Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Włościanie wyklęci

Znacząca? Tak. Prowokująca? Na pewno. Wybitna? Wybitna. Nie każdemu musi jednak przypaść do gustu połączenie w ”Ludowej historii Polski” Adama Leszczyńskiego wyważonych rozważań i fascynujących rozmachem tez z idiosynkrazjami i sarkazmem autora.

Książkożercy niby wiedzą, że podtytuł bywa równie ważny jak tytuł, nieraz jednak zdarza im się to przeoczyć. Nie wykluczam, że część osób szczególnie rozentuzjazmowanych najnowszą książką Adama Leszczyńskiego (znanego jako historyk z kilku już prac poświęconych historii eksploatacji, oporu społecznego i modernizacji, spośród których najwybitniejszą wydaje mi się „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980”) padła ofiarą tego złudzenia. Ba, sam nie pamiętam już, czy w pierwszej zapowiedzi wydawniczej W.A.B., która zelektryzowała mnie jeszcze latem, nie pojawił się przypadkiem jedynie główny tytuł.

Nie znamy tak naprawdę „historii ludu”; pokolenia, czarne nie żałobami, lecz glebą, w której orały, odeszły bez jednego śladu, bez imienia – i piszę o tym podniosłym tonem, ponieważ z punktu widzenia kogoś, kogo obchodzą losy ludzkie, jest to skandal nie tylko społeczny czy polityczny – jest to skandal metafizyczny

„Ludowa historia Polski”, czyli opis dziejów od Polan i Wiślan po – no właśnie, po Sierpień, po rozwiązanie PGR-ów czy po przyznanie 500+? – byłaby książką fascynującą i ogromnie oczekiwaną, również dlatego, że w pewnym sensie jest „książką niemożliwą”. Z dwóch co najmniej przyczyn: ze względu na rozległość badanej kwestii (skoro jednak istnieją kieszonkowe syntezy dziejów świata i solidne jednotomowe historie Polski, udałoby się i to ogarnąć) oraz skąpość źródeł. Z tym drugim w ogóle bywa ciężko, szczególnie w kraju tak doświadczonym wojnami, myślę jednak w tym momencie o czymś innym: ogromna większość zachowanych źródeł, czy będą to kroniki, listy prywatne, wspomnienia, czy wytworzone dokumenty, „poddanych” albo nie dostrzega, albo opisuje ich z perspektywy pana, władcy, elity: perspektywy niemal zawsze nieuważnej, zwykle nieżyczliwej, najczęściej nierozumiejącej. Druga strona jest zaś pozbawiona głosu! Znów – dla wielu przyczyn, od prostego analfabetyzmu, przez brak możliwości i zasobów, by pisać, przez wynikający z braku edukacji brak możliwości konceptualizacji swojego doświadczenia czy potrzeby jego spisania.

Oczywiście, im bliżej naszych czasów, tym częściej zdarzają się wyjątki – przysłowiowy „chłopski syn posłany na księdza”, albo Kazimierz Deczyński, bez pamiętnika którego nie byłoby „Kordiana i chama”, albo pieśni wieśniacze, notowane przez panny, romantyków i etnografów, albo pamiętniki chłopów i bezrobotnych, spisywane pod koniec II RP z inicjatywy Instytutu Gospodarstwa Społecznego – ale przecież wszystko to żałośnie mało. Nie znamy tak naprawdę „historii ludu”; pokolenia, czarne nie żałobami, lecz glebą, w której orały, odeszły bez jednego śladu, bez imienia – i piszę o tym podniosłym tonem, ponieważ z punktu widzenia kogoś, kogo obchodzą losy ludzkie, jest to skandal nie tylko społeczny czy polityczny – jest to skandal metafizyczny. „Miliony ich, miliardy ich, tam kończyły się, gdzie ich złudzenie”?!

Dokonanie niemożliwego

Ten skandal, ta nieopowiedziana historia 99 procent ludzkości (na którą składają się nie tylko dzieje ludu, ale i wszystkich wyciętych w pień plemion i obróconych w gruz królestw) gniewa i prowokuje. Osoby o bardziej metafizycznym temperamencie mają nadzieję na apokatastazę (jak Czesław Miłosz) albo marzą o „Encyklopedii umarłych” (jak Danilo Kiš). Kto ma naturę aktywisty, a przy tym pióro krzepko dzierży w dłoni, stara się napisać historię ludu, historię ludową. Napotykając tysięczne przeszkody: od wyżej wspomnianych (brak źródeł) po fakt, że historia pokoleń trwających w przysłowiowym „jarzmie pańszczyzny” byłaby straszliwie monotonna: Jaśki i Antki, Maryny i Kachny, odrobki i Wielkanoce, pogrzeby i „poczynanie w zapachu śledzia w środku nocy”, powietrze, głód, ogień, „wieczne zmartwienie”, tępy kołowrót bytu, z którego wyrwie czasem objawienie, czasem wojna, a czasem czerwony kur buntu. Nawet ktoś wyposażony w wehikuł czasu, który pozwoliłby mu przezwyciężyć wszelkie ograniczenia dostępności źródeł, nie napisałby „historii ludowej” która byłaby tak dynamiczna, barwna, „kadencyjna” jak znane nam historie polityczne, militarne & kulturowe wszystkich państw, nie tylko Polski. Chrzest, Brzetysław, mord w Gąsawie, Kochanowski z dzbanem w trawie, Grunwald, Chocim i brak kieski, Marysieńka i Sobieski, kosynierzy, „Bunt rojstów”, Bierut, Stalin, Malenkow, I can’t stand it any more…

Takiej historii ludowej nie udałoby się napisać. Można, a nawet trzeba, pisać historię kraju pochylając się nad wzmiankami w kronikach i zachowanym radłem, poświęcając osobne rozdziały „sprawie chłopskiej” (politycznej), demografii czy etnografii – ale to jeszcze nie jest Historia Ludowa. Tę można pisać spekulując i ekstrapolując, opisywać status prawny, uwarunkowania, wnioskując per analogiam. Taką rzetelną pracę wykonywali w Polsce i gdzie indziej historycy od ponad stu lat – nigdy dosyć wspominania Marcelego Handelsmana, Franciszka Bujaka, Mariana Małowista – i tak dalej, aż po Dariusza Jarosza, pod którego kierunkiem powstają dziś kolejne prace o „ludowych” fenomenach PRL: służbie zdrowia na wsi czy wczasach pracowniczych. Ale jaka monografia o wczasach pracowniczych czy czekaniu na M-3 ukoi to poczucie niesprawiedliwości politycznej i metafizycznej, fakt, że spisana historia jest historią panów, historią dworków?

Nawet ktoś wyposażony w wehikuł czasu, który pozwoliłby mu przezwyciężyć wszelkie ograniczenia dostępności źródeł, nie napisałby „historii ludowej” która byłaby tak dynamiczna, barwna, „kadencyjna” jak znane nam historie polityczne, militarne & kulturowe wszystkich państw, nie tylko Polski. Chrzest, Brzetysław, mord w Gąsawie, Kochanowski z dzbanem w trawie, Grunwald, Chocim i brak kieski, Marysieńka i Sobieski, kosynierzy, „Bunt rojstów”, Bierut, Stalin, Malenkow, I can’t stand it any more…

Gniew i przekora popychają do napisania innej historii, radykalnie odwracającej perspektywę, stawiającej świat na głowie jak podczas Saturnaliów, gdy dochodziło do zamiany ról, historii oddającej głos milczącym. Nie przypadkiem przywołałem „Kordiana i chama” – najciekawszą książkę Leona Kruczkowskiego, dla której punktem wyjścia był wspomniany pamiętnik Deczyńskiego, ale ostrogą – pragnienie, by skończyć z tym oleodrukowym, nieznośnym obrazem ułanów jak-spod-igły… Wątku Deczyńskiego nie pociągnięto, ale świadectwem polskiego pisania „kontrhistorii”, historii przekornej, są dzieje wątku Jakuba Szeli – od świetnego poetycko „Słowa o Jakubie Szeli” Bruno Jasińskiego po „Baśń o wężowym sercu” Radka Raka, która zdobyła tegoroczną Nike. Tę przekorę można zrozumieć – choć bardziej u autorów, samotnie zmagających się z materią-nie-do-opisania niż u kibiców w rodzaju recenzentki „Gazety Wyborczej”, która nie posiada się z radości, że w książce Leszczyńskiego nareszcie „nie ma szumu husarskich skrzydeł ani szarż ułańskich” (nie rozwijam tu anty-Wyborczej diatryby, zwracam tylko uwagę na tę chybioną zapiekłość).

Antyhistoria na kontrze

Jednym z problemów, jakich doświadczy uważny czytelnik „Ludowej historii Polski” Leszczyńskiego jest właśnie to, że usiłuje ona połączyć te dwa podejścia i odpowiedzieć na te dwa oczekiwania. Jest, owszem, próbą dokonania zgrubnej syntezy „dziejów ludu polskiego” pisaną z perspektywy historyka z zacięciem i warsztatem socjologicznym – z wyróżnieniem jednak, niebezzasadnym, trzech wątków. Zarazem zaś ten „zarys dziejów” podszyty jest żarem polemicznym, wynikającym z pragnienia pisania „na kontrze”, stworzenia antyhistorii. Spróbujmy scharakteryzować te wysiłki w kilku akapitach.

Po pierwsze, jest to pisanie syntezy czerpiącej z setek istniejących już monografii, artykułów i „wypisów źródłowych”. Ta uwaga o czerpaniu nie jest  w żadnym stopniu zarzutem! – nie lubiąc stawiania kropek nad i, muszę to jednak, w tak gorącej atmosferze, jak dzisiejsza, bardzo stanowczo podkreślić. Nie sposób wyobrazić sobie napisania historii „od Mieszka do Leszka” w pojedynkę – a jeśli Adam Leszczyński próbowałby tego, to strawiłby na tym życie i najpewniej dzieła nie ukończył. Nie, najwyższy szacunek budzi dobór rozpoznanych i przywołanych przezeń prac z zakresu „dziejów ludu”, zakres poszukiwań, a przede wszystkim – zdolność do uczynienia z tych prac (czasem w zgodzie z intencjami ich autorów, czasem, na ile można sądzić, wbrew nim) budulca własnej opowieści, traktującej, w wielkich rozdziałach, o początkach ustalania stosunków własnościowych i panowania nad ziemią, „złotym (bardzo relatywnie) wiekiem chłopstwa” do roku 1520, ćwierćmilenium koszmaru (1520-1768), stuleciu wyzwalania się z pańszczyzny (1768-1864), trzech pokoleniach peryferyjnego kapitalizmu (1864-1944) oraz relatywnie krótkiej dogrywce w postaci Polski nominalnie „ludowej”, w praktyce – powtarzającej sporą część formuł wyzysku.

To periodyzacja nic nie mająca wspólnego z tradycyjną narracją, traktującą o „dziejach narodu i państwa”, źle kojarząca się z podręcznikami z dna nocy stalinowskiej, w których epoki, zgodnie z marksistowską ortodoksją, definiował dominujący w nich system stosunków produkcji (z punktu którego polskie daty 1795, 1831 czy 1918 nie mają zgoła żadnego znaczenia) – ale usprawiedliwiona, jeśli przedmiotem wykładu jest zmieniająca się kondycja ludu, warstw i środowisk słabszych. Rzeczywista metodologiczna odmienność książki Leszczyńskiego od zdecydowanej większości znanych i funkcjonujących w czytelniczym obiegu „historii Polski” (czy to wariancie „od Mieszka do Leszka”, czy traktujących o poszczególnych epokach, o dziejach Polski nowożytnej, porozbiorowych, II RP czy PRL) tkwi znacznie głębiej: w obrębie każdego z wielkich rozdziałów mamy do czynienia z ujęciem problemowym w miejsce chronologicznego.

Jest to podejście uzasadnione, pozwalające na głębsze ujęcie kwestii szczególnie zajmujących autora. Zarazem jednak pozwala mu ono na bardzo daleko idącą selekcję czy subiektywny wybór przywoływanych faktów; jest to dobrym prawem publicystyki historycznej, niekoniecznie już jednak syntezy, a co więcej, znacznie utrudnia krytykę pracy Leszczyńskiego historykom skupionym na opisie idiograficznym, na faktografii. Zarzut, że „o tym nie napisano” okazuje się pusty. Wybór takiej metody jest przez Leszczyńskiego przemyślany, uzasadnia go w obszernym aneksie metodologicznym, w którym nie zostawia zresztą suchej nitki na przywiązaniu polskich historyków do „pozytywistycznej faktografii” i akademickiego pseudoobiektywizmu. To mocny wywód, niekoniecznie trzeba jednak przyjmować racje jego autora; decyzja o pisaniu historii z publicystycznym nerwem i autorskim wyborem faktów pozostaje mimo wszystko wyborem, a nie uświadomioną koniecznością historiografa.

Leszczyński pozostaje w obrębie całego wywodu szczególnie wyczulony na mechanizmy dominacji elity nad ludem, nie tylko politycznej czy gospodarczej, ale i symbolicznej czy wręcz „wykoncypowanej”

Warto, myślę, zilustrować to nowatorstwo wywodu, pokrótce omawiając ostatni rozdział „epokowy”, traktujący o PRL – choćby dlatego że, z wielu przyczyn, dla większości czytelników „ramowa” historia 40-lecia Polski Ludowej jest nieporównanie lepiej znana niż Polski średniowiecznej. Z grubsza wiadomo:  najpierw „zdobycie władzy” i lata 1944-1948, z następującym po sobie referendum, wyborami do Sejmu, eliminacją PSL i kongresem zjednoczeniowym, po których nadciąga apogeum stalinizmu i plan sześcioletni, represje i reformy. Potem zaś – Polskie Miesiące. Gęgacze, „Dziady” i Radom, „Wujek”, Urban i ks. Jerzy. „45-89”, gdyby ktoś wolał się posiłkować utworem Kultu niż podręcznikiem Andrzeja Alberta.

Nic z tego – niemal nic – nie znalazło się na niespełna 50 stronach rozdziału poświęconego PRL w książce Leszczyńskiego, podzielonego na trzy części, zatytułowane „Władza i protest w fabryce. Przywilej elity”, „Reforma rolna i kolektywizacja” oraz „Awans”. Omówione w nich zostały, jak łatwo się zorientować, dwa zjawiska gospodarcze o kapitalnym znaczeniu („uspołecznienie” środków produkcji, które rychło, już w 1945, stało się ich upaństwowieniem oraz połowiczna, choć brutalna próba kolektywizacji wsi, z której po latach 1955-56 pozostały PGR-y i pokrewne im rozwiązania). Nie jest to jednak „historia gospodarcza PRL”: w książce nie został omówiony ani fenomen i ewolucja systemu centralnego planowania, ani próby wewnątrzsystemowych reform, ani funkcjonowanie w realnym socjalizmie sfery usług i handlu, ani makrogospodarcze funkcjonowanie PRL w obozie RWPG czy w gospodarce światowej. Nie jest to nawet wykład historii społecznej, opisujący metody i praktyki samoorganizacji społecznej: powojenne tworzenie partii, związków i organizacji, ich likwidację w okresie stalinizmu, atomizację społeczną i jej przezwyciężanie w latach 60. i 70. Otrzymujemy meandrującą i obfitującą w szczegóły opowieść o zawłaszczeniu koncepcji samorządu robotniczego, o pogłębianiu fikcji „współwłasności” fabryk, stosowanych przez władze metodach akumulacji kapitału i obniżania poziomu konsumpcji, wreszcie o całej palecie metod robotniczego oporu i stosowanych represjach. To w podrozdziale pierwszym; równie meandrujący jest rozdział drugi, wbrew tytułowi traktujący również, choć nader zwięźle, o ekonomicznych konsekwencjach Zagłady i przejęcia „majątku pożydowskiego”, o projektach redystrybucji ziemi, formach oporu przeciw kolektywizacji, zakończonych jej porażką. Trzeci potwierdza i afirmuje stworzone przez PRL „ścieżki szybkiego awansu” – nie zajmując się jednak ani – równie ciekawymi – szlakami biegnącymi w odwrotnym kierunku, tj. wymuszonej deklasacji, ani ambiwalencją niczym z „Folwarku zwierzęcego”, czyli licznymi przypadkami przedstawicieli „ludu”, którzy szybko (zbyt szybko) stali się „elitą”.

Przede wszystkim wizja

Ta rozbieżność między oczekiwaniami, jakie rodzi tytuł „Ludowa historia Polski” a zawartością tak zatytułowanej książki da się wytłumaczyć, myślę, tyleż decyzją Leszczyńskiego o pisaniu polemicznym, selektywnym, problemowym i z założenia nie dążącym do (niemożliwej) „totalnej” syntezy – co rozbudowanym podtytułem, który brzmi, przypomnijmy „Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania”. Bardziej jeszcze – tu konieczny będzie jeszcze jeden, rozbudowany cytat – deklaracją autora, że książka jego poświęcona będzie „trzem głównym zagadnieniom: (…) historii mechanizmu wyzysku w Polsce (…); uzasadnieniom panowania i niewoli (…) [oraz] historii oporu wobec władzy – oporu nieskierowanego przeciw obcemu etnicznie okupantowi, ale przeciw społecznemu porządkowi”.

Zgoda, że te kwestie najgłębiej interesują autora, że traktuje o nich z najgłębszym znawstwem, najwięcej gromadzi w książce przykładów na „racjonalizacje panowania i władzy” czy wielość wariantów oporu i sprzeciwu. Ich opis jednak (za wyjątkiem najbardziej zdyscyplinowanego rozdziału I, poświęconego „mitologiom panowania i niewoli”) jest esejem (ze wszystkimi urokami, ale i słabościami eseju) rozpiętym na kanwie nieuchronnej chronologii. Profesor Marcin Kula uznał, że w „Ludowej historii Polski” mamy do czynienia z nowatorską wizją historiozoficzną. Tak – pod warunkiem, że mocno podkreślimy obecny w terminie „wizja” ładunek subiektywizmu, indywidualnego doboru racji i akcentów, miejsca na marzenia i idiosynkrazje.

Bo też Leszczyński pozostaje w „Ludowej historii Polski” bardzo subiektywny – na poziomie zainteresowań, fascynacji badawczych, ale i stosunku do pomniejszych nawet bohaterów jego opowieści, ale i felietonowej, a nieraz wręcz pamfletowej ostrości niektórych wycieczek. Wizja historiograficzna, jeśli możemy o niej mówić, pozostaje niedookreślona, podobnie, jak niezdefiniowany pozostaje tytułowy „lud”. To jasne, że zakres tego pojęcia się zmieniał wraz z ewolucją i rozwarstwieniem społecznym mieszkańców ziem Polski. Nieuchronnym zbiorowym głównym bohaterem książki są w 3/4 chłopi, począwszy zaś od połowy XIX wieku – robotnicy, z okazjonalnym (i niekonsekwentnym) towarzyszeniem Żydów, czeladników i służby. Sam autor, w tej kwestii konsekwentnie unikając terminologii marksistowskiej (po którą gdzie indziej sięga), pisze po prostu o „słabszych”, po których stronie staje i którym chce, jak deklaruje, oddać głos, przeciwstawiając ich „elitom”.

Ten jakobiński żar, ten pryncypializm połączony z prezentyzmem może być jednym ze źródeł bezkrytycznego entuzjazmu, z jakim przyjmowana jest „Ludowa historia Polski”

Taki podział na „lud” i „elity”, niczym na Morloków i Elojów z „Wehikułu czasu”, jest emocjonalnie i intuicyjnie zrozumiały, fatalnie jednak niekonsekwentny i niedookreślony. Nie da się też nie zauważyć (a osoby, którym tak jak Leszczyńskiemu bliski jest „idiom emancypacyjny”, powinny być na to szczególnie wyczulone!), że relacje „dominacji” i „oporu” nie charakteryzują jedynie stosunków między elitami a ludem, że obecne są również w obrębie tych dwóch wielkich, niedookreślonych grup społecznych, jak również, że nie są one doskonale odizolowane, że stale dokonuje się między nimi wymiana. Czy „bezeci” po 1945 stają się ludem, a członkowie nomenklatury z awansu – elitą?

Antyelitarny żar

Nie miejsce tu na rozważanie zasięgu czy tym bardziej niemożności pełnej realizacji projektów emancypacyjnych, dążących do zniesienia wszelkiej dominacji; warto jednak odnotować, że Leszczyński pozostaje w obrębie całego wywodu szczególnie wyczulony na mechanizmy dominacji elity nad ludem, nie tylko politycznej czy gospodarczej, ale i symbolicznej czy „wykoncypowanej”. Czasem prowadzi go do błyskotliwego dostrzegania analogii (jak w ukazywaniu podobieństw suplik chłopskich – tych najlepiej znanych, y XVIII wieku i tych pisanych przez przeciwników kolektywizacji w 1952 r., ale też w paternalistycznym stosunku inteligencji pozytywistycznej, sanacyjnej i peerelowskiej do „rozwiązłości” czy lenistwa ludu), czasem jednak, w moim przekonaniu, prowadzi go na manowce anachronizmu, jak kiedy zestawia Wojskowy Korpus Górniczy, utworzony w 1949, w ramach którego zsyłano „niepokornych” i „niepewnych” poborowych na przodek lub do kopalń uranu z Korpusem Górniczym z czasów Królestwa Polskiego.

Ten żar „antyelitarny”, nieufność wobec elit są bardzo charakterystyczne dla Leszczyńskiego: nawet tam, gdzie mowa o zachowaniach ludowych (robotniczych), które trudno traktować z entuzjazmem, jak o przywiązaniu do biernego konsumowania telewizji w latach 60. i 70. – traktuje on z niechęcią i ironią krytykujących takie zachowania socjologów, pisząc z przekąsem o narzucaniu „inteligenckich nawyków spędzania czasu i rozrywki”. Mogę pogodzić się, choć z lekkim rozbawieniem, z  takim żarem (i z dramatem „szlacheckiego rewolucjonisty”, w imię równości wyrzekającego się zahamowań i przyzwyczajeń swojej klasy, czy będzie to niechęć do jedzenia rękami, czy do podziwiania z głębin kanapy meczu lub Martyniuka). Znacznie bardziej utrudnia mi lekturę temperament autora, gdy owocuje natłokiem karcących komentarzy, uszczypliwości i przygan pod adresem postaci historycznych, podwójnie bezbronnych – bo minionych i drugorzędnych.

Dobry tego przykład stanowi komentarz Leszczyńskiego do malowniczej postaci ks. Wojciecha Dębołęckiego – sarmackiego kaznodziei, wyprawiającego się z Lisowczykami gdzieś na rubieże Moscovii, rozczulającego swymi „genealogiami”, w których usiłował wyprowadzać rodowód Polaków z czasów biblijnych: Set byłby zatem Scytą, Wanda wyszła za mąż za Jafeta… Już w Oświeceniu dworowano sobie z ks. Dębołęckiego, gdzie popadnie, snadnie mógłby on służyć za patrona dzisiejszych szaleńców od Wielkiej Lechii. Jego megalomania jest tak bombastyczna, jego wywody tak wydumane, że zwykle pisze się o nim z pobłażaniem i rozbawieniem. Ale nie Leszczyński, który określa hulakę w habicie jako „autora rubasznego oraz ociekającego brutalnością poematu (…) na temat losów oddziału lisowczyków”. „Te całkowite fantazje, których nie sposób przytaczać bez zażenowania, służą wyłącznie uzasadnieniu wspaniałości szlacheckiej Rzeczypospolitej oraz podkreśleniu jej dziejowej misji (…) [którą] jest naturalnie panowanie nad światem” – grzmi akapit dalej. Tam, gdzie wieloryb marksistowskiego literaturoznawstwa w rodzaju prof. Stefana Żółkiewskiego (albo rekin w rodzaju Jana Kotta) uśmiechnąłby się pobłażliwie, dr hab. Adam Leszczyński funduje franciszkaninowi spóźniony o trzysta lat paternoster.

Nużące? Owszem, jak każdy pryncypializm, jakobiński czy zetempowski. „Wybacz kwiatom we włosach, pijackiej piosence”, chciałoby się westchnąć za Herbertem. Wybacz i Dębołęckiemu. Znacznie mniej jednak nużące niż niekończący się ciąg uwag, wycieczek, kostycznych zaczepek pod adresem IPN, „konserwatywnej prawicy”, historiografii samozachwytu czy „nacjonalizmu” – przy czym ten ostatni termin rozciągany jest poza wszelkie granice dające się uzasadnić na gruncie politologii, służąc za czysto publicystyczny bacik.

Nie rozwijam tego wątku, za wszelką cenę usiłując oddzielić Leszczyńskiego-badacza od Leszczyńskiego – współzałożyciela OKO.Press, publicysty dawniej „Wyborczej”, a dziś „Krytyki Politycznej”, tym bardziej zaś od Leszczyńskiego – zjadliwego komentatora na Facebooku. Obawiam się jednak, że ten jakobiński żar, ten pryncypializm połączony z prezentyzmem może być jednym ze źródeł bezkrytycznego entuzjazmu, z jakim przyjmowana jest „Ludowa historia Polski”. Jeśli by tak było istotnie – to z ogromną szkodą dla jakości rozmowy o ludowej historii Polski, o potrzebie, zakresie i metodach jej pisania. Rozmowy, którą musimy odbyć, i dla której wybitna książka Adama Leszczyńskiego jest fenomenalnym punktem wyjścia.

 

Adam Leszczyński, „Ludowa historia Polski. Historia wyzysku i oporu. Mitologia panowania”, W.A.B., 2020

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Lubi sielanki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Włościanie wyklęci”

  1. Wojciech_Jozwiak pisze:

    Cieszę się, że u Recenzenta (tzn. Autora tekstu) znalazłem poprawnie użyte słowo kostyczny. Szacunek!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz