Wpisz kwotę, którą chesz przekazać na rzecz NK
Po pierwszym sygnale ostrzegawczym, którym było odpalenie strony www.gibalacalaprawda.pl trudno było spodziewać się, że rozkręcająca się właśnie kampania wyborcza pod Wawelem będzie należała do tych spokojnych i najłagodniejszych. Lecz chyba nikt się nie spodziewał tego, co wydarzyło się w pierwszych dniach marca, gdy afera związana z „długiem Gibały” stała się już faktem, wykorzystywanym z całą mocą przez kandydatów w wyścigu o fotel prezydenta Krakowa, nabierając z każdym kolejnym tygodniem medialnego i internetowego rozpędu.
Patrząc jedynie na listę kandydatów, którzy postanowili powalczyć o schedę po Jacku Majchrowskim, niemal jasne było, że rozkręcająca się właśnie kampania wyborcza będzie ostra. Stawka bowiem była ogromna. Jednak nikt chyba nie przypuszczał, że za chwilę dojdzie do wydarzeń, po których z czystym sumieniem będzie można powiedzieć, że doszło do najbrudniejszej kampanii wyborczej w historii Krakowa. A być może także w całej politycznej historii III RP. I nie chodzi jedynie o działanie w internecie i całą wymyśloną oraz skutecznie przeprowadzoną negatywną kampanię, za którą przecież ktoś bardzo konkretny stał i ją sfinansował sporymi pieniędzmi, wynajmując do tego celu ludzi, którzy na pierwszy rzut oka odegrali rolę przypadkowych „słupów”.
Palermo pod Wawelem dopiero się jednak zaczynało. I wcale nie są to słowa nad wyraz
Palermo pod Wawelem dopiero się jednak zaczynało. I wcale nie są to słowa nad wyraz. Oczywiście nikt nikogo w trakcie kampanii wyborczej w Krakowie nie zamordował i nie porwał dla okupu na polityczne zlecenie, jak to podobno mają w zwyczaju rodziny, czy organizacje mafijne z południa słonecznej Italii. Lecz każdy, kto chodź przez dłuższą chwilę miał okazję spędzać czas w takich naznaczonych miastach lub miasteczkach, od razu wyczuwa, że miejscem tym rządzi de facto nieformalny układ lub grupa osób, której oficjalna władza, a następnie społeczność albo z czasem ulega albo się zwyczajnie szybko podporządkowuje.
Dlaczego Palermo? W tym miejscu pokuszę się o pewną anegdotę Pamiętam, jak spędzając kilka lat temu urlop w jednym z sycylijskich małych miasteczek, niespodziewanie w gościnę przyszedł człowiek z grubsza po pięćdziesiątce w słomianym kapeluszu w towarzystwie dwóch mężczyzn, mających przewieszone strzelby przez ramię. Scena niczym z kultowej powieści, czy filmu o „Ojcu Chrzestnym”. Z tego niecodziennego, jak się finalnie okazało bardzo miłego spotkania[1], szczególnie zapadła mi w pamięć rozmowa z owym „dżentelmenem”, który prócz nakreślenia historii owego miejsca był dość dobrze zaznajomiony z mafijną i polityczną rzeczywistością Polski po 1989 roku. Historia grup z Pruszkowa, Wołomina, czy z Trójmiasta nie była dla niego niczym nowym. A wręcz miał nawet znacznie większą wiedzę w tym zakresie ode mnie, wymieniając bez problemów czołowych gangsterów III RP i ich powiązania ze światem biznesu oraz polityki. Ów „dżentelmen” znał nawet prywatne numery telefonów, czy adresy takich bossów, jak Andrzeja Kolikowskiego ps. „Pershing”, czy Andrzeja Zielińskiego ps. „Słowik”[2]. Na tej liście nie zabrakło nikogo, a fakty przedstawiane robiły naprawdę olbrzymie wrażenie. Jednym zdaniem: ów „dżentelmen” wiedział dobrze o czym mówi.
Prawdziwa władza nie znajduje się ani w miejskich ratuszach czy w państwowych parlamentach. Nie mają jej politycy, lecz ludzie, którzy pozwalają tym politykom się nimi stać i wygrywać kolejne wybory
Pozostawiając jednak dość duże emocje na boku, które towarzyszyły temu spotkaniu, owy „dżentelmen” w kilka minut wytłumaczył dość zwięźle, że prawdziwa władza nie znajduje się ani w miejskich ratuszach, czy w państwowych parlamentach. Nie mają jej politycy, lecz ludzie, którzy pozwalają tym politykom się nimi stać i wygrywać kolejne wybory. A nieformalne wpływanie na kampanie wyborcze i poza prawne jej finansowanie tylko po to, by „swój człowiek” objął ten, czy inny urząd jest niemalże codzienną praktyką. I to nie tylko we Włoszech, ale także w wielu innych państwach. Gdy spytałem z przekory czy tak bywało również w Polsce ów „dżentelmen” uśmiechnął się pod nosem i stwierdził, że nie tylko tak bywało, ale dzieje się nieustannie. Zmieniają się jedynie formy i metody wspierania tych, czy innych polityków, ale zasada niezależnie czy dotyczy to wyborów w małym miasteczku, w dużym mieście, czy na szczeblu krajowym pozostaje wciąż niezmienna: „układ” musi przetrwać
Fakty są takie, że w Krakowie starły się dwa światy: wielkiej polityki oraz nieformalnego „układu”, który, aby utrzymać status quo, gwarantujący im milionowe wpływy i kolejne ogromne inwestycje, sięgnął po gangsterskie metody, by tylko wpłynąć na wynik wyborów. Uczyniono to z pełną świadomością wiedząc, że policja i prokuratura są w zasadzie bezradne, a postępowania, które będą wszczęte zakończą się po kilku miesiącach umorzeniem. Na nic dowody z monitoringów, zeznania świadków, widzących zamaskowanych mężczyzn, a także numery rejestracyjne pojazdu, którym rozpłynęli się w gąszczu krakowskich ulic. W tej historii rodem z mafijnego Palermo nie ma happy endu. Jest ona dowodem na to, że instytucje państwa, które powinny stać na straży prawa oraz stać na straży bezpieczeństwa i transparentności wyborów, które są sercem i fundamentem demokracji, kompletnie zawiodły.
Ludzie w kominiarkach
Złodzieje byli precyzyjni i skuteczni. Wiedzieli, czego szukają i gdzie to znaleźć, a przy tym jak nie zostawić żadnych śladów
„Kraków budził się z nocnych ciemności, gdy trzech zamaskowanych mężczyzn zakradło się do domu Leszka Gibały, ojca kandydata na prezydenta miasta. Włamali się cicho i sprawnie, nie zabierając nic wartościowego. Ich celem były dokumenty firmowe, które miały posłużyć jako broń przeciwko synowi Gibały. Złodzieje byli precyzyjni i skuteczni. Wiedzieli, czego szukają i gdzie to znaleźć, a przy tym jak nie zostawić żadnych śladów. Ukradli tylko jeden, konkretny plik dokumentów firmowych, który mógł skompromitować kandydata. Policja rozkładała ręce, a prokuratura na ślepo uwierzyła zeznaniom właściciela pojazdu, którym najprawdopodobniej uciekli sprawcy. To był dopiero początek brudnej gry, która miała zaważyć na wyborach” – tak właśnie można by zacząć książkową sensacyjną opowieść, która mogłaby stać się przyczynkiem do napisania niezłego scenariusza pod niejeden kryminalny serial. Jednak w tym opisie nic nie zostało zmyślone, ani przejaskrawione, a fakty, które poniżej zostaną opisane pokazują dobitnie, jak na oczach całej Polski i największych mediów, ktoś z tylnego fotela postanowił zbierać haki i brudy, by wpłynąć na wynik wyborów.
Dokładnie o godzinie 6:45 policjanci z Komisariatu III w Krakowie udali się pod wskazany przez dyspozytora adres, gdzie według zgłoszenia do domu miało wejść trzech zamaskowanych mężczyzn pod nieobecność właściciela. Tego dnia, tj. 8 marca 2024 roku, policyjny patrol nie napotkał nikogo. Na ogrodzonej posesji brama i bramka wejściowa były zamknięte. Funkcjonariusze po sforsowaniu ogrodzenia mocnym kopnięciem weszli na jej teren, w celu dokonania oględzin i sprawdzenia miejsca zdarzenia. Zarówno z przodu, jak i z tyłu ogrodu nikogo nie zauważono. Na tyle domu przy tarasie ujawniono otworzone drzwi balkonowe z widocznymi zadrapaniami. Prawdopodobnie użyto do otwarcia drzwi płaskiego śrubokręta, który z łatwością poradził sobie ze starymi drewnianymi futrynami. Przynajmniej do takiego wniosku dojdą potem śledczy. Poza śladami na drzwiach balkonowych, mieszczących się z tyłu domu, nie ujawniono innych śladów, świadczących o wtargnięciu siłą do środka. Drzwi wejściowe były nienaruszone i zamknięte na dolny zamek.
Policjanci, którzy dotarli na miejsce zdarzenia po wejściu do domu dokonali penetracji wszystkich pomieszczeń. Zaczęli od parteru, poprzez piwnicę, kończąc na pierwszym piętrze domu – z wynikiem negatywnym. W pomieszczeniach domu panował ogólnie nieład. W poszczególnych pomieszczeniach porozrzucane zostały rzeczy na podłodze i łóżkach. Sprawcy, dokonując przeszukania, robili to prawdopodobnie z dość dużym pośpiechem, tłukąc kryształy, czy niszcząc ramę łóżka. Ktoś pootwierał szafy i powysuwał szuflady, z których – ku zaskoczeniu funkcjonariuszy – znajdowały się dolary, euro, złote zegarki, czy paszport. W pokoju przejściowym ujawniono psa średniej wielkości nieokreślonej rasy.
Tak mniej więcej właśnie w policyjnych kartotekach zaczyna się właśnie ta sprawa, która już od samego początku powinna budzić podejrzenie, że nie jest przypadkowa. Dlaczego? Bowiem, jak się dość szybko okazało, , poza segregatorami z dokumentami finansowymi firm, których właścicielem jest Leszek Gibała w zasadzie nic wartościowego nie zginęło. Lecz o tym za chwilę.
Pierwsze czynności policjantów, uczestniczących w tej interwencji, pozwalają dotrzeć do bezpośredniego świadka tego zdarzenia. Okazuje się, że trzej zamaskowani i ubrani na czarno mężczyźni już dzień wcześniej tj. 7 marca ub.r. ok godz. 6:30 byli widziani przed tym samym domem. Mężczyźni o szczupłej posturze ciała i wzroście ok. 180 cm, mieli przez krótką chwilę obserwować dom, a następnie wrócić na jedną z sąsiadujących ulic. Właściciela także i wtedy miało nie być w domu.
Świadek zauważył ponownie wysokich, ubranych na czarno zamaskowanych mężczyzn, chodzących już po posesji
Sytuacja miała się dokładnie powtórzyć w dniu kolejnym, kiedy to o podobnej porze Leszek Gibała – jak później zezna – wyjechał z domu prywatnym samochodem, udając się do siedziby swojej firmy. Niemalże od razu po opuszczeniu przez niego domu, świadek zauważył ponownie wysokich, ubranych na czarno zamaskowanych mężczyzn, chodzących już po posesji. Na początku dwóch, po chwili dołączył trzeci. Mieli zakryte twarze wraz z nosem, widoczne były tylko oczy, na głowach mieli czapki bądź kaptury. Ich charakterystyczne ruchy wskazywały na to, że są to mężczyźni dość sprawni fizycznie. Dlaczego tym razem naoczny świadek postanowił zadzwonić na numer alarmowy 112, skoro dzień wcześniej tego nie zrobił? Jak tłumaczył zamaskowanych mężczyzn, którzy idąc bardzo wolno rozglądali się spokojnie po okolicy, wziął wówczas za funkcjonariuszy służb. Nie zauważył wtedy, aby wchodzili oni na teren posesji, czy do samego domu Gibałów.
[1] Rzecz miała miejsce na początku poprzedniej dekady na południu Włoch, w jednym z małych miasteczek na Sycylii
[2] Szefowie tzw. grupy pruszkowskiej, będącą przez ponad dekadę największa zorganizowaną grupą przestępczą w Polsce.
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Idea wprowadzenia w Polsce czterodniowego tygodnia pracy stoi w jaskrawej sprzeczności z tym, czego nauczyłem się na studiach oraz w pracy zawodowej i naukowej w USA
Zróbmy na początek skrzynki przy obcych ambasadach. I nie jakiś stary postkomunistyczny badziew, ale porządne elektroniczne z numerkami, lampkami i muzyczką…
Decyzja prezydenta Karola Nawrockiego z 25 sierpnia 2025 r., by zawetować nowelizację specustawy o pomocy obywatelom Ukrainy, stała się testem, czy polski prezydent potrafi myśleć w kategoriach raison d’état i realpolitik, czy ulega logice doraźnego sporu.
Fragment książki „Polska i Trump” prof. Czaputowicza.
Powołanie ponadpartyjnego związku, tzw. PoCiot, łagodziłoby biednym dzieciom polityków dyskomfort moralny…
Rozmowy o pokoju na Ukrainie – teatr dla Zachodu czy realna szansa? Czy w Strefie Gazy możliwe jest trwałe zawieszenie broni? Nad Donaldem Trumpem zbierają się czarne chmury. Symboliczne, ale nie bez znaczenia napięcia między Chinami a USA. Tymczasem Kanada wykonuje geopolityczny zwrot ku Europie.
Zapisz się na listę mailingową i wybierz, na jaki temat chcesz otrzymywać alerty:
Login lub e-mail
Hasło
Zapamiętaj mnie