Unia Europejska w kryzysie egzystencjalnym?

2.3 Węgry i podział aksjologiczny

Pewien pesymizm w ocenie bieżącej sytuacji bierze się stąd, że kryzys w UE sięgnął warstwy najbardziej delikatnej i wrażliwej, czyli systemu wartości. Coraz wyraźniej widać, że przedmiotem debaty są już nie tylko kwestie finansowe, monetarne, socjalne, czy nawet bezpieczeństwa, lecz właśnie wartości. Rozpoczęła się nie tylko debata, lecz wprost bój o to, jak przyszła Europa i UE mają być, na jakich zasadach i wartościach się opierać.
Orbán zaczął szukać partnerów poza kontynentem i poza Zachodem, a także świadomie podważać kolejno kryteria kopenhaskie i stojący u ich podstaw system równowagi i kontroli władz
Dotychczas wszystko było jasne. Jedna z definicji czym jest UE mówiła jednoznacznie: wspólnotą wartościi. Jakich? To też zdefiniowano – przypomnijmy, że z racji perspektywy przyjmowania do UE państw obszaru pokomunistycznego – w postaci wspomnianych już wyżej kryteriów kopenhaskich z czerwca 1993 roku. Dzisiaj już jednak tak nie jest, a rolę pioniera pod tym względem należy przyznać Węgrom i ich charyzmatycznemu premierowi Viktorowi Orbánowiii. To on już w 2012 r. otwarcie stwierdził, iż powątpiewa w to, czy instytucje europejskie, w tym Komisja, Parlament i Rada Europejska, będą w stanie wyrwać Europę z kryzysów, w których się pogrążyła. Na tej podstawie z jednej strony zaczął szukać partnerów poza kontynentem i poza Zachodem, w ramach zainicjowanej "strategii otwarcia na wschód" (keleti nyitás). Natomiast z drugiej, zaczął świadomie podważać kolejno kryteria kopenhaskie i stojący u ich podstaw system równowagi i kontroli władz (checks and balances), na rzecz silnej egzekutywy i jeszcze silniejszego premiera. System ten w lipcu 2014 r. sam zdefiniował jako "demokrację nieliberalną"iii, co odbiło się nawet sporym echem w świecie. Orbán dał przykład jeszcze pod jednym względem, a mianowicie – wychodząc z kalkulacji wewnętrznych, gdzie ostro naciskał mu na pięty skrajny Jobbik – otwarcie przeciwstawił się w 2015 r. migracyjnej fali, która trafiła także na Węgry, a nawet zdecydował się budować mury i zasieki na granicach. Odwracał tym samym nie tylko całą swoją politykę (startował jako liberał), ale też wyroki historii, które na Węgrzech przyniosły zmianę systemu właśnie poczynając od symbolicznego rozmontowania "żelaznej kurtyny", czyli zasieków na granicy z Austriąiv. Jak wiadomo, od jesieni 2015 r. Węgry znalazły dość wiernego naśladowcę w Polsce, co podniosło temperaturę europejskiej debaty i jednoznacznie dowodzi, iż mamy do czynienia ze sporem właśnie o wartości i imponderabiliav. Koncepcje Budapesztu i Warszawy są bowiem zupełnie odmienne od tych, jakie proponują Paryż czy Bruksela. Ma zatem dużo racji znany liberalny analityk Ivan Krastew, gdy twierdzi, że mamy przed sobą w V-4 i naszym regionie poważny dylemat: Macron czy Orbánvi? Prawdziwy problem, a w gruncie rzeczy nieszczęście polega na tym, że ten spór jest na tyle zasadniczy, a stojące za nimi racje ideologiczne i polityczne są na tyle rozbieżne, że trudno szukać nadziei na dialog i porozumienie, których dzisiejszej Europie, szarpanej kryzysami, tak bardzo potrzeba, podobnie jak poczucia empatii, solidarności, dialogu i wzajemnego zrozumieniavii. Zamiast tego odnosi się wrażenie, że mamy do czynienia z dialogiem głuchych, a przekonani trafiają do (swoich) przekonanych. Praktycznie na wszystkich scenach wewnętrznych państw członkowskich UE doszło do poważnego pęknięcia: na euroentuzjastów i eurosceptyków, zwolenników społeczeństwa otwartego lub zamkniętego w narodowym kokonie (symbolem otwarty spór na linii V. Orbán – G. Soros), na zwolenników i przeciwników "Brukseli", coraz częściej przypominającej w tym dyskursie jakiś mityczny twór (albo widmo lub zagrożenie), a nie instytucje faktycznie tam działająceviii.