Newsletter

Wenezuelski labirynt

Na Zachodzie mamy do czynienia albo z apologią rządów Maduro i demaskowaniem „neoliberalnych elit finansowanych z zagranicy”, albo z potępieniem „socjalistycznej dyktatury chavistów”. Sytuacja jest bardziej złożona

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Wenezuela stanęła właśnie przed groźbą rozpadu struktur państwowych. Latynoamerykański kraj pcha w przepaść nie tylko fatalna sytuacja gospodarcza – przypominająca pod pewnymi względami ciężki los Serbii w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, dotkniętej gigantyczną hiperinflacją, międzynarodowymi sankcjami ekonomicznymi i brakiem surowców energetycznych tuż po rozpadzie Jugosławii – ale również rozdzierający konflikt pomiędzy zwolennikami panującego od ponad 20 lat systemu boliwariańskiego i dość różnorodnej ideowo opozycji. 23 stycznia przybrał on formę dwuwładzy. Juan Guaidó, przewodniczący Zgromadzenia Narodowego (hiszp. Asamblea Nacional) pełniącego de iure rolę parlamentu, ale faktycznie nieuznawanego przez boliwariańskiego prezydenta Nicolása Maduro, ogłosił się jednostronnie tymczasową głową państwa. Guaidó udało się uzyskać poparcie znaczących czynników międzynarodowych, w tym USA, Wielkiej Brytanii oraz wielu państw regionu, który w 2019 roku nie ma już tak lewicowych barw politycznych jak w czasach prezydentury poprzednika Maduro i głównego architekta boliwarianizmu, Hugo Chaveza (1998-2013). Opozycyjny prezydent nie zdobył jednak i póki co, kluczowego w rzeczywistości politycznej Ameryki Łacińskiej poparcia armii. Jest ona postrzegana jako jeden z filarów systemu boliwariańskiego.

Pod lupą kryzysu

Czytając większość komentarzy z półkuli zachodniej, dotyczących ostatnich wydarzeń na ulicach Caracas, trudno jest znaleźć obserwatorów, którzy chcieliby przyjrzeć się wenezuelskiemu labiryntowi według klasycznych zasad sine ira et studio oraz audiatur et altera pars. Mamy więc do czynienia albo z apologią rządów Maduro i demaskowaniem „neoliberalnych, kompradorskich elit finansowanych z zagranicy”, dążących do obalenia systemu boliwariańskiego, albo też z jednoznacznym potępieniem „socjalistycznej dyktatury chavistów” odpowiedzialnej za wszystkie minione, a nawet przyszłe problemy tego kraju.

Zbudowany w dużej mierze na osobistym autorytecie przedwcześnie zmarłego w 2013 roku Hugo Chaveza system boliwariański przez dwie dekady swojego istnienia przeżywał proces dynamicznych zmian

Korzenie, przebieg i skutki konfliktu w Wenezueli, który chyba tylko cudem nie przerodził się jeszcze w ostatnich latach w otwartą wojnę domową, są znacznie głębsze. Łączą w sobie skomplikowany splot globalnych czynników gospodarczych, w tym rywalizację surowcową i energetyczną wielkich mocarstw, w szczególności USA, Chin i Rosji. Dochodzi do tego stratyfikacja społeczeństwa wenezuelskiego, znacznie bardziej podzielonego pod względem klasowym i majątkowym niż nawet najbiedniejsze kraje europejskie. W końcu nakładają się na to wszystko złożone podziały ideowe i partyjne, bynajmniej nieprzebiegające tylko według uproszczonego schematu „boliwariańscy suwereniści i lokaliści” kontra „opozycyjni globaliści i kosmopolici”. Wystarczy tylko zwrócić uwagę, że opozycyjna wobec rządów Maduro Koalicja na Rzecz Jedności Demokratycznej (hiszp. Mesa de la Unidad Democrática), która wygrała wybory parlamentarne w 2015 roku stanowi szeroki blok skupiający ugrupowania centroprawicowe, chadeckie, liberalne, lewicowe, a nawet byłych chavistów, takich jak Henri Falcón, główny kontrkandydat urzędującego prezydenta Maduro w ubiegłorocznych wyborach prezydenckich.

Socjalizm surowcowy

Zbudowany w dużej mierze na osobistym autorytecie przedwcześnie zmarłego w 2013 roku Hugo Chaveza system boliwariański przez dwie dekady swojego istnienia przeżywał proces dynamicznych zmian. Ewoluował od dość wyważonej polityki „trzeciej drogi” i współistnienia bardzo aktywnej polityki socjalnej z utrzymaniem dużej roli gospodarki prywatnej, aż do „socjalizmu XXI wieku”, opartego na nacjonalizacji bogactw naturalnych (w tym przypadku ropy naftowej) i skierowania dużej części zysków z jej handlu na realizację ambitnych programów społecznych. Głównie była to budowa ogromnej ilości mieszkań socjalnych dla ubogich, walka z analfabetyzmem i chorobami zakaźnymi, rozwój opieki medycznej i świadczeń rodzinnych. Pierwsza dekada rządów Chaveza zbiegła się z dobrą globalną koniunkturą na ceny ropy. Bezrobocie spadło wówczas do poziomu 7 proc. (mniej niż w ówczesnej Polsce), gospodarka ruszyła z kopyta, przyśpieszając ponad 2,5 raza w stosunku do lat dziewięćdziesiątych. O blisko połowę spadło ubóstwo, a regulowane ceny podstawowych towarów codziennych ożywiły konsumpcję wśród do tej pory najuboższych warstw ludności.

Mocno krytykowany przez opozycję Chavez nie przekraczał jednak zasadniczo czerwonej linii wolności mediów (większość mediów prywatnych biła w niego jak w bęben) ani też używania na szeroką skalę przemocy wobec oponentów, nawet po próbie zamachu stanu z 2002 roku. Wobec dużej części jego uczestników przywódca zastosował zresztą prawo łaski w pięć lat po rebelii, która na kilkadziesiąt godzin pozbawiła go władzy.

Od ewolucji do erozji

Erozja boliwaryzmu zbiegła się z przedwczesną śmiercią Chaveza w 2013 roku i objęciem władzy przez pozbawionego osobistej magii swego poprzednika, Nicolása Maduro. Zaledwie niewielką większością 1,5 proc. głosów wygrał on wybory prezydenckie w 2013 roku. Przede wszystkim jednak system wenezuelski osłabił globalny spadek cen ropy. Zadziałał w tym miejscu znany mechanizm narodowego złota, które nagle może stać się największym narodowym przekleństwem. Zmniejszenie się potężnych wpływów do państwowej kasy z wielkiego, państwowego koncernu naftowego PDVSA postawiło przed ekipą w Caracas dylemat: zmniejszać wydatki socjalne, albo poddać się polityce inflacyjnej. Dylemat jakże dobrze znany w krajach opartych na gospodarce monosurowcowej i skłonnych do ambitnej polityki społecznej. Maduro i rządzący boliwaryści wybrali to drugie rozwiązanie, co w połączeniu z sankcjami gospodarczymi ze strony USA doprowadziło do krachu gospodarczego, rosnącej nędzy i blisko trzymilionowej emigracji. Wenezuela pogłębiła jeszcze bardzie swoją zależność finansową od Chin i Rosji.

UE (w tym polska dyplomacja) zajęła stanowisko pośrednie, podając w wątpliwość prawomocność instytucji władzy kontrolowanych przez Maduro i wzywając do dialogu, prowadzącego do wyłonienia demokratycznej reprezentacji. Te ostatnie stanowisko wydaje się najrozsądniejsze, w przeciwieństwie do sygnałów sugerujących interwencję zewnętrzną, które w ostatnich dniach padały zarówno w Waszyngtonie, jak i Moskwie

Największym jednak grzechem Maduro, który spowodował całą lawinę nieszczęść, było nieuznanie niekorzystnych wyników wyborów parlamentarnych z grudnia 2015 roku. Większość miejsc w Zgromadzeniu Narodowym – paradoksalnie, instytucji bardziej otwartej na wpływ obywateli na mocy konstytucji przyjętej tuż po dojściu Chaveza do władzy w 1999 rokuzdobyła Koalicja na Rzecz Jedności Demokratycznej. Co więcej, kontrolowany przez Maduro Najwyższy Trybunał Sprawiedliwości (TSJ) w 2017 roku pozbawił parlament władzy, a rządzący przeprowadzili wybory do nowego organu przedstawicielskiego – Narodowego Zgromadzenia Konstytucyjnego (hiszp. Asamblea Nacional Constituyente). Opozycja lege artis je zbojkotowała, a w kadłubowym parlamencie zasiedli przedstawiciele rządzącej Zjednoczonej Socjalistycznej Partii Wenezueli (PSUV). Tych wyborów nie uznała większość demokratycznego świata, a wszelkie próby mediacji spaliły na panewce. Podobnie rzecz się miała z ubiegłorocznymi wyborami prezydenckimi, przeprowadzonymi w atmosferze nagonki na opozycję, używania przemocy i odmawiania rejestracji kandydatów konkurencyjnych wobec władz. Dodając do tego dosyć brutalne traktowanie przez siły bezpieczeństwa wierne Maduro wszelkich demonstracji antyrządowych, trudno się dziwić reakcji większości krajów wobec obecnej polityki rządu boliwariańskiego.

Złożone drogi wyjścia

Obecna sytuacja rządu Maduro, uznawanego przez znaczną część światowej opinii publicznej za uzurpatora, jest odmienna od pozycji ekipy Hugo Chaveza. W Ameryce Łacińskiej może liczyć tylko na poparcie starych druhów w rodzaju Kuby, Evo Moralesa z Boliwii, Daniela Ortegi z Nikaragui oraz lewicowych rządów Meksyku i Salwadoru. Ekipa prezydenta Tabare Vasqueza z Urugwaju, mającego długą tradycję dobrych relacji z chavistami, zaproponowała mediację w konflikcie z opozycją. Znamienne, że Maduro nie poparł również lewicowy prezydent Ekwadoru Lenín Moreno, nie mówiąc już o rządzonych przez prawicę Brazylii, Argentynie, Chile, Paragwaju i Peru. Z budowanego z dużym rozmachem przez Chaveza Boliwariańskiego Sojuszu na Rzecz Ludów Naszej Ameryki (ALBA) zostało niewiele – dość przypomnieć, że strona internetowa tej międzynarodowej organizacji, planowanej jako latynoska odpowiedź na NAFTĘ oraz UE była po raz ostatni aktualizowana… w 2015 roku. Z reszty krajów, Maduro popierają Rosja, Chiny, Syria, Turcja oraz Białoruś i Iran.

Bez wątpienia jedyną drogą do uspokojenia sytuacji w Wenezueli jest dialog i porozumienie najważniejszych sił politycznych tego kraju

Tymczasową ekipę Juana Guaidó obok administracji prezydenta Trumpa wsparły Kanada, Wlk. Brytania, ale również Ukraina i Gruzja. UE, w tym polska dyplomacja zajęły stanowisko pośrednie, podając w wątpliwość prawomocność instytucji władzy kontrolowanych przez Maduro i wzywając do dialogu, prowadzącego do wyłonienia demokratycznej reprezentacji. To stanowisko wydaje się najrozsądniejsze, w przeciwieństwie do sygnałów sugerujących interwencję zewnętrzną, które w ostatnich dniach padały zarówno w Waszyngtonie, jak i Moskwie. Nie można równocześnie wykluczyć, że dość nerwowe reakcje Donalda Trumpa skierowane są nie tyle wobec samego Maduro, co stanowią kolejną odsłonę coraz intensywniejszego konfliktu Waszyngtonu z Pekinem, który w samym tylko ubiegłym roku wpompował pomoc dla państwowego giganta naftowego PDVSA blisko ćwierć miliarda USD.

Bez wątpienia jedyną drogą do uspokojenia sytuacji w Wenezueli jest dialog i porozumienie najważniejszych sił politycznych tego kraju. Musi ono uwzględniać zarówno zwolenników opozycji, jak i boliwarianistów. Część opozycji nie chce zresztą wcale jednoznacznego powrotu do czasów przedchavistowskich, akceptując wiele obiektywnie pozytywnych zmian w polityce społecznej dokonanych po 1998 roku. Wszelkie inne próby wyjścia z wenezuelskiego labiryntu wydają się dzisiaj drogą donikąd.

Masz dość bzdur i propagandy?

Wspieraj niezależny i ambitny ośrodek myśli

Solennie zobowiązuję się przemyśleć czy stać mnie na wsparcie serwisu Nowa Konfederacja stałym zleceniem przelewu dowolnej kwoty

przykładowe kwoty:

  • 16 zł - latte z dodatkami w kawiarni
  • 50 zł - bilet ulgowy do teatru
  • 150 zł - bilet do opery
  • 500 zł - zostań mecenasem polskiej myśli politycznej