Witajcie w skansenie

Nowa ustawa regulująca obrót ziemią cofa rynek rolny o ćwierć wieku. Żeby wzmocnić polskie rolnictwo i bronić się przed wykupem, nie trzeba iść tak daleko

Nowa ustawa regulująca obrót ziemią cofa rynek rolny o ćwierć wieku. Żeby wzmocnić polskie rolnictwo i bronić się przed wykupem, nie trzeba iść tak daleko

Ograniczenie możliwości nabywania ziemi rolnej co do zasady tylko do rolników, normy obszarowe, regulacje prowadzące do koncentracji ziemi w rękach państwowych. Chęć bawienia się w inżynierię społeczną i wyręczanie rynku. Daleko idące ingerencje w prawo własności i swobodę umów. No i ta retoryka walki z „obszarnikami”, a także „spekulantami” – tak wyglądała regulacja obrotem ziemią rolną w okresie PRL. I tak będzie niestety ona wyglądała po wejściu w życie ustawy o wstrzymaniu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa oraz o zmianie niektórych ustaw, choć za PRL celem była kolektywizacja, a dziś – ochrona gospodarstw rodzinnych. Może jednak powinniśmy zgodzić się na to wszystko – w imię wyższego dobra, jakim ma być ochrona polskiej ziemi i odpowiedni rozwój rodzimego rolnictwa?

Jak zmieniało się prawo

Wszystko przez to, że 1 maja tego roku skończył się unijny okres przejściowy, w którym zagraniczni nabywcy polskich gruntów potrzebowali specjalnych zezwoleń na dokonanie takiej transakcji. Rodzi to liczne obawy przed masowym wykupem polskiej ziemi przez dysponujących większą siłą ekonomiczną obywateli państw tzw. starej Unii. Dlatego też podzielający te obawy rząd Beaty Szydło stworzył projekt ustawy o wstrzymaniu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa oraz o zmianie niektórych ustaw. Jego racją bytu jest zabezpieczenie naszych gruntów rolnych przed wykupem, a także wzmocnienie polskiego rolnictwa opartego na indywidualnych gospodarstwach rolnych. Ustawa została już przyjęta przez parlament. Te zmiany odwracają kierunek dotychczasowego prawodawstwa, które co do zasady szło od regulacji do coraz większej swobody obrotu ziemią rolną. W niechlubnych czasach PRL obrót ziemią, podobnie jak większość dziedzin gospodarki, poddany był wielu ograniczeniom. Tworzono liczne regulacje, na czele z reformą rolną, których celem była realizacja jednej z ważnych idei realnego socjalizmu, czyli kolektywizacji rolnictwa. Walczono wtedy z tzw. „obszarnikami” i próbowano w ramach brutalnej inżynierii społecznej wyeliminować sektor rolnictwa indywidualnego, zastępując go spółdzielniami. Warto tu przywołać choćby ustawę z 1957 r. o obrocie nieruchomościami rolnymi. Przewidywała ona zarówno ograniczenia podmiotowe, jak i przedmiotowe nabywania nieruchomości rolnych. Zgodnie z jej postanowieniami, nabycie przez osobę fizyczną nieruchomości o wielkości przekraczającej 5 ha obwarowane było wymogiem posiadania zaświadczenia potwierdzającego posiadanie wymaganych kwalifikacji.

Wszystko zmieniło się w poprzednim roku, kiedy nowe regulacje, zwiększające zakres ingerencji ANR w obrót ziemią rolną, oraz ustanawiające liczne, nowe ograniczenia w tej dziedzinie, próbował przeforsować rząd PO-PSL

Obszar gruntu nabywanego, łącznie z posiadaną już wcześniej nieruchomością, nie mógł przekraczać co do zasady 100 ha – w przypadku nabycia nieruchomości w drodze dziedziczenia albo nabycia od właściciela przez jego małżonka lub zstępnych. W pozostałych przypadkach 15 ha, a jeżeli nieruchomość rolna miała charakter gospodarstwa hodowlanego – 20 ha. Przekroczenie norm obszarowych groziło konfiskatą na rzecz Skarbu Państwa. Ustawa o ograniczeniu podziału gospodarstw rolnych z 1963 roku wprowadzała ograniczenia w zakresie znoszenia współwłasności gospodarstw rolnych (podział mógł być dokonywany tylko wtedy, gdy w efekcie nowy właściciel spełniał odpowiednie normy obszarowe) oraz zasady ich dziedziczenia. Zasadniczo dziedziczyć mogły tylko osoby spełniające odpowiednie wymogi, gdy wśród spadkobierców nikt ich nie spełniał, grunty przejmowało państwo. W 1982 roku uelastyczniono te ograniczenia, wreszcie już w nowej rzeczywistości społeczno-politycznej, mocą nowelizacji Kodeksu Cywilnego w 1990 r. zniesiono większość powyższych regulacji. Pozostawiono przede wszystkim pewne ograniczenia w zakresie podziału współwłasności i ustawowego dziedziczenia gospodarstw rolnych (które zostały uznane za niezgodne z Konstytucją przez Trybunał Konstytucyjny w wyroku z 31 stycznia 2001 r.). Do niedawna, oprócz regulacji dotyczących podziału współwłasności, obowiązywały jedynie wynikające z ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego: prawo pierwokupu dla dzierżawcy oraz co do zasady prawo pierwokupu gospodarstw rolnych o powierzchni nie mniejszej niż 5 ha Agencji Nieruchomości Rolnych. Brak było natomiast ograniczeń podmiotowych, nie trzeba było być rolnikiem, by móc nabyć nieruchomość rolną.

Nowe regulacje

Wszystko zmieniło się w poprzednim roku, kiedy nowe regulacje, zwiększające zakres ingerencji ANR w obrót ziemią rolną, oraz ustanawiające liczne, nowe ograniczenia w tej dziedzinie, próbował przeforsować rząd PO-PSL. Uchwalono nową ustawę, jednak ostatecznie nie weszła ona w życie, gdyż po wygranych wyborach PiS postanowił przygotować swoją wersję przepisów mających chronić rodzime rolnictwo. I tak, po wejściu w życie uchwalonej 14 kwietnia ustawy, obowiązujący stan prawny zostanie dość mocno zmieniony, w kierunku znacznego ograniczenia obrotu ziemią rolną. Przede wszystkim wracamy do przedstawionych wyżej, znanych z czasów PRL ograniczeń podmiotowych. Od tej pory znów, niczym w czasach realnego socjalizmu, co do zasady ziemię rolną będzie mógł nabyć tylko wykwalifikowany rolnik. Natomiast pozostałe osoby (pomijając wyjątki zawarte w ustawie), chcące zakupić taki grunt, zmuszone będą uzyskać zgodę Prezesa ANR. Zgoda taka obwarowana zostanie różnymi warunkami, niemniej jednak sama decyzja będzie w dużej mierze arbitralna. Oprócz tego przewidziano również ograniczenia przedmiotowe, polegające na tym, że nabywca nie może w wyniku dokonania transakcji posiadać nieruchomości rolnych, których obszar przekracza 300 ha. Krótko mówiąc, zgodnie z deklaracjami ministra rolnictwa Krzysztofa Jurgiela, wytaczamy ciężkie działa w walce z „obszarnikami” i bezwzględnie zakazujemy tworzenia zbyt dużych gospodarstw. Dodajmy do tego jeszcze nałożony na nabywcę obowiązek prowadzenia gospodarstwa rolnego aż przez 10 lat oraz rozszerzenie prawa pierwokupu dla ANR na wszystkie gospodarstwa rolne. I wisienka na torcie – całkowite wstrzymanie sprzedaży nieruchomości będących własnością państwa na okres 5 lat. Jaki skutek mogą przynieść tego typu rozwiązania?

To nic nie da

Proponowane zmiany nie będą w stanie postawić tamy ewentualnemu wykupowi polskiej ziemi przez obcokrajowców. Po pierwsze, jeśli prawdziwe są szacunki organizacji rolniczych, na które powołują się autorzy projektu ustawy w jej uzasadnieniu (zgodnie z którymi pomimo okresu ochronnego dochodziło do tej pory do licznych przypadków nieformalnego nabywania ziemi rolnej przez obcokrajowców), to kolejne ograniczenia zjawiska tego nie wyeliminują. Kreatywność ludzka nie zna bowiem granic, szczególnie kreatywność prawników i przedsiębiorców. Idę o zakład, że szybko zostaną znalezione liczne furtki, pozwalające na to, by jednak zdeterminowany obcokrajowiec mógł taką ziemię nabyć. Choćby poprzez wykorzystanie wyjątku przewidzianego dla związków wyznaniowych. Nie zdziwię się, jeśli w efekcie wzrośnie nam liczba kościołów, których rzeczywistym celem istnienia będzie obrót ziemią. Podobną sytuację mogliśmy już zaobserwować na przykładzie innej branży. Kilka lat temu ograniczono w naszym kraju możliwość handlu zwierzętami domowymi, zakazując sprzedaży zwierząt z hodowli niezarejestrowanych w ogólnokrajowych organizacjach społecznych, których statutowym celem jest działalność związana z hodowlą rasowych psów i kotów. Efekt? Jak grzyby po deszczu wyrastać zaczęły liczne organizacje miłośników psów i kotów, wystawiające fikcyjne metryki, dzięki którym można legalnie sprzedawać – jako rodowodowe – zwierzęta, których rasowość jest wątpliwa. Oprócz tej furtki bez wątpienia znajdą się też inne, włącznie z nieformalnym obrotem. Nie zapominajmy również, że oddanie tak dużej, dyskrecjonalnej władzy w ręce urzędników ANR to, by posłużyć się rolniczą metaforą, bardzo żyzna gleba dla rozkwitu korupcji. Szczególnie, że same agencje cieszą się bardzo wątpliwą reputacją instytucji przeżartych kumoterstwem i nepotyzmem.

Wzrośnie nam znów, jak za czasów PRL, nieformalny obrót ziemią, bez aktów notarialnych, na tzw. gębę, co uderzy w bezpieczeństwo i porządek prawny. A brak powyższych jest jedną z głównych barier rozwoju

Skoro zatem prawdopodobnie nie uda nam się wyeliminować zjawiska potencjalnego wykupu ziemi przez obcokrajowców, to może przynajmniej sprawimy, że polskie rolnictwo będzie się rozwijać, a dominującym jego modelem będzie gospodarstwo rodzinne? Obawiam się, że skutek może być wręcz odwrotny, ponieważ liczne ograniczenia dla obrotu ziemią sprawią, że drastycznie spadnie jej cena, co uderzy w majątki rolników. Wzrośnie znów, jak za czasów PRL (kiedy to rozdźwięk pomiędzy stanem prawnym, zapisanym w księgach wieczystych, a stanem faktycznym na wsiach stał się tak duży, że konieczne było wydanie specjalnej ustawy, która „legalizowała” własność samoistnych posiadaczy gruntów rolnych, poprzez przyznanie im preferencyjnych warunków zasiedzenia), nieformalny obrót ziemią, bez aktów notarialnych, na tzw. gębę, co uderzy w bezpieczeństwo i porządek prawny. A brak powyższych jest jedną z głównych barier rozwoju. Trudno bowiem inwestować, gdy nie ma jasno zdefiniowanych praw własności. Może to również prowadzić do licznych dramatów – w sytuacjach sporów o ziemię, gdy nagle okaże się, że ktoś, kto włożył w nią mnóstwo pracy i cały swój dorobek straci ją, bo formalnie własność przysługuje komuś innemu.

Można było inaczej

Co zatem zrobić, aby jednak zrealizować cele, dla których stworzono tego „legislacyjnego potworka”? Przede wszystkim najpierw należałoby podjąć refleksję na temat zasadności przyjmowanych założeń, poczynając od samej retoryki, czyli walki ze „spekulacją” i „obszarnikami”. W rzeczywistości owa „spekulacja” jest pożytecznym zjawiskiem. Pozwala bowiem na ustalanie cen rynkowych, które pokazują przedsiębiorcy (a jest nim także rolnik), czy jego działalność jest opłacalna, czy nie. Rozwoju polskiego rolnictwa nie będzie, jeśli będziemy próbowali na siłę je modelować, utrzymując je w stanie samozadowolenia i chroniąc przed wymogami rynku. Rozwój gospodarczy tym się między innymi charakteryzuje, że stopniowo coraz mniej członków danej społeczności zajmuje się pracą na roli, która dzięki postępowi technologicznemu staje się coraz bardziej wydajna. Uwolnione zasoby można wtedy skierować w inne, bardziej potrzebne sektory, przede wszystkim usług czy nowych technologii. Jeśli chcemy rozwoju gospodarczego, nie możemy więc na siłę utrzymywać przerośniętego zatrudnienia w rolnictwie.

Przygotujmy analizę na temat tego, jakim zasobem ziemi rolnej dysponujemy, ile potrzebujemy, żeby zapewnić minimum bezpieczeństwa żywnościowego i – korzystając z obecnych przepisów o planach zagospodarowania przestrzennego – wprowadźmy przemyślane regulacje, które pozwolą na utrzymywanie minimalnej liczby nieruchomości na cele rolne

Silne rolnictwo to rolnictwo innowacyjne, oparte na dużych prywatnych gospodarstwach. Sztuczne wymuszanie innego modelu, czy to opartego na gospodarstwach rodzinnych, jak obecnie, czy to kolektywizacji, jak w czasach PRL, zawsze będzie działaniem gospodarczo niekorzystnym. Jeśli faktycznie chcemy zapobiec masowemu wykupowi polskiej ziemi rolnej przez obcokrajowców,  to dążymy do zniwelowania ich przewagi ekonomicznej, stawiając przede wszystkim na wolną i innowacyjną gospodarkę. Stwórzmy warunki do tego, by polscy obywatele mogli zwiększać swoją siłę nabywczą. Tędy, a nie poprzez sztuczne chronienie nieefektywnych modeli gospodarczych, wiedzie droga do osiągnięcia celu, którym jest zwiększenie wielkości rodzimego kapitału, w tym dóbr w postaci ziemi. Warto przy okazji rozpocząć dyskusję na temat zasadności utrzymywania w Konstytucji RP art. 23, zgodnie z którym „podstawą ustroju rolnego państwa jest gospodarstwo rodzinne.” Przepis ten wprowadzony został z pobudek ideologicznych, jako swoisty bezpiecznik, mający zapobiec powrotowi przykrych doświadczeń z czasów PRL. Miał też podkreślić, że taki właśnie model rolnictwa jest ściśle związany z polską tradycją. Myślę, że dziś powinniśmy jednak spojrzeć na ten temat bez emocji i postawić postulat de lege ferenda wykreślenia tego artykułu. Jego obecność wymusza bowiem, jeśli traktować go na serio, tworzenie regulacji, które na siłę promują gospodarstwa rodzinne. Jest to nic więcej, jak tylko niekorzystna gospodarczo inżynieria społeczna.

Jakie regulacje?

Jedyna sprawa, w przypadku której rzeczywiście warto zastanowić się nad wprowadzeniem pewnych regulacji ochronnych, to kwestia zachowania najbardziej żyznych ziem, które zagrożone mogą być przez potencjalne inwestycje nierolnicze. Nie potrzeba do tego jednak drakońskich ograniczeń prawa własności i swobody umów. Przygotujmy analizę na temat tego, jakim zasobem ziemi rolnej dysponujemy, ile potrzebujemy, żeby zapewnić minimum bezpieczeństwa żywnościowego. Korzystając z obecnych przepisów o planach zagospodarowania przestrzennego, wprowadźmy przemyślane regulacje, które pozwolą na utrzymywanie minimalnej liczby nieruchomości na cele rolne. Zaufajmy trochę bardziej rynkowi, pamiętając o tym, że jeśli podaż nieruchomości rolnych będzie za niska, to wzrosną ceny i w efekcie ta podaż znów się zwiększy.

Warto również zadbać o to, by zamiast gromadzenia ziemi w rękach państwa i budowania czegoś w rodzaju neofeudalizmu, doprowadzić do uwłaszczenia rolników. Myślę, że dobrym rozwiązaniem byłoby zaproponowanie dzierżawcom nieruchomości będących własnością ANR preferencyjnych warunków wykupu, czegoś na kształt bonifikat znanych z użytkowania wieczystego. Wzmocni to siłę ekonomiczną naszych rolników i upodmiotowi ich, uwalniając z tych zależności lennych od ANR, zwiększy wielkość rodzimego kapitału, a także upowszechni własność prywatną.

Nowa ustawa, regulująca obrót ziemią rolną, może przynieść katastrofalne skutki w postaci zubożenia polskich rolników, zachwiania bezpieczeństwa prawnego obrotu ziemią i zahamowania rozwoju rodzimego rolnictwa. Jeśli rzeczywiście chcemy zwiększyć siłę rodzimego rolnictwa, to nie możemy wracać do złych wzorców z czasów niewydolnego PRL. Pamiętajmy również o tym, że wszelkie regulacje, ingerujące we własność i swobodę umów, należy stosować z ogromną ostrożnością tylko wtedy, gdy jest to absolutnie niezbędne. Najlepszym regulatorem jest bowiem rynek, a nie przeżarte nepotyzmem agencje rolne.

Prawnik, publicysta. Od 2011 roku felietonista lokalnego tygodnika „Kurier Słupecki”, pisał również dla ogólnopolskich tytułów (m.in. były felietonista ”Wprost”), współpracownik „Nowej Konfederacji”. Ukończył z wyróżnieniem kurs Polsko-Amerykańskiej Akademii Liderów. W ramach „Projektu Arizona” odbył kurs dotyczący ekonomii, polityki i historii Stanów Zjednoczonych na Arizona State University, był także stażystą w kancelarii adwokackiej w Phoenix. Od lat związany z sektorem organizacji pozarządowych, organizował lub współorganizował wiele eventów i tworzył liczne projekty ( m.in. jest jednym z pomysłodawców i twórców ogólnopolskiego projektu „Lekcje Ekonomii dla Młodzieży”). Były Prezes Stowarzyszenia KoLiber, obecnie ekspert Instytutu Przedsiębiorczości i Rozwoju, a także wykładowca Polsko-Amerykańskiej Akademii Liderów. Interesuje się myślą polityczną, prawną i ekonomiczną, historią oraz filozofią prawa i polityki.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz