycznej”, „Gazety Wyborczej” czy też samą Annę Bikont w cytowanym wywiadzie nie wytrzymują konfrontacji z życiorysem Kuronia. Zostaje opowieść mieniąca się znaczeniami, niepokojąca, każąca nam, szarym ludziom, prowadzonym na pokuszenie przez różnych liderów i mistrzów patrzeć na nich z mieszaniną litości i podziwu.

 

Anna Bikont, Helena Łuczywo, „Jacek”, Agora SA, Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2018