Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Kaoru na Ukrainie, czyli z aparatem na misji

Dlaczego świat miałby stanąć po stronie Hongkongu, skoro ludzie z Hongkongu nie włączają się do walki o wolność świata? – mówi Kaoru, który po protestach sprzed trzech lat opuścił ojczyznę być może na zawsze

Siedzimy na zewnątrz jednej z kawiarni przy placu Bankowym w Warszawie. Obydwoje pijemy kawy mrożone, bo bądź co bądź, ale wiosna powoli zamienia się w lato. Rozmawiamy o sprzęcie fotograficznym, rozkładzie komunikacji podmiejskiej, języku kantońskim… Wydawać by się mogło – spotkanie przy kawie jak każde inne. Mój rozmówca jednak ma za sobą ciężkie cztery miesiące. Wczoraj wrócił z Ukrainy. Po przeszło osiemnastu godzinach spędzonych w zatłoczonym autokarze, niezliczonych przystankach i dogłębnych kontrolach na granicy z Polską, w końcu dotarł do jedynego w regionie miejsca, z którego może złapać lot do Londynu.

Kijów, fot. Kaoru Ng

Relacje ze schronów

Kaoru – trzydziestosześcioletni fotoreporter z Hong Kongu – przyjechał do nas z Kijowa, gdzie spędził pierwszy miesiąc inwazji. W kolejnych miesiącach jeździł po całym kraju, raportując to, do czego doprowadziła rosyjska inwazja. Do Ukrainy przyleciał kilka dni przed wybuchem wojny. Pytam go, dlaczego wybrał akurat ten moment. Odpowiada, że czuł, że wojna się wkrótce rozpocznie. Nie mylił się. Tydzień później samoloty nad Ukrainą już nie latały. Początkowo mało kto był przygotowany, aby szybko i bezpiecznie wysyłać swoich dziennikarzy w oko wojny. Prowizoryczne kartki z napisem „prasa” przyklejane kawałkami taśmy izolacyjnej pojawiały się na kurtkach tych nielicznych reporterów, którzy przez długi czas byli jedynymi obcokrajowcami pozostającymi na Ukrainie.   Jego pierwsze reportaże po rozpoczęciu wojny to relacje z podziemnych schronów kijowskiego metra. Kaoru jako freelancer współpracuje obecnie głównie z mediami japońskimi – stąd wiele wywiadów udzielała właśnie w języku japońskim, każdego dnia chroniąc się przed kolejnymi bombardowaniami, upubliczniał pierwsze obrazy niszczonej Ukrainy i jej mieszkańców.

Dałem swój aparat do zabawy dzieciom, kiedy byłem w Buczy. – odpowiedział. To one ozdobiły moją Alfę

Z czasem relacji spoza schronów pojawiało się coraz więcej.

Kijów, fot. Kaoru Ng

Urywki z artykułów, nagrania z ulic Kijowa zaczęły wkrótce przeplatać się z… memami. Podczas jednej z wieczornych wymian wiadomości (bo o tej porze najczęściej mogliśmy prowadzić korespondencję), zapytałam Kaoru o to, jak Ukraińcy radzą sobie z cierpieniem i jakie nastroje panują na ulicach miasta. Ku mojemu zdziwieniu, mój rozmówca chciał nakierować rozmowę na pozytywne tory. Opowiadał mi, że wola walki jest silna, że Ukraińcy starają się szukać pozytywów. Że mimo wszystko, miłość i potrzeba ochrony swoich rodzin przewyższa wartością wszelki strach. Każdego dnia na mediach społecznościowych Kaoru pojawiały się kolejne udostępnienia – posty przyjaciół mówiące „dbaj o siebie”, a wkrótce również słowa podziękowania dla Polski za szybką reakcję w obliczu wojny.

Naklejki z Buczy

Kijów, fot. Kaoru Ng

Niedługo później, zdjęcia ośnieżonych, zabarykadowanych ulic ustąpiły miejsca marcowym fotografiom zakochanych, nowożeńców, dzieci, placów wykładanych kwiatami. Po pierwszym szoku wojny, przyszedł czas na stabilizację i… wyruszenie w drogę. Wraz z żołnierskimi oddziałami Kaoru i kilku innych reporterów (dziennikarze zawsze trzymają się w grupach) wyruszyli do Buczy, Irpina, Czernichowa. W tym momencie zwracam uwagę na wysłużony bezlusterkowiec – aparat, który widział więcej niż niejeden z nas. Z jednego z jego elementów uśmiechają się do mnie cukierkowo-kolorowe naklejki.

Skąd one są? – zapytałam. – Dałem swój aparat do zabawy dzieciom, kiedy byłem w Buczy. – odpowiedział. To one ozdobiły moją Alfę (model jednego z popularnych aparatów fotograficznych – przyp. Red.).

Bucza, fot. Kaoru Ng

Kwietniowe wpisy Kaoru przynosiły ze sobą wiosnę. Część jego rodziny pochodzi z Japonii, stąd kilka wpisów z udostępnionymi zdjęciami fotografa, na których został oznaczony w tym okresie, podpisane jest słowem „hanami”. Tak Japończycy nazywają krótki okres kwitnienia wiśni. Jednak rozwijające się w tym czasie kwiaty jakby nikły w szarości zrujnowanych ukraińskich domostw. Jednocześnie jego wielkanocne relacje były czasem nowej nadziei.

Charków, fot. Kaoru Ng

O wolność waszą i naszą

Kiedy kwiecień przeradzał się w maj, Kaoru kolejnym już autem (poprzednie, w tym jedno na polskich tablicach rejestracyjnych, nieoczekiwanie się psuły), podróżował do w Zaporoża, Dniepru, Kramatorska, Bachmutu, Lisiczańska, Sewierodoniecka. Fotografie rodzin uciekających z Mariupola zaczęły dopełniać wpisy przedstawiające pomoc humanitarną z całego świata. Zdjęcia zniszczonych rosyjskich czołgów, portrety żołnierzy, ale też przedstawienia codzienności – gotowania posiłków, wyjść na spacer z psem, odkrywały ducha walki Ukraińców i siłę w dążeniu do normalności.

Siewierodonieck, fot. Kaoru Ng

Rosjanie nie dbają o to, czy jesteś dziennikarzem, żołnierzem czy cywilem. Pod koniec maja zespół medialny, z którym przebywał Kaoru został bezpośrednio zaatakowany w Donbasie. Bomba spada 5-6 metrów od grupy. Dwa dni później, w tym samym miejscu ginie Federic Leclerc – francuski dziennikarz telewizji BFMTV. To znak, że czas zrobić przerwę. 7. czerwca Kaoru wrócił do Kijowa. Na miejscu nie był prawie od dwóch miesięcy. Na swoim facebooku pisze “Kyiv is recovering” (Kijów odzyskuje siły).

Kijów, fot. Kaoru Ng

Jest 12. Czerwca, chyba najcieplejszy do tej pory dzień w roku. Przeszliśmy do ogrodów Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie. Wokół słychać osoby mówiące po ukraińsku częściej niż te po polsku. Kaoru zachwyca się spokojem sytuacji. Dla mnie – scena jak każda inna. Dla niego – pierwszy od miesięcy słoneczny wieczór nieotoczony strachem o kolejny dzień. Kilka razy powtarza słowo “spokój”. Pytam więc: Dlaczego właściwie zdecydowałeś się wyjechać na Ukrainę? Jesteś freelancerem, nikt Cię tam nie wysłał… Odpowiedź Kaoru brzmi: “Why should the world stand with Hong Kong, when Hong Kong people do not join the fight for the world’s freedom?” (Dlaczego świat miałby stanąć po stronie Hongkongu, skoro ludzie z Hongkongu nie włączają się do walki o wolność świata?).

Od początku protestów do listopada 2019 roku aresztowano ok. 4500 demonstrantów. Wiele z nich postanowiło wyjechać z miasta na zawsze – w tym Kaoru

Kijów, fot. Kaoru Ng

Jego pochodzenie i wspomnienie upalnego jak dziś w Polsce czerwca 2019 roku stanowią odpowiedź na moje najważniejsze pytanie. To właśnie trzy lata temu miały miejsce jedne z największych protestów sprzeciwiających się projektowi ustawy, która pozwala dziś na ekstradycję obywateli Hong Kongu do Chińskiej Republiki Ludowej. Od początku protestów do listopada 2019 roku aresztowano ok. 4500 demonstrantów. Wiele z nich postanowiło wyjechać z miasta na zawsze – w tym Kaoru. Według niego, tworzenie fotografii reporterskiej jest swego rodzaju misją. Potrzeba jej realizacji (szczególnie w sytuacjach, w których narusza się podstawowe prawa człowieka) to obowiązek. Rozpowszechnianie i upublicznianie obrazu wojny to odwaga, która niejednokrotnie równa się z tą reprezentowaną na froncie konfliktu.

absolwentka filologii dalekowschodniej ze specjalnością chińską na Uniwersytecie Wrocławskim. Obecnie studentka Contemporary China Studies na Renmin University w Pekinie. Stażystka Instytutu Boyma oraz członkini projektów związanych z regionem Dalekiego Wschodu. Jej zainteresowania naukowe to społeczeństwo Chin i jego przemiany w kontekście kobiet i dzieci oraz szeroko pojęta kultura i sztuka Azji Wschodniej. Prywatnie autorka Jadeitowego Podcastu, miłośniczka fotografii i dobrej kawy, właścicielka dwóch szczurów.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zobacz