Eye-candy feministów

Hollywood nauczył się nowej sztuczki – ideologia stała się elementem marketingu danego obrazu lub jego obrony. Przykładem są dyskusje wokół nowych filmów o superbohaterach, takich jak "Kapitan Marvel"

W roku 2017 do kin wchodził film „Wonder Woman”, będąca pierwszą w historii wysokobudżetową ekranizacją tego kultowego komiksu. Film budził obawy – poprzednie obrazy, składające się na rozszerzone uniwersum DC (DCEU) były, najdelikatniej rzecz ujmując, niesatysfakcjonujące dla widzów. Tym samym na barkach superbohaterki spoczywał ciężar odbudowy reputacji tej stajni.

Postać Rey, brawurowo odegrana przez Daisy Ridley, jest – trzeba to powiedzieć – typową „Mary Sue”. To bohaterka dobra we wszystkim i posiadająca absolutnie wszystkie możliwe umiejętności

I okazało się, że Wonder Woman ów ciężar nie tylko uniosła, ale wręcz przyćmiła kolegów w pelerynach. Obraz nie tylko był hitem box office’u, ale też wzbudził zachwyt krytyki i widzów. Trudno się dziwić – „Wonder Woman” to film porywający, mieszający konwencję superbohaterską, mitologiczną i historyczną w perfekcyjnych proporcjach. Dodatkowym atutem była rola główna, brawurowo odegrana przez izraelską aktorkę, Gal Gadot. Artystka zresztą z miejsca stała się ikoną kina superbohaterskiego, na pewien czas odbijając trofeum najlepszej drużyny królującemu dotychczas Marvelowi na rzecz DC. Ale pojawiały się też inne recenzje, równie entuzjastyczne wobec filmu, jednak dość kuriozalne w wymowie. „Wonder Woman” miała być nie tylko znakomitym filmem wprowadzającym kobiecą bohaterkę do zdominowanego przez mężczyzn świata superbohaterów. Miała być wydarzeniem epokowym, czymś, co redefiniuje współczesne stosunki społeczne, formą młota, rozbijającego ogniwa kajdan toksycznego szowinizmu, zaś sama Wonder Woman w wykonaniu Gal Gadot miała być dowodem na to, że fantastyka nareszcie doczekała się silnej, kobiecej postaci grającej główną rolę w fabule”.

Gdzieś niedaleko, z boku, na to wszystko z politowaniem spoglądała spora grupka kobiet, wśród których zauważyć można było Ellen Ripley, księżniczkę Leię i Sarę Connor.

Absurdalna debata

Czytelnik, który śledzi amerykańską prasę w obszarze kultury, nie będzie tym zaskoczony, ale owszem: „Wonder Woman” była doskonałym pretekstem do rozpoczęcia kolejnej wojny o płeć. Wojny, w której strzały oddawane są z obu stron. Gdy po „Wonder Woman” kina zalała fala filmów „feministycznych”, lepszej lub gorszej jakości, w internecie zareagowała prawica, z miejsca atakując każdy obraz, w którym pierwsze skrzypce grała kobieca postać. Nawet obrazy ciekawe, takie jak „Łotr 1” czy „Gra o wszystko”, zostały wrzucone do jednego wora z napisem „lewacka propaganda”.

Nie mieliśmy i nie mamy do czynienia z debatą na temat roli kobiety w kinie. Zamiast tego mamy jedną wielką kanonadę, istną nawałę absurdu, w huku dział której ten, kto pragnie argumentować, jest po prostu niesłyszany. A dobre argumenty są po obu stronach.

Rację mają bowiem feministki twierdząc, że rola kobiety w kinie przez długi czas była sprowadzona do obiektu westchnień dla męskiej części widowni lub zgoła do erotycznego eye-candy. Jednak rację też ma prawica, wskazując, iż wiele kobiecych bohaterek współczesnego kina niczego sobą nie prezentuje, a jedyną przyczyną ich podziwiania ma być fakt, że są kobietami. Co gorsza, w wielu przypadkach cierpi na tym fabuła, poświęcona na ołtarzu ideologii. Bodaj najbardziej jaskrawym tego przykładem jest relacja filmów ze świata „Gwiezdnych wojen”, i nie chodzi tu o stare trylogie, lecz filmy wypuszczane rok do roku już w ramach nowej fali Star Wars – o „Przebudzenie Mocy” i „Łotr 1”. W obu przypadkach mamy do czynienia z kobiecymi bohaterkami, jednak różnica między nimi jest znacząca. Jedna rola jest napisana fatalnie i budzi śmiech widowni i podziw publicystów, druga zaś jest postacią napisaną wzorcowo, jednak nie znajduje tak dużego uznania publicystów, za to szybko stała się ulubienicą widowni.

