Grupa Wyszehradzka i Unia. Polityka europejska w programach głównych sił politycznych w Grupie Wyszehradzkiej

2. WIZJA PRZYSZŁOŚCI I USTROJU UE

Przed akcesją przyjmowano w V4 jako niemal pewniki teorie neofunkcjonalistyczne, zgodnie z którymi wcześniej czy później zwieńczeniem całego procesu integracyjnego będzie jakaś nowa formuła federacyjna, unia polityczna i ponadnarodowy twór na scenie międzynarodowej. Te założenia zostały po raz pierwszy jawnie zakwestionowane przez największego gracza w tym ugrupowaniu, czyli Polskę, w latach 2005-07, gdy dominujące w ówczesnej koalicji Prawo i Sprawiedliwość (PiS) po raz pierwszy z taką mocą i na taką skalę zaczęło mówić o suwerenności i narodowych interesach. Po wyborach jesienią 2007 r. i przejęciu rządów przez stale euroentuzjastyczną Platformę Obywatelską (PO) proces uległ odwróceniu. Nastąpił wtedy – jak to ujmowano w ówczesnych kręgach rządowych – „powrót do głównego nurtu integracji”, rozumiany jako ścisła współpraca w ramach, nadal obowiązującej, mantry ever closer Union.

Podstawowy problem polegał na tym, że dotychczasowy konsensus w sprawach integracji został złamany – i nie jest odbudowany do dziś. Natomiast po 2010 r. i po dojściu do władzy wiosną tego roku premiera Viktora Orbána i jego koalicji Fidesz – KDNP (maleńka partia chrześcijańsko-demokratyczna), rolę „naczelnego eurosceptyka w regionie” przejął na siebie Budapeszt – i to on, mimo powrotu PiS do władzy jesienią 2015 r. – pełni ją aż do dzisiaj, czasami sam, czasami na równi z Warszawą.

Charyzmatyczny, wyrazisty i decyzyjny, a przy tym rządzący państwem, nie tylko partią, w sposób coraz bardziej jednoosobowy, korzystając z konstytucyjnej większości V. Orbán nie tylko zmienił – od 1 stycznia 2012 r. – własną konstytucję na wyraziście narodową z ducha, ale narzucił też, najpierw Węgrom, a potem coraz bardziej innym partiom w V4 oraz UE, zupełnie nowy dyskurs nt. integracji, a z czasem – wizji dalszej integracji. Wychodzi on z koncepcji interesu narodowego, obrony własnej tożsamości, jak też ostro przeciwstawia się „Brukseli”, sięgając nawet po argument „dyktatu wielkich mocarstw” (na Węgrzech szczególnie podatny na szeroką społeczną akceptację ze względu na „traumę Trianon”, czyli rozbicie węgierskiego państwa i narodu po I wojnie światowej, powtórzone po II wojnie).

Ciekawe, że w pierwszym programie wyborczym Fideszu, który to program doprowadził partię do zwycięstwa (i kwalifikowanej większości) wiosną 2010 r. węgierscy eksperci piszący dla Fundacji F. Eberta doszukali się ogółem 9 odniesień do UE, wśród których, owszem, znalazło się krytyczna uwaga mówiąca o „nadmiernie rozbudowanej biurokracji” w Brukseli, a nawet – utrzymywana do dziś – koncepcja „otwarcia na Wschód” oraz idea Węgier jako „promu” między Wschodem a Zachodem, ale całość tamtego programu trudno było wówczas uznać za platformę otwarcie eurosceptyczną. Dopiero potem najpierw groźba grexitu (a Węgry znajdowały się wówczas w podobnie opłakanej sytuacji gospodarczej i zadłużenia, jak Grecy), a następnie konsekwencje wymienionych wcześniej kryzysów sprawiły, że V. Orbán zaczął przechodzić na pozycje coraz bardziej eurosceptyczne. Natomiast od 2015 r., gdy fala migracyjna trafiła na Węgry, przejął nawet – mocny w tonacji – antymigracyjny program skrajnie nacjonalistycznej partii Jobbik (a wybory 2018 r. potwierdziły, że także znaczną część jego elektoratu).

Orbán i jego decyzja o postawieniu płotu i zasieków na granicach w lecie 2015 r., a potem ustawienie kampanii wyborczej przed wyborami 2018 r. na zaledwie dwóch filarach: sprzeciwu wobec uchodźców oraz rzekomemu „spiskowi” wywodzącego się z Węgier George’a Sorosa, polegającemu na dążeniu do wielokulturowości, wywołał prawdziwy ferment w całej UE, nie tylko w V4. Natomiast jego decyzje coraz bardziej kazały stawiać otwarte pytanie, czy sięgając po raz trzeci po kwalifikowaną większość V. Orbán nie gra przypadkiem jeśli nie na wyjście z UE, to przynajmniej gruntowną zmianę jej charakteru. Tym bardziej, że jest to pierwszy polityk z regionu, który już w 2013 r. otwarcie podważył kompetencje instytucji europejskich i ich zdolność do wyprowadzenia UE z kryzysów, a w rok później przy tej samej okazji zdefiniował swój system jako „demokrację nieliberalną”, wchodząc tym samym na zupełnie inny poziom dyskursu i wywołując w istocie w UE kryzys aksjologiczny, czyli spór o wartości, na których UE ma być oparta (bowiem liberalne kryteria kopenhaskie z całą pewnością zostały na Węgrzech podważone).

Dynamiczny, wyrazisty i skuteczny, przynajmniej u siebie, na scenie wewnętrznej, V. Orbán narzucił więc w pewnym sensie swoją wizję nie tylko Węgrom, ale też krajom ościennym i wszystkim siłom eurosceptycznym w UE, traktującym go raz jako symbol, a nieraz jako Mesjasza (czego dowodem np. doroczne „pielgrzymki” do Budapesztu organizowane przez środowisko „Gazety Polskiej”). W tym sensie nawet tak wyrazisty i charyzmatyczny (przynajmniej w swoim obozie politycznym) lider jak Jarosław Kaczyński jest zmuszony w sprawach europejskich „uczyć się od Orbána”.

Dla V. Orbána i Fideszu przyszłość UE może być oparta tylko i wyłącznie na silnych i suwerennych państwach członkowskich, z jak najmniejszym przenoszeniem decyzji i odpowiedzialności na poziom ponadnarodowy. Pełen wyraz znalazł ten program w kolejnym kluczowym wystąpieniu w lipcu 2018 r., gdy węgierski premier przeciwstawił demokrację liberalną „demokracji chrześcijańskiej” oraz zaapelował o „zmianę pokoleniową” w UE i postawił kolejna głośną tezę, zgodnie z którą: „30 lat temu myśleliśmy, że Europa to nasza przyszłość, dzisiaj natomiast sądzimy, że to my jesteśmy przyszłością Europy”. Przy czym to „my” w jego wywodzie należało rozumieć jako tych, którzy prowadzą politykę polegającą na obronie chrześcijańskich wartości, przeciwną napływowi migrantów i otwartym granicom, chroniącą narodową tożsamość, a nade wszystko niewyrażającą zgody na dotychczas dominujący liberalny nurt w polityce i systemie wartości.

Podobnie rozumianą politykę zaczął po 2015 r. wprowadzać w Polsce PiS, a niektórzy eksperci tej partii, jak europosłowie Ryszard Czarnecki czy Zdzisław Krasnodębski, nie wykluczali nawet możliwości rozpadu UE. Jednakże program PiS na ten temat milczy. Natomiast w przyjętej w marcu 2019 r. „Deklaracji europejskiej”, złożonej z 12 punktów (tylu, ile jest gwiazd na fladze europejskiej) mówi o Unii „równych państw”, opartej na polityce spójności, rodzinie jako podstawowej komórce społecznej, a zarazem jest przeciwny „szaleńczej polityce związanej z uchodźcami”. Mówi też o „Europie wartości” rozumianej podobnie, jak wcześniej ogłosił to węgierski premier.

Odnosi się nieodparte wrażenie, że dla kręgów aktualnie rządzących w Budapeszcie i Warszawie najbardziej wskazany – i pożądany scenariusz – to powrót do UE ograniczonej do strefy wolnego handlu, najlepiej pomiędzy suwerennymi państwami, a w kontekście kryzysu migracyjnego, co ważne, sięgający też do historycznej tożsamości (antemurale Christianitatis). Jak pisano w programie PiS jeszcze z 2014 r.: „chcemy by Unia powróciła do swoich korzeni (…). Proponujemy eurorealistyczną wspólnotę narodów i państw w miejsce europejskich mrzonek lub wizji eurodominacji najsilniejszych”. Jak widać, wątki i postulaty „orbanowskie”, by sprzeciwiać się dominacji wielkich (w tym przypadku, między wierszami, przede wszystkim Niemiec) były i są stale obecne w programach partii rządzącej po 2015 r. w Polsce.

Co ciekawe, podobnie widzi przyszłość UE czeska partia Akcja Niezadowolonych Obywateli – ANO i jej lider, premier Andrej Babiš. Ograniczają się oni jednak do postulatu, by „ludzie mogli swobodnie się poruszać i handlować” Nie ma w tym podejściu tego ideologicznego i aksjologicznego zacięcia, jakie daje się wyraźnie wychwycić w koncepcjach Fidesz czy PiS. ANO wydaje się być o wiele ostrożniejsza, a przez to nieco mniej eurosceptyczna.

Zupełnie inaczej postrzega przyszłość UE rządząca, choć mocno osłabiona skandalami korupcyjnymi i kryzysem po zamordowaniu dziennikarza śledczego Jana Kuciaka, co spowodowało „odejście na drugą linię” dotychczasowego premiera Roberta Fico, słowacka partia (z nazwy socjaldemokratyczna, z ducha populistyczna) Smer, która w tezach programowych z października 2016 postawiła sprawę jasno i bez niedomówień: „jesteśmy partią proeuropejską” i „chcemy być w jądrze UE”, co Fico wielokrotnie powtarzał.

Oczywiście, taki stan rzeczy bierze się też stąd, iż Słowacja jako jedyne państwo V4 jest w strefie euro – i pragnie w niej pozostać. Bezdyskusyjny fakt jest jednak taki, że siły dotychczas Słowacją rządzące mają wizję UE znacznie bliższą siłom opozycyjnym w Polsce, takim jak PO, czy Nowoczesna oraz przedstawiciele Węgierskiej Partii Socjalistycznej – WPS oraz oderwanej od niej Koalicji Demokratycznej – KD byłego premiera Ferenca Gyurcsányego (tamtejsi liberałowie i inne drobne partie się nie liczą). Smer różni się od nich jedynie silniej akcentowanym znaczeniem polityki prorodzinnej i socjalnej.

Najciekawszy przypadek pod tym względem można natomiast odnotować w opozycji czeskiej, gdzie tamtejsza partia Wolność i Demokracja Bezpośrednia – SPD Tomio Okamury argumentuje, że „dawne formy zależności od UE i USA nie zakończyły się sukcesem”. Partia ta, podobnie jak węgierski Jobbik, a ostatnio coraz otwarcie Fidesz (który w kwestiach narodowych staje się coraz bardziej radykalny) argumentuje między innymi, że: „UE nie stanowi już przyczółka wolności i demokracji, lecz stała się źródłem manipulacji, cenzury, szantażu i przypomina przez to stanowisko ZSRR w czasach RWPG”. Dlatego też SPD zapowiada, jako bodaj jedyna w V4 tak otwarcie, że w przypadku dojścia do władzy będzie postulowała rozpisanie narodowego referendum nad dalszym pozostaniem w UE, której nie szczędzi w swym oficjalnym programie takich oto, niezwykle krytycznych argumentów: „Jak pokazują ostatnie realia i fakty, członkostwo w UE staje się dla Republiki Czeskiej kosztowne i niebezpieczne. Od momentu naszego przystąpienia w 2004 r. UE uległa zasadniczym zmianom. W szczególności uderza w niej ogromny wzrost biurokracji i produkcja około 200 tys. stron przepisów prawa, które mogą być bardzo trudne do spełnienia, a zarazem trudne w rozeznaniu”. A najgorsze ze wszystkiego, zdaniem tej partii, jest to, iż „Traktat lizboński znaczną część niezależności Republiki Czeskiej przekazał do «eurobiurokracji»”; tej samej, która stanowi niestrawną ość dla PiS czy Fideszu.

Innymi słowy, wiele ugrupowań w V4 uzależnia przyszłość UE od skutecznego programu zwalczania tzw. deficytu demokratycznego, a ostry eurosceptycyzm partii T. Okamury w kwietniu 2019 r. sprowadził do Pragi Marine Le Pen i Geerta Wildersa, postaci symboliczne dla obozu przeciwników UE w skali ogólnoeuropejskiej, gdzie razem w trójkę wystąpili na masowym wiecu stanowiącym platformę SPD przed nadchodzącymi wyborami do Parlamentu Europejskiego.