KRAJOBRAZ PO SAMORZĄDOWEJ BITWIE. Jak wygląda Polska po wyborach z 2018 r.?

2. Wybory prezydenckie

Wybory prezydentów miast – zwłaszcza tych największych – skupiały największą uwagę mediów i polityków szczebla ogólnopolskiego. Rywalizacja między Rafałem Trzaskowskim a Patrykiem Jakim miała być probierzem układu sił między głównymi partiami. Tak ukształtowana – a nawet do pewnego stopnia zdeformowana – stawka w grze nie była jednak symboliczna. Fotel prezydenta miasta stał się w obecnych realiach atrakcyjniejszy od funkcji marszałka. Nie tylko dlatego, że miasta wojewódzkie dysponują większymi budżetami niż województwa, których są stolicami. Nawet nie dlatego, że funkcję prezydenta sprawuje się jednoosobowo, nie podlegając – jak to bywa z marszałkami – fluktuacjom w strukturach rodzimej partii. Istotna zmiana to nowa perspektywa finansowa Unii i brak tej siły, jaką marszałkom i zarządom województw dawał przywilej rozdzielania środków europejskich.

Oczywiście analizowanie wyników rywalizacji o fotele prezydentów w ten sam sposób, w jaki czyni się to w przypadku samorządu wojewódzkiego nie ma sensu. Afiliacje partyjne są tu często rozmyte i wieloznaczne. Czym innym dla partii jest zwycięstwo własnego kandydata, czym innym niezależnego korzystającego z jej poparcia, czym innym wreszcie – sukces kandydata startującego pod szyldem lokalnym, ale związanego z partią. Co więcej – liczne przypadki zrywania więzów z partią przez prezydentów, którzy pierwszy raz wygrywali pod jej sztandarem sprawiają, że dzisiejsze zwycięstwo może oznaczać przyszłe kłopoty.

Po raz pierwszy w dużych miastach w wyborach samorządowych głosowano tak masowo. Było to zjawisko bez precedensu w historii wyborów samorządowych prowadzonych w systemie bezpośredniej elekcji prezydentów

Drugi problem z analizą partyjno-politycznego wymiaru wyborów prezydentów miast związany jest z definiowaniem charakteru części zwycięstw i całościowego wydźwięku wyników wyborów. Fakt, iż kandydaci rządzącej i zwycięskiej w wyborach sejmikowych partii ponieśli w wyborach prezydenckich srogie porażki, sprawił, że część polityków i komentatorów tłumaczyła to jako zwycięstwo „antyPiS-u”. Po pierwsze – bardziej precyzyjne byłoby mówienie o zwycięstwie „niePiS-u”, a zatem kandydatów niekoniecznie wobec obecnego obozu władzy krytycznych, ale po prostu odeń niezależnych.

Trzeci aspekt – widoczny chyba jeszcze wyraźniej na poziomie małych miast, także tych rządzonych przez burmistrzów – to po prostu odrzucenie słabych kandydatów wskazanych przez PiS. Także w tych miastach, w których bardzo dobry wynik osiągały listy sejmikowe tej partii. Trudno taki podzielony głos interpretować jako stawkę na „antyPiS”, łatwiej jako niezgodę na wpychanie do lokalnych władz partyjnych aparatczyków bez większego doświadczenia i zasług.