Rey kontra Jyn 

Zostańmy przy tym przykładzie, bo jest on kluczowy dla naszych dalszych rozważań. „Gwiezdne wojny” stały się chyba największym (obok kina superbohaterskiego) polem walki ideologicznej we współczesnym, amerykańskim kinie. Widać to doskonale w kreacji postaci kobiecych.

Zacznijmy od „Przebudzenia Mocy”. Postać Rey, brawurowo odegrana przez Daisy Ridley, jest, trzeba to powiedzieć, typową „Mary Sue”. To bohaterka dobra we wszystkim i posiadająca absolutnie wszystkie możliwe umiejętności. Już w pierwszych scenach w których występuje okazuje się doskonale przygotowana do survivalu, walki wręcz i pilotowania statku kosmicznego (tego ostatniego, według fabuły, nigdy wcześniej nie robiła, jest jednak w stanie przechytrzyć doświadczonych asów lotniczych), wreszcie doskonale orientuje się w kwestiach technicznych. Ale dalej jest tylko lepiej (czy też gorzej), bo nie tylko w mig poznaje sekrety Mocy i potęgi, którą ona daje, ale też doskonale posługuje się mieczem świetlnym, będąc w stanie z łatwością w finałowej scenie pokonać przeciwnika, w teorii o wiele sprawniejszego od niej w walce.

Dlaczego Rey znajduje obrońców mimo oczywistych felerów tej postaci, a Jyn została zapomniana? Nie umiem tego wyjaśnić w sposób racjonalny, poza jednym argumentem: to Rey, a nie Jyn odhacza wszystkie punkty ideologicznej mapy drogowej niezbędnej do tworzenia feministycznej postaci

Kim jest dla odmiany Jyn Erso, bohaterka „Łotra 1” znakomicie odegrana przez Felicity Jones? To sierota, której zamordystyczny reżim zabił matkę i porwał ojca. Wychowywana przez radykałów, sama wyrosła na buntowniczkę, częściej zajmującą się przestępstwami niż szlachetną walką o wolność. Poznajemy ją zresztą, gdy siedzi w areszcie, wiemy też od razu, w jaki sposób posiadła swe umiejętności walki (wspomniane już dojrzewanie w środowisku radykałów i terrorystów). Gdy wreszcie trafia w objęcia Rebeliantów, ci muszą skorzystać z jej złodziejskich talentów, ale czynią to niechętnie. Ona sama też nie staje się z miejsca bojowniczką o wolność. Główną motywacją pozostaje chęć odnalezienia ojca, porwanego przez reżim. Gdy ten ostatecznie ginie w wyniku potyczki sił Imperium z Rebeliantami, Jyn gnana jest żądzą zemsty, i to właśnie ona prowadzi ją do ostatecznego czynu przynoszącego odkupienie, ale i, niestety, śmierć.

Dlaczego porównanie tych dwóch bohaterek jest istotne dla naszych rozważań? Z dwóch powodów. Pierwszym jest proste zestawienie: oto rok po roku pojawiają się dwie postaci, pozornie wpisujące się w ideologiczną dyskusję o kobiecych postaciach w kinie, jednak ich jakość znacząco się różni. Drugą przyczyną jest kuriozalność samej dyskusji, w której lepiej napisana postać pozostaje gdzieś „z tyłu” świadomości, zaś ta napisana fatalnie staje się ostatnim szańcem obrony przed toksyczną męskością i szowinizmem kina.

Dlaczego Rey znajduje obrońców, mimo oczywistych felerów tej postaci, a Jyn została zapomniana? Nie umiem tego wyjaśnić w sposób racjonalny, poza jednym argumentem: to Rey, a nie Jyn odhacza wszystkie punkty ideologicznej mapy drogowej niezbędnej do tworzenia feministycznej postaci (wymieńmy: sprawność fizyczna, posiadanie wszystkich umiejętności niezbędnych w danej sytuacji, urok osobisty, inteligencja, ale też niezależność, wreszcie lekceważenie dla zastałych norm i pogarda wobec męskiej dominacji, najlepiej zobrazowana w dość topornej scenie, gdy Rey trzykrotnie odrzuca pomoc męskiego bohatera). Erso natomiast jest „tylko” znakomicie napisaną, silną i interesującą kobiecą bohaterką.

Problem twórczej sprawności

Jak wspominałem wcześniej, dyskusja wokół postaci kobiecych w hollywoodzkim kinie jest niestety irracjonalna, przeidologizowana i histeryczna, co gorsza – z obu stron. Lewicy, jak się wydaje, nie interesuje już jakość produktu: przekaz postępowych wartości w dobrze napisanym i nakręconym dziele został zmieniony na, po prostu, przekaz postępowych wartości. Film nie musi już być dobry, a postaci ciekawe – wystarczy, że będą po prostu słuszne z ideologicznego punktu widzenia. A że trąci to znanym nam socrealizmem, który produkował dzieła głupie, banalne, miałkie i warsztatowo fatalne? Co z tego! Ważne, że słuszne.

Prawica jednak nie jest lepsza. Mimo przeczesania (proszę to docenić – nie była to robota przyjemna) twitterowych i prasowych dyskusji, nie natrafiłem na argument, że to nie ideologia jest problemem, tylko spłycanie postaci i przekazu dzieła w jej służbie; a nawet jeśli, to nie był on naczelnym orężem debaty. Zamiast tego mieliśmy, ot, standardowe pałowanie lewej strony, że oto „czas na żeńską wersję Władcy Much” (mniejsza, że prawicowcy nie zauważyli, że taki film istotnie jest w planach), i standardowe epitety oraz memy.

Ideologiczna wojna jest więc pewną strategią biznesową, a nie walką o równouprawnienie kobiet i nadanie im właściwego miejsca w popkulturze czy skończenie z ich seksualizacją

Dyskusja ta przy okazji filmu „Kapitan Marvel” wcale nie nabrała głębi. „Kapitan…” jest przecież pierwszym obrazem ze stajni Marvela, poświęconym kobiecej bohaterce. Studio do tej pory u ideologów lewicy nie miało dobrej prasy. Model kina superbohaterskiego, jaki stworzyło, przez lata był młotkowany jako szowinistyczny –od lat Marvel unikał bowiem nakręcenia samodzielnego filmu o którejś z kobiecych superbohaterek (tych jest zresztą w jego uniwersum stosunkowo mało). Po dobrze przyjętej „Czarnej Panterze” (w przypadku której miała miejsce zbliżona dyskusja do tej dotyczącej feminizmu w kinie, włącznie ze wskazaniem, iż Czarna Pantera jest pierwszym ciemnoskórym bohaterem w kinie fantastycznym w dziejach – co jest oczywistym fałszem, by wymienić choćby Dillona i Eliota z „Predatora”, sierżanta Apone z „Obcego: Decydujące Starcie”, Blade’a z cyklu filmów o łowcy wampirów, o takim Lando Calrisianie z Gwiezdnych Wojen nawet nie wspominając), Marvel postanowił podbić ideologiczną piłeczkę i zaprezentować opowieść o potężnej superbohaterce, na barkach której spoczywa wynik walki ze złowrogim Thanosem.

Trailer, obsada, klimat filmu, odwołujący się do nostalgii za latami 90. – wszystko to zapowiadało się dobrze. Aż głos zabrała Brie Larson, odtwórczyni głównej roli. Będąc doskonałą aktorką, która w roli Kapitan Marvel sprawdziła się doskonale – realnie zaszkodziła obrazowi jeszcze przed premierą, sugerując, jakoby o słabej oglądalności filmu „A Wrinkle in Time” i fatalnych recenzjach decydować mieli krytycy, w większości będący białymi mężczyznami. Larson stwierdziła też, iż życzyłaby sobie, by jej nowy film był oceniany przez bardziej różnorodną grupę krytyków.

Słowa te oczywiście wywołały burzę i furię prawicy, oskarżającej Larson o seksizm wobec mężczyzn i rasizm wobec białych. Lewica także odpowiedziała ogniem i gdzieś tam sam film „Kapitan Marvel” utonął w kanonadzie. Nikt już nie pytał, czy obraz jest dobry (a był, i na szczęście box-office ten fakt potwierdza) lecz jakie punkty na ideologicznej liście odhacza.

Ideologią w krytyków

Dlaczego więc aktorzy i twórcy kinowi uderzają w struny ideologiczne nawet jeszcze przed premierami swoich dzieł? Wyjaśnienie jest w gruncie rzeczy dość proste i zwyczajnie biznesowe.

Zanim do niego dotrzemy, warto przypomnieć jeszcze dwa filmy: kobiecą wersję „Ghostbusters” z 2016 roku oraz „Ocean’s 8” z 2018, w którym dla odmiany to kobiety przeprowadzały skok stulecia. Oba te filmy miały dość kiepskie recenzje i słabą oglądalność. Oba też stały się sztandarami walki z seksizmem Hollywood i odbiorców kina.

Ideologiczna wojna jest więc pewną strategią biznesową, a nie walką o równouprawnienie kobiet i nadanie im właściwego miejsca w popkulturze czy skończenie z ich seksualizacją. Studia filmowe z wyprzedzeniem dostrzegają, że pewne filmy nie będą miały dobrych recenzji i dobrego wyniku, więc uruchomienie ideologicznych dział jest skuteczną metodą – może nie tyle odwrócenia trendu co obrony fatalnego dzieła. Film zalicza więc klapę nie dlatego, że jest źle nakręcony, słaby scenariuszowo i fatalnie odegrany, ale dlatego, że krytycy są seksistami, a widzowie – niedouczonymi wsteczniakami.

Hollywood nauczył się więc tym samym nowej sztuczki – ideologia, wojna o postępowe wartości stała się elementem marketingu danego obrazu lub jego obrony. Najbardziej jaskrawym przykładem tego był film „Ostatni Jedi”, kontynuujący losy bohaterów „Przebudzenia Mocy”. O ile ten drugi obraz miał pewne logiczne dziury i kiepsko napisane postacie, o tyle nowy był już kompletną, kinową grafomanią, w której nic nie trzymało się kupy, i który zdaniem wielu fanów skutecznie zniszczył mitologię i dotychczasowe reguły władające światem „Gwiezdnych wojen”. Nawet zwolennicy filmu nie bronili jego dramaturgii czy scenariusza, skupiając się na ideologicznym przekazie – a tego było sporo, bo oprócz stale potężnej i niezwyciężonej Rey, pojawiła się tam kolejna bohaterka, tym razem wykonująca dzieło ekologiczne. Wszyscy męscy bohaterowie „Ostatniego Jedi” byli zaś seksistami i prymitywami, niepojmującymi kobiecego punktu widzenia. Szczytem ideologicznego zadęcia była jednak postać pani wiceadmirał Holdo – potężnej, chciałoby się powiedzieć, „wonder woman” o fioletowych włosach, która podejmując nawet najbardziej absurdalne z militarnego punktu widzenia decyzje nie tłumaczy się przed innymi oficerami. Na sam koniec jednak oczywiście okazuje się strategicznym geniuszem, poświęcając samą siebie w akcie heroizmu, który ratuje konającą Rebelię przed zagładą.

Jeśli uważają Państwo, że teraz przesadzam, to zachęcam po prostu do obejrzenia filmu. Doświadczenie może nie będzie przyjemne, ale na pewno pouczające.

Ideologiczna wymiana ognia z obu stron zmiotła każdego, kto pragnął o dziele rozmawiać racjonalnie i bez zadęcia, że wspomnę o kompletnie zignorowanym Jarinie Kappanie z „Quory”, który starał się analizować film na bazie wcześniejszej bibliografii komiksowej, czy o Eriku Kainie z „Forbesa”, nawołującym do spokoju, wytykającym absurdalność debaty i starającym się ocenić film pod kątem jego wartości rozrywkowej i artystycznej. Kino hollywoodzkie będzie więc coraz bardziej ideologiczne a coraz mniej ciekawe. Porywające, twarde i znakomicie napisane postacie, takie jak Ellen Ripley z serii o Obcym, księżniczka Leia z „Gwiezdnych wojen” czy Sarah Connor z „Terminatorów” zastąpione zostały postaciami będącymi przecież obrazą dla wizerunku kobiety w kinie – wszechwiedząca Rey czy genialna admirał Holdo są przecież postaciami tak nierealistycznymi, że aż ośmieszającymi wartości, które przecież chcą promować. Jest to więc, paradoksalnie, zabójcze dla samej idei feminizmu i ważkości roli kobiety w kinie.

Czy z tej sytuacji jest wyjście? Cóż, będą nim same wyniki kinowe kolejnych obrazów. „Ocean’s 8” czy żeński „Ghostbusters”, o „A Wrinkle in Time” nie wspominając zaliczyły wyniki gorsze niż złe. Widzowie unikali tych obrazów nie dlatego, że były przeidologizowane lecz dlatego, że były – jako filmy – kiepskie.

Z drugiej strony jest też nadzieja. Już wkrótce do kin trafić ma kolejny film z Wonder Woman, w którym ponownie ujrzymy doskonałą w tej złożonej roli Gal Gadot. Są też inne zapowiedziane obrazy, które mają szansę wyrwać się z ideologicznej matni, prezentując bohaterki zarazem twarde, silne jak i świetnie napisane – choćby nowy „Terminator”. Nie mam jednak złudzeń co do uwiądu ideologicznej bijatyki – nawet jeśli opuści ona teatr działań pod nazwą „Kobiece bohaterki w Hollywood”, to szybko przejdzie do kolejnego. Ze szkodą dla wytwórni i widzów.

foto: materiały promocyjne

dziennikarz "Gazety Bankowej", członek zespołu redakcyjnego wGospodarce.pl, laureat nagrody im. Władysława Grabskiego w kategorii "Osiągnięcia 100 lat Polskiej Niepodległości" za 2018 rok. Autor opowiadań i powieści fantastycznych.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz