Newsletter

Zmierzyć się z legendą Wyklętych

Według jednej z obowiązujących narracji, Wyklęci są niemal współczesnymi świętymi, według drugiej – zbrodniarzami. Zychowicz nie wpasowuje się w żadną z tych narracji

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

„Skazy na pancerzach. Czarne karty epopei Żołnierzy Wyklętych” Piotra Zychowicza są książką dość niecodzienną w polskiej debacie na temat Żołnierzy Wyklętych. Nieczęsto bowiem się zdarza, aby publicysta o poglądach prawicowych i konserwatywnych próbował się zmierzyć z kultywowanym przez własne środowisko mitem historycznym. Piotr Zychowicz przyzwyczaił nas jednak swoimi wcześniejszymi książkami, że lubi iść pod prąd szeroko rozumianej poprawności historycznej. W debiucie „Pakt Ribbentrop-Beck” rozważał, czy Polska nie powinna wzorem Węgier wejść w II wojnę światową po stronie hitlerowskich Niemiec. Słusznie zastanawiając się nad tym, czy w ten sposób nie udałoby się znacząco ograniczyć strat ludności cywilnej, równocześnie wpasowywał się w narrację rosyjskiej polityki historycznej. W „Obłędzie ’44” z kolei poddał bezwzględnej krytyce dowódców Powstania Warszawskiego. I choć był już mniej oryginalny niż w poprzedniej książce, lecz reakcje wywołał jeszcze ostrzejsze. Unikający na ogół ostrych sądów prof. Andrzej Nowak w felietonie opublikowanym na portalu niezależna.pl stwierdził nawet, że książka nosi trafny tytuł.

Święci czy bandyci?

W 2018 r. Zychowicz powraca z kolejnym trudnym tematem. Tym razem bierze na tapet zbrodnie dokonane przez podziemie antykomunistyczne. Głównymi bohaterami jego książki są Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka” Mieczysław Pazderski „Szary”, Romuald Rajs „Bury”, Józef Kuraś „Ogień”, Józef Zadzierski „Wołyniak”, Józef Biss „Wacław”. Z formacjami kierowanymi przez tych dowódców związane są zbrodnie w Dubinkach, Wierzchowinach, Zaleszanach, Puchałach Starych, Krościeńku, Piskorowicach i Pawłokomie. Osobny rozdział autor poświęcił postawie podziemia antykomunistycznego wobec Żydów. O wszystkich tych wydarzeniach napisano już sporo, ale żadna z prac nie posiada charakteru syntetycznego. Książka Zychowicza jest nie tylko syntezą, lecz również publicystyką historyczną, przez co ma szansę trafić do szerokiego audytorium. O tym, że istnieje konieczność uczciwego mówienia o zbrodniach popełnionych przez Wyklętych, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Coroczne obchody narodowego dnia ich pamięci coraz bardziej zaczynają przypominać uroczystości religijne. A skoro żołnierze podziemia antykomunistycznego jawią się jako współcześni święci, to wszelka informacja o popełnionych przez nich zbrodniach trafia do szufladki z napisem „komunistyczna propaganda”. Nachalnej gloryfikacji podziemia antykomunistycznego przeciwstawiana jest również niemal równie irytująca kontrnarracja części liberałów i lewicy, która zbrodnie popełnione przez „Burego” czy „Ognia” wykorzystuje do tworzenia opowieści o „żołnierzach przeklętych”. W pierwszej opowieści nie ma miejsca na zbrodnie popełnione przez podziemie, w drugiej – winy jednostek są wykorzystywane do oczerniania tysięcy.

Zychowicz nie wpasowuje się w żadną z tych narracji. Swoim zwyczajem idzie pod prąd, próbując opisywać temat w sposób, który uważa za uczciwy. I rzeczywiście na ogół się mu to się udaje. Przede wszystkim dlatego, że w rzetelny sposób podchodzi do źródeł i opracowań. Gęsto cytuje rozmaite dokumenty, zapiski prasowe, wspomnienia. Przeciwstawia je ze sobie, porównuje i wyciąga wnioski. Na ogół ma w nich rację, czasem się myli. Trudno uznać np. wspomnienia żołnierzy NSZ za źródło mogące służyć rozstrzygnięciu, czy działania „Burego” miały charakter czystki etnicznej. Nieprzekonujące jest też przywoływanie opinii Aleksandra Sołżenicyna jako dowodu na „żydokomunistyczny” charakter Związku Sowieckiego. Ale to w istocie szczegóły. Przez to, że Zychowicz szeroko operuje źródłami, czytelnik może się z jego interpretacją zgodzić, albo w oparciu o przytoczone źródła stworzyć własną.

Nachalnej gloryfikacji podziemia antykomunistycznego przeciwstawiana jest również niemal równie irytująca kontrnarracja części liberałów i lewicy, która zbrodnie popełnione przez „Burego” czy „Ognia” wykorzystuje do tworzenia opowieści o „żołnierzach przeklętych”

Na uznanie zasługuje fakt, że autor bardzo często oddaje głos ocalałym ze zbrodni dokonanych przez podziemie antykomunistyczne. Niektóre z tych opisów budzą przerażenie, a nawet wywołują odruchowy sprzeciw. Mowa tu zwłaszcza o relacjach świadków w rozdziale poświęconym postaci Józefa Zadzierskiego „Wołyniaka”. Pojawia się w nich ksiądz z parafii w Tarnawcu, który miał mówić, że ten, kto zabije Ukraińca, „nie ma grzechu”. Są też polscy partyzanci, rozpruwający brzuchy i wykłuwający oczy bezbronnym cywilom. Być może jest to przesada, ale czy niektóre polskie środowiska „patriotyczne” nie lubują się w opowieściach o powszechnie święconych nożach na Wołyniu i 362 sposobach tortur realizowanych przez UPA? Zychowicz niejeden raz na kartach swojej książki podkreśla, że nie może być miejsca na podwójne standardy w podejściu do relacji ofiar. Jeżeli dajemy wiarę relacjom polskich ofiar Wołynia, mamy obowiązek ufać także ukraińskim, białoruskim czy żydowskim ofiarom polskiego podziemia.

Bez ulgi dla historyków

Wołając o równy dystans wobec źródeł i elementarną uczciwość badawczą, Zychowicz nie szczędzi krytyki części polskiej, patriotycznie nastawionej historiografii. Można z przekąsem stwierdzić, że pominąwszy wyżej wymienionych partyzantów, głównym negatywnym bohaterem książki Zychowicza jest dr Kazimierz Krajewski z IPN, a w roli pomniejszych szwarccharakterów występuje kilku badaczy o podobnych poglądach. Zychowicz pokazuje „metodologię” pracy ze źródłem historycznym stosowaną przez tych naukowców. W tej „metodologii” relacje świadków są odrzucane jako „komunistyczna propaganda”, jeżeli tylko przedstawiają Wyklętych w negatywnym świetle. W istocie ta „metodologia” nie różni się niczym od tej, którą posługują się historycy Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej przy opisywaniu zbrodni na Wołyniu. Zychowicz to dostrzega, pisząc: „Warsztat nacjonalistów polskich i ukraińskich jest bowiem identyczny. Jedni i drudzy stają na głowie, żeby oczyścić swych idoli z winy”.

Nieprzekonujące jest też przywoływanie opinii Aleksandra Sołżenicyna jako dowodu na „żydokomunistyczny” charakter Związku Sowieckiego

Autor poczynił w książce kilka ważnych uwag dotyczących problemu zbrodni polskiego podziemia na Ukraińcach i pojednania polsko-ukraińskiego. Słusznie twierdzi, że nie wolno nam zapominać o ofiarach ludobójstwa popełnionego przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, a jednocześnie nawołuje do przyznania się do polskich zbrodni na ukraińskich sąsiadach. Ten akt ma być wyznaniem prawdy, probierzem „naszej narodowej dojrzałości” i „zwykłej ludzkiej przyzwoitości”. Ale nie tylko. Zychowicz trafnie zauważa, że domaganie się od Ukrainy potępienia ludobójstwa na Wołyniu i w Galicji Wschodniej, przy równoczesnej nieumiejętności adekwatnej oceny bez porównania mniejszych skalą zbrodni polskiego podziemia, „nie wystawia nam najlepszej oceny” (od siebie dodałbym, że utrudnia też prowadzenie przemyślanej i skutecznej polityki historycznej). Pewnego rodzaju symbolem nieumiejętności poradzenia sobie z ciemnymi kartami jest pomnik poświęcony pomordowanym w Pawłokomie Ukraińcom, na którym nie wymieniono sprawców zbrodni. Nie są oni zresztą wskazani także na pomnikach w Sahryniu, Wierzchowinach, Piskorowicach…

Po stronie ofiar, ale których?

Niestety praca Zychowicza ma również kilka wad, które nieco psują ogólne wrażenie. Po pierwsze w zakończeniu autor pisze: „Sądzę, że przyzwoity człowiek zawsze powinien stać po stronie ofiar. A nigdy po stronie oprawców. Nawet jeżeli oprawcy pochodzą z jego własnego narodu”. To stwierdzenie jest ze wszech miar słuszne. Problem polega na tym, że Zychowicz chyba nie w pełni w nie wierzy. Albo, co bardziej prawdopodobne, że rozumie je w sposób odmienny ode mnie, próbując dokonać swoistego połączenia ognia z wodą. Z jednej strony opisuje zbrodnie „Burego”, „Szarego” czy „Łupaszki”, z drugiej – przytacza bohaterskie karty ich biografii. I – jak zdaje się twierdzić – zbrodnie popełnione przez tych partyzantów nie przekreślają ich bohaterstwa. Jeżeli dobrze rozumiem intencje Zychowicza, to inaczej rozumiemy „stanie po stronie ofiar”. W mojej perspektywie oznacza to również całościowe potępienie poszczególnych sprawców. I o ile jeszcze mogę znaleźć okoliczności łagodzące dla „Łupaszki” i „Ognia” (nie znajdowali się na miejscu zbrodni dokonanych przez własne oddziały), to już masowe zbrodnie dokonane przez „Wacława” czy „Wołyniaka” jednoznacznie wykluczają ich ze zbiorowości polskich bohaterów.

Pominąwszy wyżej wymienionych partyzantów, głównym negatywnym bohaterem książki Zychowicza jest dr Kazimierz Krajewski z IPN, a w roli pomniejszych szwarccharakterów występuje kilku badaczy o podobnych poglądach

Nie zgadzam się również z argumentacją, którą Zychowicz posługuje się w celu uzasadnienia sensowności walki Wyklętych. Zdaniem autora oczekiwały ich tylko dwie perspektywy: albo partyzant poszedłby do lasu, gdzie poległby z bronią w ręku, albo czekałaby go śmierć w ubeckiej katowni. Jednak historia pokazuje, że przynajmniej w pewnych przypadkach mogło być zupełnie inaczej. Mam tu na myśli chociażby dzieje Brygady Świętokrzyskiej, która przecież przedarła się przez Czechy do Bawarii. O tym, że takie działania były możliwe również po 1945 r. świadczy historia sotni UPA Mychajły Dudy „Hromenki”, która w 1947 r. dostała się z Bieszczadów przez Czechosłowację i Austrię aż do RFN. Nagłośniono w ten sposób sprawę ukraińską i ocalono życie znacznej części partyzantów. Historie te pokazują, że zerojedynkowa perspektywa przyjęta przez Zychowicza jest jednak uproszczeniem. A już przywoływanie losu Żydów w getcie warszawskim jako analogii dla wyboru, przed którym stali Wyklęci, jest po prostu niesmaczne.

Pewien problem mam też z przedostatnim rozdziałem „Nie tylko Wyklęci”. W tym fragmencie Zychowicz pokazuje, że nie tylko żołnierze podziemia antykomunistycznego, lecz również Wojsko Polskie w 1939 r. i Armia Krajowa dokonywały zbrodni na cywilach. Co więcej, autor przekonuje, że zbrodnie tych formacji pod względem skali przewyższały te, których dokonali Wyklęci. W tym miejscu zaczynam się zastanawiać, czy Zychowicz proponuje czytelnikom tylko kontekstualizację (ta zawsze jest cenna), czy też pisząc ten rozdział, jednak chciał osłabić ostrze krytyki wymierzone w podziemie antykomunistyczne.

„Warsztat nacjonalistów polskich i ukraińskich jest bowiem identyczny. Jedni i drudzy stają na głowie, żeby oczyścić swych idoli z winy”

Mógłbym znaleźć jeszcze kilka mniejszych mankamentów książki Zychowicza, wynikających z właściwej jemu skrajnie antykomunistycznej perspektywy, w której komunizm jawi się jako zło większe, aniżeli niemiecki nazizm (z którą to perspektywą się nie zgadzam). Ale nie chcę tego robić, gdyż zaburzyłoby to proporcje między zaletami i wadami książki. „Skazy na pancerzach” są pozycją ważną i potrzebną w polskiej debacie. Tym bardziej, że są kierowane do czytelników o poglądach prawicowych i konserwatywnych. A niektóre przytoczone w książce myśli nie wpasowują się w bliski części tej grupy plemienny sposób postrzegania historii. Na koniec chciałbym zacytować jedną z nich. „W ostatniej chwili życia, gdy ofiarę przeszywa kula, spada na nią cios karabinowej kolby lub trawią ją płomienie – narodowość nie ma żadnego znaczenia. Nie ma już Ukraińca, Polaka, Białorusina i Żyda. Jest tylko konający człowiek. I jego wielka tragedia. Wobec tej tragedii należy mieć szacunek. Należy skłonić przed nią głowę. A nie starać się ją tuszować, mataczyć czy wręcz obrażać pamięć zamordowanych przed laty ludzi”. Pod tym stwierdzeniem można się tylko podpisać.