Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Za powrót do korzeni

Ordoliberalizm znajduje się obecnie w głębokiej defensywie. Nie jest już wspierany przez niemiecki rząd

Ordoliberalizm znajduje się obecnie w głębokiej defensywie. Nie jest już wspierany przez niemiecki rząd

Ordoliberalizm był próbą modyfikacji klasycznego liberalizmu i przystosowania go do warunków i mentalności niemieckiej. Państwo nie jawiło się w tej koncepcji jako zło konieczne, tylko siła porządkująca. Na ile te idee zostały zrealizowane?

Ordoliberliazm, który nigdy nie posiadał własnej partii politycznej, jest silnie związany z osobą kanclerza Ludwiga Erharda, który po wojnie oparł się powszechnym pokusom, także ze strony lewicy, by przeprowadzić różne eksperymenty na gospodarce. W latach 50. XX wieku w SPD, ale także w CDU, pojawiły się glosy, że należy dokonać odbudowy Niemiec poprzez gospodarkę centralnie sterowaną. Temu Erhardt się zdecydowanie sprzeciwił. Wiedział, że do odbudowy kraju po niszczycielskiej wojnie potrzebna jest reforma walutowa i uwolnienie cen. To doprowadziło do cudu gospodarczego. Sklepy natychmiast wypełniły się towarami. Gospodarka dźwignęła się z dna. To była, można powiedzieć, pierwsza próba ognia ordoliberalizmu, którą przeszedł.

Przy okazji Niemcy pogodzili się z gospodarką rynkową. Należy bowiem podkreślić, że podczas dwunastu lat panowania nazistów gospodarka rynkowa nie istniała, a przemysł zbrojeniowy był przerośnięty i sterowany centralnie. Wcześniej, w dobie Republiki Weimarskiej, także istniał rozbudowany przemysł, ale Niemcy były krajem karteli. Ogromnych trustów. W powojennych, jeszcze okupowanych Niemczech, podjęto więc próbę rozbicia tych karteli, by zacząć wszystko od nowa. Człowiek, który działał już w ministerstwie gospodarki III Rzeszy, Dr Eberhardt Günther, stworzył prawo kartelowe. To była druga próba ognia: powstanie prawa antymonopolowego, by ograniczyć zniekształcenie konkurencji. I tę próbę także ordoliberalizm przeszedł.

Nie odbyło się to bez kontrowersji. Przemysł się temu silnie sprzeciwiał. Twierdził wręcz, że to „koniec Niemiec”. Szefowie koncernów twierdzili, że muszą uzgadniać pewne rzeczy między sobą, by móc konkurować z zagranicą. Bez skutku. Powstał niezależny urząd kartelowy i tym samym ordoliberalizm przybrał kształt instytucjonalny. W urzędzie kartelowym znaleźli się bowiem ludzie, ekonomiści i prawnicy, których zadaniem było stosowanie prawa kartelowego. Ordoliberalizm, można powiedzieć, otrzymał własną administrację. Nie był już tylko think tankiem, ani kierunkiem nauki.

Trzecia próba ognia ordoliberalizmu także związana była z Erhardem. To wyraźne „nie”, zawarte w europejskich traktatach, dla unii transferowej. „Nie” dla wysokiego urzędu, który organizowałby na poziomie unijnym kartele kwotowe, niwelujące konkurencję. Czymś takim właśnie była Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Uwspólnotowiono przemysł węgla i stali i był on administrowany centralnie, bo uważano, że to są sektory, za pomocą których prowadzi się wojny, należy je więc europeizować. W 1958 r. powstała jednak Europejska Wspólnota Gospodarcza (EWG), która ostatecznie stworzyła wolny rynek między sześcioma państwami członkowskimi. Wewnętrzną konkurencję. Był to pomysł niemiecki, bo Francuzi optowali za unią celną, za zamknięciem granic, by ten zamknięty rynek wewnętrzny konkurował już tylko z podmiotami zewnętrznymi.

Dziś nadzór kartelowy i fuzyjny znajduje się jednak w Brukseli. Czyli nastąpiła europeizacja niemieckiego systemu gospodarczego?

Owszem. Niemiecki urząd kartelowy był podziwiany na całym świecie jako wzór do naśladowania. Aż do lat 80. XX wieku. Potem doszło do szeregu decyzji, które bardzo zabolały Francuzów. Zaczęły się bowiem pojawiać obawy z powodu dominującej pozycji niektórych firm na europejskim rynku. I w Brukseli zrodziła się chęć nadzorowania fuzji przedsiębiorstw, co początkowo nie było przewidziane w unijnych traktatach. W ten sposób, pomału, kontrola nad fuzjami, na początku największych, strategicznych koncernów, powędrowała w ręce Komisji Europejskiej. Początkowo pod hasłem zapobiegnięcia dominacji tych firm na rynku.

Następnie doszło do upolitycznienia prawa kartelowego, na co Erhard nigdy w życiu by się nie zgodził. Zamieniło się ono w narzędzie oceny efektywności gospodarki rynkowej. I w tym miejscu niestety ordoliberalizm poniósł sromotną klęskę. Stowarzyszenie Badań nad Prawem Kartelowym, założone przez niemieckich prawników w latach 50. XX wieku, dziś jest platformą dla kancelarii prawniczych ukierunkowanych na USA.

Ordoliberalizm znajduje się moim zdaniem obecnie w głębokiej defensywie. Nie jest już wspierany przez niemiecki rząd. Jest także w kryzysie metodologicznym, bo dzisiejsi ekonomiści uprawiają już tylko matematykę stosowaną, czyli tworzą matematyczne modele, ale nie uprawiają już ekonomii od strony wolności działań gospodarczych. Celem ordoliberalizmu była ochrona wolności konkurencji. Otwartości rynków. Stworzenie ram prawnych dla zorganizowania tej wolności.

Ordoliberalizm jest często utożsamiany z niemieckim modelem społecznej gospodarki rynkowej. Słusznie?

Tu bym postawił jednak drobny znak zapytania. Formuła społecznej gospodarki rynkowej, którą stworzył sekretarz stanu Erharda, Alfred Müller-Armack, miała semantyczne i polityczne konsekwencje, które się jej twórcy zapewne w tej postaci nie śniły. On chciał tylko zwrócić uwagę na to, że gospodarka rynkowa gwarantująca wolność konkurencji i alokacji środków, jest także najbardziej społecznie sprawiedliwym systemem, bo wynagradza pracowitych i sumiennych. Dając im ogromne szanse na sukces, na wzbogacenie się. A tym mniej pracowitym, albo mniej zdolnym, wysoki udział w PKB. W rosnącej gospodarce o wysokim PKB biedni są traktowani łagodniej niż w centralnie sterowanej gospodarce o małym PKB, gdzie nie ma nic do rozdania.

Otwarte rynki i brak karteli, czyli system uczciwej konkurencji – to najlepsza gwarancja szans na wzbogacenie się jednostek w ramach gospodarki.

Dlatego skłonność niektórych do przeciwstawiania społecznej gospodarki rynkowej klasycznej gospodarce rynkowej, jest absurdalna. Nie ma tu żadnego antagonizmu. Ordoliberalizm i społeczna gospodarka rynkowa nie są jednak całkowicie tożsame.

Niektórzy twierdzą, że społecznej gospodarki rynkowej już nie ma, że już dawno zamieniła się w neoliberalizm, że państwo porzuciło redystrybucję. Inni znów widzą odwrotną tendencję, czyli postępujący etatyzm. Jaka relacja łączy dziś właściwie państwo, rynek i człowieka?

To zależy, po której stronie politycznej barykady się stoi. Jedni mają skłonność do tego, by widzieć w społecznej gospodarce rynkowej aspekt wolnościowy, drudzy, choćby w niemieckiej socjaldemokracji, kładą nacisk na aspekt społeczny. Wydaje mi się, że otwarte rynki i brak karteli, czyli system uczciwej konkurencji – to najlepsza gwarancja szans na wzbogacenie się jednostek w ramach gospodarki. A czy to ktoś potem nazywa neoliberalizmem czy społeczną gospodarką rynkową, jest mi obojętne. I bez znaczenia.

Jaki wpływ na społeczną gospodarkę rynkową ma globalizacja? Czy tę pierwszą można jeszcze rozpatrywać w ramach państwa narodowego?

Ordoliberalizm, społeczna gospodarka rynkowa i prawo kartelowe powstały w czasach narodowych gospodarek i powoli rodzącego się, wspólnego europejskiego rynku. Gdy mówimy dziś o globalizacji – mówimy o ofensywie globalnych korporacji, które działają nie bacząc na narodowe rządy i narodowe porządki. Weźmy za przykład producenta butów, który najpierw zamyka fabrykę w Niemczech, by przenieść produkcję następnie do Rumunii, a potem do Tajlandii, zanim znajduje tańszą siłę roboczą w Bangladeszu. Pracownicy we wszystkich trzech krajach tracą zatrudnienie. Powstaje pytanie: czy to jest jeszcze społeczna gospodarka rynkowa?

Moja odpowiedź jest może trochę enigmatyczna i brzmi tak: musimy się z tym pogodzić. Globalizacja zaczęła się bardzo dawno temu i szła w parze z industrializacją, a następnie rozlała się po całej planecie. Nie ma wolnej gospodarki rynkowej bez podziału pracy i w ramach tego podziału pracy jest zupełnie normalne, że produkcja butów przenosi się ze Szwabii do Tajlandii albo Chin. Solidna gospodarka rynkowa, gwarantująca konkurencję, zawsze potrafi zastąpić te miejsca pracy innymi. Stworzyć substytuty. Wygenerować nowe idee, innowacje. Nie chodzi przecież o to, by zachować stare gałęzie przemysłu, należące do tak zwanej „starej gospodarki” (old economy), tylko o to, by zaakceptować to, co wynika z podziału pracy i trzymać rynki jak najbardziej otwarte, by mogły się rozwinąć nowe gałęzie przemysłu, do których należy m.in. przemysł cyfrowy. Apple, Google, Amazon – wszystkie powstały w USA.

Tu należy się zastanowić, czy szał regulacyjny w Europie nie szkodzi rozwojowi sektora cyfrowego na Starym Kontynencie. Apple powstał w garażu Steve’a Jobsa. Ktoś dał mu na to pieniądze, choć na sukces się początkowo nie zapowiadało i wiele podobnych inicjatyw zbankrutowało. Ordoliberalizm powinien wykazać moim zdaniem o wiele większą mentalność wynalazczą. A raczej wzniecić duch wynalazczości w Europie. Duch finansowania pomysłów. Proszę mnie źle nie zrozumieć: innowacje istnieją w Europie, ale są bardzo słabo eksploatowane rynkowo.

Niemieccy politycy ostatnio odkryli ordoliberalizm na nowo. Nawet Zieloni apelują o powrót do powojennych źródeł.

Można powiedzieć, że doszło w ostatnich latach do szeregu błędów i wypaczeń w rozwoju niemieckiej społecznej gospodarki rynkowej, szczególnie w dziedzinie polityki energetycznej. Dziś sektor ten jest zarządzany głównie centralnie, z powodów ekologicznych i odgórnie narzuconych unijnych regulacji. Doszło więc do pewnego zniekształcenia rynku. Nawet Zieloni zrozumieli jednak, że gospodarka rynkowa to proces kreatywny. Z małej kreatywnej idei często powstają potężne przedsiębiorstwa. Zrozumieli także, że nawet mały rolnik ekologiczny daje rynkowi nowy impuls. Że nie ma alternatywy wobec wolnego rynku.

Wszyscy zastanawiają się jak to się stało, że niemiecki model społecznej gospodarki rynkowej odniósł taki sukces. Przyczyny są oczywiście po części kulturowo-historyczne. Pojęcie ordoliberalizmu pochodzi od słowa „ordo” i odwołuje się do chrześcijaństwa. Niektórzy niemieccy chrześcijanie mieli krytyczny stosunek do społecznego nauczania kościoła katolickiego i stanęli w obronie swobodnej konkurencji i gospodarki wolnorynkowej. Społeczna gospodarka rynkowa także dlatego rozkwitła w moim kraju, bo mieliśmy wysoki poziom rozwoju przemysłowego. Niemcy zawsze byli dobrzy w dwóch dziedzinach: w nauce oraz w organizacji. Kto dobrze prowadzi badania naukowe i dobrze organizuje, tworzy przemysł. I jeśli to połączymy z naturalną skłonnością Niemców, by wszystko robić razem – nie bez powodu jesteśmy krajem z największą liczbą chórów na świecie – oraz dodamy do tego dawkę protestantyzmu, czyli zamiłowanie do merytokracji, to wychodzi nam właśnie społeczna gospodarka rynkowa.

W Niemczech tylko ten się liczy, kto potrafi udowodnić swoją solidność i kompetencję w procesie rynkowym. Panowie Warufakis i Cipras, nowe twarze greckiego rządu, nie daliby rady sprzedać w Niemczech choćby jednego używanego samochodu. Tam gdzie jest wysoki poziom cywilizacji technicznej połączony z silną etyką pracy, tam ordoliberalizm może paść na podatny grunt. Na pewno nie w Grecji, gdzie panuje model skorumpowanej gospodarki państwowej. Brak porządku. Grecja nie ozdrowieje na niemieckim ordoliberalizmie. Nie należy im niczego narzucać. Niech sobie sami radzą.

A co z Polską? Czy ordoliberalizm może przynieść owoce na polskim gruncie? Stać się lekiem na błędy transformacji?

To bardzo ciekawe pytanie. Jest wiele sił politycznych oraz interesów, które powołują się na ordoliberalizm. W Polsce, jak zauważyłem, istnieje obecnie tendencja, by mówić: „tak, chcę wolnego rynku, inwestycji, ale w bardziej społecznym kontekście. Sprawiedliwym”. Czy ordoliberalizm nie może do tego posłużyć? Przedstawiciele niemieckiego ordoliberalizmu to byli ludzie, którzy czuli się odpowiedzialni społecznie. Także przemysłowcy. To nie byli finansowi kapitaliści, jakich możemy znaleźć na Wall Street, pazerni i bezwzględni. To byli ludzie zamożni, którzy wiedzieli, jak ważne jest mieć dobrych pracowników. Pracodawcy są w Niemczech szanowani, podobnie jak pracownicy przemysłowi. Dobry szef docenia swoich pracowników, bo stanowią siłę produkcyjną. Im bardziej ci pracownicy są zadowoleni i zabezpieczeni społecznie, tym bardziej są produktywni.

Tam gdzie jest wysoki poziom cywilizacji technicznej połączony z silną etyką pracy, tam ordoliberalizm może paść na podatny grunt

Podczas transformacji, jaką przeszła Polska, nie zawsze wszystko odbywało się elegancko. Nie znam oczywiście szczegółów tego procesu, ale wiem jak przebiegł on w Czechach. Przejście z gospodarki socjalistycznej do rynkowej zakłada, że przedsiębiorstwa, które istnieją, zostaną poddane weryfikacji przez rynek. Tak było m.in. w NRD. Tamtejsze przedsiębiorstwa z dnia na dzień zostały poddane konkurencji z Zachodu. I co się stało? Zachodnie firmy wykupiły co mogły, często za bezcen, a resztę wyrzuciły na śmietnik.

Tak i polski przemysł został wygaszony…

Nie tylko polski. Czasami próbowano dłużej utrzymywać przedsiębiorstwa. Niemiecki fundusz powierniczy próbował to zrobić w dawnym NRD, postawił na sanację zamiast likwidacji. To kosztowało niesamowite sumy pieniędzy i nie dało prawie żadnych efektów. Złagodziło nieco społeczne skutki transformacji, ale to wszystko. Dopiero teraz, po 20 latach, powoli na miejscu wygaszonych zakładów powstają nowe przedsiębiorstwa. To doprowadziło do tego, że ten, kto w 1990 r. został bezrobotny, nie miał nic.

W Czechach nie mieli pieniędzy z Zachodu, więc przeprowadzili tzw. „kuponową prywatyzację” i wystawili państwowe zakłady na licytację. Można kupić firmę, wtedy jest się właścicielem, ale bez nowych inwestycji ta firma nie jest nic warta. Natychmiastowych inwestycji, ponieważ wartość przedsiębiorstwa błyskawicznie spada. Ta metoda prywatyzacji, obrana przez Vaclava Klausa, klasycznego neoliberała, była bardzo radykalna, ale nie było wobec niej alternatywy. Ponieważ kraj nie miał własnych inwestorów, trzeba było ich ściągnąć z zewnątrz.

W ten sposób gospodarka znalazła się w rękach obcego kapitału. Między innymi niemieckiego. Przez co jesteśmy dziś podwykonawcą dla niemieckich firm i rezerwuarem taniej siły roboczej dla niemieckiego rynku. A zagraniczne sieci supermarketów płacą mniej podatków niż drobni polscy przedsiębiorcy. To chyba niezbyt korzystne?

Jeśli rzeczywiście istnieje w Polsce takie prawo podatkowe, to prowadzi to do zniekształcenia konkurencji. I jest sprzeczne z zasadami wolnorynkowej gospodarki. Nie jestem jednak w stanie się na ten temat wypowiedzieć, bo nie posiadam takiej wiedzy. Faktem jest jednak, że kraje postkomunistyczne nie miały innego wyboru, niż wpuścić do kraju zagraniczny kapitał. Proces transformacji to proces długotrwały. Trzeba odczekać 20-30 lat, żeby zobaczyć, co z tego powstanie.

Uważam, że Polska korzysta na bliskości Niemiec i niemieckiego rynku. Najpiękniejszym wynikiem II wojny światowej, na długą metę, jest moim zdaniem polsko-niemiecka granica 50 km od Berlina. W ten sposób Polska jest podłączona bezpośrednio pod rozwinięty obszar gospodarczy. Polska otrzymała ogromne dopłaty na rozbudowę infrastruktury i jeszcze zapewne je otrzyma. Tylko z rozbudowaną infrastruktura polska gospodarka może rozwinąć siły produkcyjne, które w niej tkwią. I jestem przekonany, że tak się stanie. Niemcy chcą i mogą być tu pozytywnym wzorcem. 

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 4 (58)/2015, 1 KWIETNIA–5 MAJA, CENA: 0 ZŁ
Prof. Markus C. Kerber, urodzony w 1956 roku niemiecki prawnik i ekonomista. Od 2006 r. profesor finansów publicznych i polityki gospodarczej na Uniwersytecie Technicznym w Berlinie, kontynuujący tradycje ordoliberalnej szkoły ekonomicznej. W 1998 r. założył interdyscyplinarny think tank Europolis w celu nowego ukierunkowania europejskiej polityki finansowej i gospodarczej. Autor licznych książek, m.in. „Europa bez Francji?” (2006) oraz „Więcej konkurencji monetarnej” (2012).

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz