Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Włączanie myślenia

Znajomość ordoliberalizmu mogłaby stanowić niezłą odtrutkę na częściowo cyniczny, częściowo skrajnie naiwny, a zwykle – nieodpowiedzialny i egoistyczny „liberalizm po polsku”

Znajomość ordoliberalizmu mogłaby stanowić niezłą odtrutkę na częściowo cyniczny, częściowo skrajnie naiwny, a zwykle – nieodpowiedzialny i egoistyczny „liberalizm po polsku”

Ordoliberalizm – dla polskiego czytelnika to termin mocno enigmatyczny. Mało znana jest jego treść, historia i główne postaci tworzące ten nurt niemieckiej myśli społeczno-gospodarczej i politycznej. A szkoda, bo lepsza znajomość ordoliberalizmu mogłaby stanowić niezłą odtrutkę na częściowo cyniczny, częściowo skrajnie naiwny, a zwykle – nieodpowiedzialny i egoistyczny „liberalizm po polsku”.

Korporacyjne remedium

Na początku była szkoła fryburska, czyli ośrodek naukowo-badawczy, założony w 1932 r. przez Waltera Euckena, Franza Böhma oraz Hansa Grossmana-Dörtha. W jego ramach ukazywał się rocznik „Ordo” oraz publikacje wydawane w serii „Ordnung der Wirtschaft”. Warto dodać, że w tym samym mieście, kilka dekad wcześniej, powstała nader ważna dla katolickiej nauki społecznej instytucja, czyli Unia Fryburska. Jej celem było wypracowanie modelu reform społecznych, które z jednej strony przeciwstawiałyby się narastającej presji instytucji rynkowych, rosnącym dysproporcjom majątkowym w obrębie społeczeństw, z drugiej – wzrastaniu biurokratyzacji i centralizacji życia społecznego i państwowego. Remedium na te bolączki miał być ustrój korporacyjny.

Korporacjonizm stanowił w chrześcijańskiej myśli społecznej końca XIX wieku i pierwszych dekad możliwe do wcielenia w życie remedium na współczesne zagrożenia. Działacze Unii Fryburskiej w 1888 r. przedstawili papieżowi Leonowi XIII memoriał w sprawie ustroju pracy, który brałby we ochronę godność człowieka, prawa własności. Stanisław Jarocki na kartach obszernej pracy „Katolicka Nauka Społeczna” zauważa, że „fryburgiści” w swoim adresie do papieża podkreślali, iż „współczesne społeczeństwa zatraciły charakter organiczny, jaki miały w wiekach średnich, stały się bezdusznymi mechanizmami kierowanymi automatycznie przez centralną władzę państwa”.

Społeczeństwo odzyska podmiotowość, gdy zorganizuje się na nowo. Przede wszystkim pod względem gospodarczym, wyzwalając się zarówno od prymatu wielkiego kapitału, jak samowolnych instytucji państwowych. Zakładano jednak, niezbyt konsekwentnie, możliwą pozytywną rolę państwa w tworzeniu ładu korporacyjnego: poprzez zachętę, ustawodawstwo, inicjatywę czy wręcz „pewien nacisk” władzy państwowej.   

Docelowo ład korporacyjny miał sprzyjać wspólnej organizacji pracodawców i pracowników w obrębie „naturalnych grup społecznych i zawodowych”. Historycznie okazało się to mrzonką. Raz jeszcze Jarocki: „myśliciele XIX wieku łudzili się, że istnieje możliwość szybkiego przezwyciężenia na gruncie miłości społecznej chrześcijańskiej antagonizmów klasowych i powołania do życia wspólnych związków zawodowych łączących pracodawców i pracowników”. Ale zarówno we Francji, jak w Niemczech próby te kończyły się fiaskiem: wspólne organizacje zawodowe pracodawców i pracowników zwykle służyły jednak tym pierwszym, także ze względu na ich wyższą pozycję zawodową, kulturową i gospodarczą. 

Nowoczesny powrót do średniowiecza

Interesujące jest jednak to, że echa chrześcijańskiego korporacjonizmu brzmią jeszcze w myśli ordoliberalnej. Korporacjonizm podkreślał bardzo silną rolę małych i średnich biznesów/warsztatów pracy jako najbliższych wizji „organicznego społeczeństwa”, w którym (mówiąc pewnym skrótem) dom stanowił zarówno miejsce pracy, jak i „fundamentalne źródło porządku ekonomicznego”, z takimi tradycyjnymi stosunkami pracy jak relacja mistrz-uczeń/czeladnik.

Społeczeństwo odzyska swoją podmiotowość, gdy zorganizuje się na nowo. Przede wszystkim pod względem gospodarczym, wyzwalając się zarówno od prymatu wielkiego kapitału, jak samowolnych instytucji państwowych

Była to oczywiście pewnego rodzaju idealizacja wizji średniowiecznych cechów i rzemiosła, próba sięgnięcia w przeszłość dla dobra teraźniejszych pokoleń. Ordoliberałowie także bardzo silny nacisk kładli na przekonanie, że prawidłowy rozwój gospodarki rynkowej może dokonać się jedynie, gdy etos pracy „chłopa i rzemieślnika” uda się zaszczepić robotnikom i inteligencji pracującej. A to właściwie pokazuje specyficznie utopijny rys ich koncepcji, lepiej znany jako „utopia retrospektywna”. Czyli opierająca się na przekonaniu, że jedynie powrót do pewnej historycznej formy społecznego/politycznego istnienia może ostatecznie zagwarantować harmonijną i szczęśliwą przyszłość.

W przypadku Unii Fryburskiej, jak i późniejszej Fryburskiej Szkoły Ekonomii mamy do czynienia z jeszcze jedną istotną zbieżnością, głębszą niż zwrócenie uwagi na problemy wypływające z niczym nieposkromionego kapitalizmu i hipertrofii nowoczesnego państwa. Wspólne dla tych inicjatyw było poszukiwanie źródeł porządku społecznego, politycznego i gospodarczego w świecie tak radykalnie transformującym się od czasów rewolucji przemysłowej. Dorobek niemieckiego nurtu katolickiej nauki społecznej był jednym z ważniejszych punktów odniesienia dla ordoliberalnych myślicieli: ład społeczno-gospodarczy nie istnieje bez etyki i właściwej, opartej na transcendencji wizji antropologicznej.

Rafał Łętocha w artykule „Ordo – wolność, zamożność, ład społeczny. Idee społeczno-gospodarcze ordoliberałów” („Obywatel” nr 1/2007) przypomina, że sam termin „ordo” (łac. porządek) należał wcześniej do repertuaru ważnych pojęć używanych przez św. Augustyna i św. Tomasza z Akwinu. Na kartach dzieła „O państwie Bożym” św. Augustyn stwierdzał, że potrzeba władzy wynika „z konieczności i porządku społecznego”. Ten ostatni jest „ładem domostwa”, czyli „uporządkowaniem stosunków pomiędzy współmieszkańcami domu w ówczesnym średniowiecznym, zamkniętym gospodarstwie domowym, obywatelami w państwie”. A porządek opiera się na hierarchii i prawie. Bardzo wyraźnie brzmią tu tezy, które odnajdziemy po wiekach właśnie w chrześcijańskim korporacjonizmie.

Z kolei Akwinata wskazywał, że „sposób użytkowania własności musi być moralnie uporządkowany”. Człowiek ma prawo do własności, ale jest jedynie włodarzem dóbr z mandatu Bożego, zatem „obowiązany jest użyć je w sposób najbardziej korzystny dla społeczeństwa”. Inspiracja autorem „Summy teologicznej” pozwalała ordoliberałom zwrócić uwagę na fakt, że własność prywatna musi liczyć się z dobrem wspólnym, którego wyrazicielem mogą być także instytucje publiczne.

Własność to podstawa

Wizja ordoliberalna opierała się na przekonaniu, że elementem trwale zabezpieczającym zarówno interesy publiczne, jak prywatne jest szerokie rozpowszechnienie własności. Własność zabezpiecza wolność jednostek i społeczeństw, stanowi także gwarancję sensownej polityki demokratycznej. O ile jednak rynek jest miejscem produkcji i wymiany dóbr, które mogą prowadzić do uzyskania liczącej się własności, o tyle jej upowszechnienie możliwe jest tam, gdzie uszanowane zostają interesy społeczne, kulturowe i polityczne jak najszerszych warstw społecznych.

Właśnie dlatego wspólnoty ludzkie potrzebują elementów porządkujących kapitalistyczne uniwersum, w którym silniejsze podmioty mają tendencje do zawłaszczania przestrzeni gospodarczej i politycznej (choćby poprzez podporządkowanie porządku prawnego danego państwa własnym korzyściom, ze szkodą dla obywateli tego kraju). Efektywna koegzystencja rynku i państwa to taka, która sprzyja jak najpowszechniejszemu uwłaszczeniu.

Dla ordoliberałów istotne były także sprawy wsi – chłopskie gospodarstwo uznawali za jeden z ważniejszych elementów sprawnie funkcjonującego społeczeństwa. Nie bez znaczenia dla całej szkoły ordoliberalnego myślenia był – pewnie nieco sielankowy – pogląd, że „gospodarstwo chłopskie w sposób idealny łączy produkcję i konsumpcję, miejsce zamieszkania i pracy, przyrodę i człowieka, działalność zawodową z bezpośrednią radością z uzyskiwania zbiorów, rozwój osobowości i ciepło kontaktów społecznych”.

Trudno jednak zaprzeczyć, że to docenienie pracy na wsi, znaczenia prywatnych, świetnie urządzonych i zasobnych gospodarstw rolnych, niejednokrotnie współpracujących ze sobą w ramach różnorakich lokalnych kooperatyw, odnajdziemy dziś na niemieckiej wsi, wraz z jej przysłowiową dbałością o ład przestrzenny.

Rozwinę wątek, na który zwróciłem uwagę wskazując na ordoliberalne inspiracje św. Tomaszem z Akwinu. Niemieccy reprezentanci tej szkoły nie byli zwolennikami tezy, że „własność jest święta” zawsze i bez jakichkolwiek zastrzeżeń. Własność to odpowiedzialność względem wspólnoty, w której się żyje, a to wymaga pewnych ograniczeń czynionych ze względu na jej interesy. Jak zaznacza Łętocha: wolność posiadania własności w ujęciu ordoliberalnym ma swój obszar „ściśle określony prawem i na tym jasno zdefiniowanym terenie przedsiębiorca może się swobodnie poruszać, wiedząc, z jakimi reakcjami państwa spotkają się jego działania”.

Efektywna koegzystencja rynku i państwa to taka, która sprzyja jak najpowszechniejszemu uwłaszczeniu

Te prawne zabezpieczenia, wynikające z ustawodawstwa mogą choćby chronić elementarne interesy pracownika, sprawiają, że nie jest on tylko narzędziem do łatwego wyzyskania. Ordoliberałowie zakładali także zabezpieczenie środków zapewniających minimum egzystencji dla osób, którym nie powiodło się na rynku. Negowali jednak konieczność zbyt rozbudowanych systemów socjalnych, które – w ich opinii – mogłyby czynić ludzi zbyt uzależnionymi od państwa i jego funkcji pomocowych.

Dojrzałość i realizm

Ale obrębie ordoliberalnej szkoły pojawiła się istotna kontrowersja dotycząca właśnie polityki społecznej. Część ordoliberałów podkreślała, że nie można pozwolić na to, by w realiach państwa dobrobytu człowiek stał się „posłusznym zwierzęciem w wielkiej stajni państwowej”. Państwo nie powinno zbyt hojnie szafować choćby wsparciem finansowym dla rodzin, gdyż na dłuższą metę zabija to takie pożądane społecznie cechy, jak przezorność, nawyk oszczędności, zdolność do samopomocy i samoorganizacji społecznej. Postulowali stworzenie nie tyle „państwa dobrobytu”, co „społeczeństwa dobrobytu”, zdolnego do obrony własnych interesów niekoniecznie dzięki uzależnieniu od finansowego wsparcia państwowej biurokracji. Inni reprezentanci ordoliberalizmu twierdzili jednak, że publiczny system socjalny chroni porządek w obrębie politycznej wspólnoty i łagodzi konflikty społeczne, zatem ostatecznie ma dobroczynny wpływ na całość funkcjonowania państwa i rynku.

Niezależnie od różnych odcieni ordoliberalnego myślenia, dobro społeczne nigdy nie jest tu bagatelizowane i podporządkowane kilku sloganom o dobrodziejstwach „niewidzialnej ręki rynku”. Jest to o wiele bardziej dojrzała intelektualnie myśl, która dostrzega złożoność relacji między rynkiem, społeczeństwami i państwem. Kapitalizm jako efektywny system gospodarczy nie jest w tym myśleniu zakładnikiem wolnorynkowej ideologii, ale – o wiele bardziej realistycznie –konglomeratem wzajem się warunkujących zjawisk i podmiotów.

To polityka realna gospodarczo: owszem, kontrowersyjna, jeśli uczynić ją uczestnikiem zwyczajowych, stereotypowych polskich sporów między gospodarczymi prawicą i lewicą. Byłoby naiwnością twierdzić, że ordoliberalne dociekania nad źródłami efektywności gospodarki i dobrostanu społecznego da się bezpośrednio zaaplikować dla poprawienia rodzimej sytuacji. Z pewnością jednak przez ćwierćwiecze III Rzeczpospolitej brakowało nam w debacie publicznej podobnej szkoły myślenia, zarówno w polityce, jak w publicystyce. Gdyby znalazło się dla niej miejsce, to może z jednej strony nie nazywano by „socjalizmem” każdej bardziej etatystycznej próby myślenia o naszej rzeczywistości. Z drugiej – być może – liberalizm po polsku nie kojarzyłby się tak często z cwaniactwem i brakiem jakichkolwiek zasad etycznych w sferze publicznej oraz „złodziejskimi prywatyzacjami”.

Niewykluczone jednak, że obecnie, mądrzejsi o doświadczenie dwudziestu pięciu lat budowania kapitalizmu, wiemy już, że jego naiwno-sielankowa, okołkorwinistyczna wersja niewiele ma wspólnego z realiami tego systemu. Wiemy już dobrze, że w obrębie kapitalizmu istotne są pytania o zakres i możliwość własności, odpowiedzialność biznesu, rolę państwa w strukturze gospodarczej, bolączki związane z rozwarstwieniem i pauperyzacją. Nie powinno w tych kwestiach zabraknąć także ordoliberalnego punktu widzenia, jeśli nie chcemy wciąż podążać utartymi koleinami bez-myśli.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 4 (58)/2015, 1 KWIETNIA–5 MAJA, CENA: 0 ZŁ
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz