Czy żałować róż na kraterze?

Ta książka generuje sympatię i współczucie, gdy dotyczy maszyny Gułagu w Sowietach. Podnosi jednak również kwestię braku lojalności polskiej arystokracji, w tym samego autora, wobec swoich korzeni

Ta książka generuje sympatię i współczucie, gdy dotyczy maszyny Gułagu w Sowietach. Podnosi jednak również kwestię braku lojalności polskiej arystokracji, w tym samego autora, wobec swoich korzeni.

Dwa rodzaje czytelników prawdopodobnie sięgają po „Na krawędzi krateru” Michała Giedroycia. Pierwszymi są pasjonaci historii z USA i Anglii (oryginał został wydany po angielsku); ludzie zainteresowani II wojną światową i poszukujący związanych z nią niezwykłych historii. Do drugiego rodzaju czytelników przejdę poniżej nieco później.

Na nieludzkiej ziemi

To na pewno niezwykła historia. Małoletni potomek arystokratycznego rodu w Polsce zostaje deportowany wraz z matką i dwiema siostrami (i milionem innych polskich obywateli) do sowieckiego Gułagu w chwili podboju wschodniej Polski przez Sowietów jesienią 1939 r.

W międzyczasie Rosjanie aresztują ojca rodziny, torturują go, poniżają i w końcu zabijają (na końcu książki jest krótki opis śmierci ojca zlepiony z informacji uzyskanych od jego współwięźniów, którzy przeżyli). Następuje dobrze znana relacja podróży na Syberię: wagony bydlęce, do których ludzki towar jest wciskany jak sardynki do beczki, bez wody czy jedzenia przez wiele tygodni i dziurą w podłodze w postaci latryny; przypadki śmierci w czasie podróży; w końcu osiedlenie przy granicy z Kazachstanem, gdzie dziewczynki Giedroycia zostają wysłane do lasu ścinać drzewa, a ich matka usiłuje zdobyć dodatkową żywność, szyjąc.

Stało to wszytko w niewyobrażalnym kontraście z ich spokojnym trybem życia przed atakiem Sowietów. Rodzinna posiadłość w Łobzowie, z dziewięciopokojowym dworem i tradycyjną polską przygraniczną gościnnością, znajdowała się pośrodku morza białoruskich i polskich chłopów małorolnych, którzy, jak autor podkreśla, byli zamożniejsi niż najbogatsi z mieszkańców rosyjsko-kazachskiego kołchozu, do którego został deportowany. Przedwojenne wiejskie życie jest opisane w sposób wzruszający, od zgiełku wokół hodowli krów i świń po eleganckie przyjęcia, które książęca rodzina Giedroyciów urządzała dla przyjaciół i rodziny. Ojciec rodziny był senatorem, podczas gdy matka pochodziła z linii mniej dystyngowanej, ale za to zajadle patriotycznej. Obie rodziny stały się więc ofiarami rosyjskiej agresji.

Historia dżentelmena

Ta opowieść jest częścią całej serii książek napisanych przez polskich ocalałych z Gułagu. Wiele takich pozycji ukazało się w przeciągu ostatniej dekady, gdyż ocalali stoją najczęściej przed dylematem: pisać teraz albo nigdy. Dosłownie wszystkie wspomnienia zostały napisane przez tych, których uratował gen. Władysław Anders.

Elementem tej opowieści oraz innych tego rodzaju jest radość polskich rekrutów i ich bliskich z tego, że mają co jeść, z dostępu do opieki medycznej oraz innych atrybutów normalności, której doświadczyli na Bliskim Wschodzie w latach 1942–1944 i która powinna mieć otrzeźwiający efekt na czytelnika. Mężczyźni przeszli szkolenie wojskowe i wysłano ich do walki z Hitlerem. Ci, którzy przeżyli wojnę, osiedlili się w Anglii lub jej koloniach; wśród nich byli autor, jego matka i dwie siostry. Giedroycia przyjęto do University of London, zdobył dyplom w budowie i obsłudze samolotów, ożenił się i założył idealnie brytyjską rodzinę. Jedna z jego córek jest dziś reżyserką.

Z wielu powodów jego historia jest bardziej wartościowa od innych. Po pierwsze, zdolności narratorskie autora są niesamowite. Styl przypomina Brytyjczyka z wyższej klasy średniej opowiadającego okropne przygody, taka swoista powtórka z „Dr. Livingstone’a, jak przypuszczam?”. W posłowiu autor przypisuje przysługę bezwzględnego oddzielenia ziarna od plew wydawcom. Jednak rola wydawcy musiała być marginalna: książka jest uderzająco oryginalna, podczas gdy wydawcy mają tendencję do nałożenia warstwy jednolitości na tekst, który redagują. Autor relacjonuje swoje piekielne doświadczenia z dowcipem, spokojem i ogromną dawką powściągliwości. Nigdzie w książce nie pojawia się ten ton „spójrzcie na mnie biedaka”, który często przenika historie ocalałych.

Jeśli znakiem jakości i klasy jest brak takiego tonu, to autor zdaje ten test śpiewająco. Potrafi opowiedzieć o „brytyjskim księdzu polowym z homoseksualnymi skłonnościami” tak, by nikogo nie urazić. Królowa Wiktoria zaaprobowałaby jego opis wyjątkowo okrutnych morderstw na tle etnicznym, epidemii dezynterii i wszy na pokładzie statku wiozącego tych kilku szczęśliwych w bezpieczne strony, nie wspominając o jego narracji o dziewięciu latach spędzonych w syberyjskiej wiosce Nikolajewka, gdzie dziewięć osób, obojga płci, niegdyś członków wyższej klasy średniej, stało się marginesem społecznym żyjącym jako komuna w jednym małym pokoju.

Nienaganny polski autora i jego zdolność pamiętania detali czyni z tej opowieści jedną z nielicznych, które poprawnie definiują różnorodne, trudne do wytłumaczenia sytuacje przenikania się kultur. Polskie i brytyjskie systemy szkolne są sprawnie nałożone na siebie, podobnie jak różne warstwy społeczne i obyczaje. Książka zasługuje na pochwałę choćby tylko z powodu umiejętności Giedroycia przelania jednej kultury w drugą.

Jako fragment mozaiki II wojny światowej jest jeszcze bardziej wartościowa. Opowiada historię, która musi zostać opowiedziana, by demitologizować tę wojnę jak walkę między dobrem a złem. Podczas gdy nie było dobrych facetów po stronie Niemców (błagam! Czy wy wiecie, co pisał Claus von Stauffenberg w listach do domu?), było też pełno złych ludzi po stronie Rosjan.

Oczekiwano, że arystokracja odpłaci się za swoje przywileje, służąc państwu w potrzebie. Stanowcze poczucie obowiązku wobec narodu jest jedynym możliwym usprawiedliwieniem dla przywilejów

Także eufemizmy „naziści” i „Sowieci” nie są pomocne w stworzeniu prawdziwego obrazu wojny: to Niemcy, a nie mityczni „naziści” walczyli po jednej ze stron i popełnili niewyobrażalne zbrodnie, i to Rosjanie popełnili mało znane, ale równie niewyobrażalne zbrodnie na terytoriach, które okupowali. Przy całej godnej podziwu delikatności, z którą okrucieństwo jest opisywane w tej książce, autor nie przebiera w słowach ani nie używa eufemizmów, gdy mówi o rzeczach fundamentalnych. Także umiejętność tworzenia historycznych paraleli daje kilka fascynujących akapitów. Kilka z jego niedobrowolnych podróży nałożyło się na wędrówkę Aleksandra Wielkiego do Azji. Był w Palestynie, kiedy hotel Króla Dawida został zbombardowany; słyszał eksplozję. Wśród Polaków uratowanych przez gen. Andersa był Menachem Begin, który brał udział w ataku. Wraz z tysiącami innych polskich Żydów opuścił armię Andersa, by toczyć swoją własną bitwę – kolejny mało znany detal II wojny światowej.

Zdradzeni przez arystokratów

Po wyczerpaniu się wszystkich pochwał na temat tej książki pozostaje ta druga kategoria czytelników, o których wspomniałam na początku: czytelnicy z Europy Wschodniej. Stworzenie takiej kategorii może brzmieć absurdalnie w uszach Brytyjczyków, ale może nie do końca w uszach Szkotów czy Irlandczyków, gdy ich właściciele przypomną sobie swoją utraconą bądź odzyskaną tożsamość. W Europie Wschodniej kwestia tożsamości po dziś dzień pozostaje gorącym tematem debat, gdy wojny należą do przeszłości i nic, jak się wydaje, nie zagraża ewolucji narodowości w kierunku zwyczajnego obywatelstwa. W Europie bitwa o tożsamość była zagorzała, podobnie jak poczucie zobowiązania wobec niej. Polska tradycja katolickiej wierności czyni zaś z niej szczególnie ważną kwestię.

Autor należy do poczesnej rodziny, głęboko zakorzenionej przez wieki w polskiej kulturze i języku. Jak wie każdy studiujący minione wieki, oczekiwano, że arystokracja odpłaci się za swoje przywileje, służąc państwu w potrzebie. Stanowcze poczucie obowiązku wobec narodu jest jedynym możliwym usprawiedliwieniem dla przywilejów, z których korzystała arystokracja przez wieki.

W Europie Zachodniej ta odpowiedzialność obywatelska została przejęta przez wybranych oficjeli pochodzących w większości z klas średnich, a arystokracja stała się osobliwym reliktem przeszłości; w Europie Wschodniej, gdzie inwazje nie pozwoliły na wykształcenie się klasy średniej, narody desperacko potrzebowały ludzi zdolnych do stania w ich obronie i pracowania dla nich, nie będąc wybranymi i nie będąc opłaconymi. Ludzie tytułowani byli wśród tych niewielu, którzy mogli podjąć się tego obowiązku. Niektórzy arystokraci w Polsce dorośli do tej roli. Przykładem takiej postawy są choćby wspomnienia Karoliny Lanckorońskiej (2002) relacjonujące jej życie pełne poświęcenia dla rodaków w okresie przed- i powojennym, nawet w Ravensbrück, gdzie hrabina Lanckorońska została uwięziona przez Niemców.

Jednocześnie jednak polska arystokracja w większości przypadków zawiodła pod tym względem swój kraj, i to nie tylko w czasie II wojny światowej. W latach 80 XX w. w Afryce Południowej natrafiłam na grupę polskich arystokratów szukających dla siebie i rodzin bezpiecznej egzystencji w państwie apartheidu. Ich jedynym wkładem w polską sprawę był udział w corocznym Polskim Balu zorganizowanym przez panie wywodzące się z ich kręgów.

W Stanach Zjednoczonych książęca rodzina Radziwiłłów wżeniła się w kręgi nuworyszów i tyle ich Polska widziała. Gdy przeczytałam więc w „Na krawędzi krateru” opis książęcej rodziny autora, jej korzeni sięgających w XIV w. i opowieści o jej słynnych członkach, których nazwiska przetrwały w historii, mój entuzjazm dla tej historii zdecydowanie zmalał. Można być oczywiście dumnym ze swoich antenatów, i być może wydawcy skłonili autora do pełnego czerpania z minionej sławy swojego rodu. Stało się jednak szybko jasne, że narrator potraktował swoje książęce pochodzenie jako rodzaj piórka do kapelusza, przydatnego w procesie stania się Brytyjczykiem. Zainstalował się więc szybko w Wielkiej Brytanii, gdzie wiódł przyjemne i produktywne życie.

W biografii autora nic nie wskazuje na to, że jego polskie pochodzenie skłoniło go do tego, by działać na rzecz Polski. Jak sam mówi, jedynie amatorsko zajmował się historią Wielkiego Księstwa Litewskiego oraz średniowiecznej Rosji.

W jednym z rozdziałów swoich wspomnień opisuje wakacje w Kairze na początku sierpnia 1944 r. (wówczas w Warszawie rozpoczęło się powstanie). Dwa miesiące później, gdy zryw stłumiono, kolejna radosna chwila: przyjazd rodziny autora. Nie mam nic przeciwko temu, by cieszyć się ze swojej rodziny, ale nawet nie wspomniał on o powstaniu na stronach opisujących sierpień i wrzesień 1944 r. Zamiast tego poznajemy ludzi, którzy piją, rozmawiają, płatają sobie figle i, w przypadku kobiet, rozdają swój urok i elegancję. Autor tłumaczy się, mówiąc, że „młodość ma mało czasu dla spraw wagi państwowej”.

Naprawdę? W wieku 16 lat, setki, tysiące polskich chłopców walczyło w ruchu oporu. W Polsce ciężar poświęceń dla zachowania polskiej tożsamości został udźwignięty przez drobną szlachtę, wykształconych mieszczan, a nawet chłopów, ale nie przez arystokratów, którzy z wdzięcznością wtapiali się w społeczeństwa bardziej szczęśliwe niż ich ojczyzna. Jeśli jest jakieś usprawiedliwienie dla szczodrości i szacunku, którym dany naród obdarza swą arystokrację, to jest to jej gotowość do stania w obronie wspólnoty, która potrzebuje obrońców. Nie znalazłam choćby śladu tej świadomości w książce Giedroycia.

Z punktu widzenia wschodnioeuropejskiego czytelnika jest to zatem opowieść o przetrwaniu i prywacie, która generuje sympatię i współczucie, gdy dotyczy maszyny Gułagu w Sowietach, lecz podnosi także kwestię braku lojalności polskiej arystokracji wobec jej korzeni. Powtarzam, ja nie krytykuję decyzji autora, by pozostać w Wielkiej Brytanii, powrót do okupowanej przez Sowietów Polski byłby samobójstwem. Jednak wielu, którzy zdecydowali się pozostać za granicą, okazywało lojalność i broniło zniewolonej ojczyzny, by wymienić tylko wielkiego krewniaka autora, Jerzego Giedroycia. Dlatego, mimo talentu autora i jego nienagannych manier, nie jestem w stanie jego książki pochwalić jednoznacznie.

Michał Giedroyć, „Na krawędzi krateru”, przekład: Michał Ronikier, Wydawnictwo Literackie 2011

[easychart type=”horizbarstack” height=”30″ width=”200″ title=”W maju nasze przychody wyniosły 6005 zł. Aby przetrwać, potrzebujemy 13300 zł miesięcznie” groupnames=”Wpłacono, Brakuje” valuenames=”ZŁ” group1values=”6005″ group2values=”7295″]

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 23 (35)/2014, 5–11 CZERWCA, CENA: 0 ZŁ
Literaturoznawczyni, profesor literatury porównawczej i slawistyki na Rice University w Houston, redaktor naczelna kwartalnika „Sarmatian Review”. W 1963 r. ukończyła studia filologii rosyjskiej i angielskiej na Uniwersytecie Warszawskim, jest także absolwentką Konserwatorium Muzycznego w Sopocie, doktoryzowała się na Vanderbilt University w Nashville w 1967 r. W latach 1973–1974 była profesorem nadzwyczajnym na Uniwersytecie Virginia. Eseistka i publicystka; w Polsce pisuje w „Nowej Konfederacji”, „Tekstach Drugich”, „Arcanach”, a w USA m.in. w „The Washington Times”, „Slavic and East European Journal”, „Modern Age”, „Slavic Review” i „Houston Chronicle”. Autorka wielu książek, po polsku ukazały się: Trubadurzy imperium. Literatura rosyjska i kolonializm (2002) i Witold Gombrowicz (2002).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz