Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Trzy błędne przekonania Zachodu na temat Chin

Błędem jest założenie, że Chiny są jak Związek Sowiecki. W 2019 r. 130 milionów Chińczyków swobodnie opuściło Chiny. Wielu z nich wróciło. Gdyby Chiny były jak gułag – ci ludzie nie wyjechaliby, a jeśli jakimś cudem udałoby im się wyjechać – nie wróciliby

>>>WESPRZYJ ZBIÓRKĘ NA POLSKIE WYDANIE “HAS CHINA WON?” (“CZY CHINY WYGRAŁY?”)<<<

W książce „Has China Won” stwierdza pan, że w dobie obecnej rywalizacji Stany Zjednoczone zachowują się dokładnie tak, jak Związek Sowiecki w czasie zimnej wojny, a Chiny zachowują się jak wówczas Ameryka – co, nawiasem mówiąc, brzmi nieco szokująco dla polskich uszu. Dlaczego pan tak uważa?

Osobą, która mogłaby odpowiedzieć na to pytanie, był George Kennan, główny strateg Stanów Zjednoczonych, który stworzył politykę powstrzymywania Związku Sowieckiego. Kennan dał też Stanom radę: „W ostatecznym rozrachunku wynik rywalizacji z Sowietami nie będzie zależał od wielkości armii, od tego, ile lotniskowców posiadacie. Będzie on zależeć od duchowej żywotności jednego i drugiego społeczeństwa”. W przypadku rywalizacji pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Sowieckim nie było wątpliwości, że w społeczeństwie amerykańskim była o wiele większa duchowa witalność, a w społeczeństwie sowieckim – mniejsza.

Dzisiaj Stany Zjednoczone są jedynym dużym krajem rozwiniętym, w którym średni dochód gorzej sytuowanej połowy mieszkańców spadł w ciągu 30 lat. Natomiast Chińczycy doświadczyli największej poprawy standardu życia w ciągu ostatnich 40 lat. W istocie było to najlepsze 40 lat w całej 4000-letniej historii Chin. W chińskim społeczeństwie jest ogromna duchowa witalność i dynamizm. A zatem, w przeciwieństwie do czasów rywalizacji między USA a Związkiem Sowieckim, w rywalizacji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi to Chińczycy doświadczają poprawy poziomu życia, podczas gdy wielu Amerykanów – nie.

Czym jest ta duchowa witalność?

Jeśli spojrzeć na najważniejsze wskaźniki dobrobytu, to widać np., że Stany Zjednoczone są jedynym dużym rozwiniętym społeczeństwem, w którym w ostatnich latach spadła średnia długość życia. Samobójstw popełnia się w USA więcej niż w Chinach. Laureat Nagrody Nobla, Angus Deaton, napisał książkę “Deaths of Despair And The Future of Capitalism”. Stwierdza tam, że biała klasa robotnicza w Ameryce tonie w morzu rozpaczy. Udowodnił, że Ameryce brakuje duchowej witalności, szczególnie wśród klasy robotniczej. Oczywiście, tę witalność mają amerykańscy miliarderzy, ale inaczej jest w przypadku szerokich mas społeczeństwa, gdzie sytuacja się pogarsza. Jeśli spojrzymy dla kontrastu na zmianę wskaźników średniej długości życia, śmiertelności niemowląt, śmierci z powodu samobójstw itd. dla Chin, to pokazują one, że Chiny są coraz szczęśliwsze, a pod pewnymi względami już są szczęśliwsze niż społeczeństwo amerykańskie.

Jeśli spojrzeć na najważniejsze wskaźniki dobrobytu, to widać np., że Stany Zjednoczone są jedynym dużym rozwiniętym społeczeństwem, w którym spadła średnia długość życia

Jakie są przyczyny spadku tych wskaźników w USA?

Stany Zjednoczone, które kiedyś były żywą demokracją, z rządem ludu, przez lud, i dla ludu (jak mówił Abraham Lincoln w przemowie gettysburskiej – przyp. JP) – lub rządem stu procent, przez sto procent, dla stu procent – stały się rządem jednego procenta, przez jeden procent, dla jednego procenta. Funkcjonalnie rzecz biorąc, Stany Zjednoczone są plutokracją. I nie jestem jedynym, który to mówi. To samo powiedział nieżyjący już szef Rezerwy Federalnej, Paul Volcker, i laureat Nagrody Nobla, Joseph Stiglitz. Martin Wolf pisał w „Financial Times”, że Stany Zjednoczone są plutokracją.

Kiedy więc mamy do czynienia z plutokracją, w której większość wzrostu dochodów trafia do górnego jednego procenta, a dolne 50 procent nie odnotowuje poprawy standardu życia od 30 lat, to jest to strukturalny powód, dla którego Stanom Zjednoczonym brakuje duchowej witalności. Chiny, przeciwnie, stały się przeciwieństwem plutokracji, czyli państwem merytokratycznym, w którym rząd wybiera najlepszych ludzi do swojej służby. Nie ma więc znaczenia, czy urodziłeś się w bardzo bogatej, czy bardzo biednej klasie. W Chinach, jeśli jesteś zdolny, dostajesz szansę, aby się rozwinąć i odnieść sukces w życiu. W latach 50-tych, 60-tych i 70-tych Stany Zjednoczone były znane jako społeczeństwo, w którym występuje najwyższy stopień mobilności społecznej. Dziś, jeśli ktoś stara się wyjść z nędzy panującej w dolnych 10 procentach społeczeństwa, to prawdopodobnie że większej mobilności społecznej doświadczy w Chinach niż w Stanach Zjednoczonych.

Chiny są jednak być bardzo represyjnym społeczeństwem – zarówno w sensie politycznym, jak i ekonomicznym. Wielu ludzi pracuje bardzo ciężko na niskich stanowiskach, np. w produkcji, i bardzo trudno jest im dostać się na wyższe szczeble drabiny społecznej.

Są dwa wymiary represji – ekonomiczny i polityczny. W wymiarze ekonomicznym odpowiedź dają statystyki. W 1980 roku, kiedy Deng Xiaoping rozpoczął program reform na rzecz modernizacji, w Chinach było 800 milionów ludzi żyjących w skrajnym ubóstwie. Dziś liczba osób żyjących w skrajnym ubóstwie spadła do zera. Państwo, które ratuje 800 milionów ludzi z absolutnego ubóstwa, nie jest państwem represyjnym. Jednocześnie Stany Zjednoczone miały kiedyś zdecydowanie największą na świecie populację klasy średniej. Dziś to Chiny mają największą klasę średnią na świecie.

A co z represjami politycznymi?

Błędem, który ludzie popełniają, jest założenie, że Chiny są jak Związek Sowiecki. Odwiedziłem Związek Sowiecki w 1976 r. i znam go bardzo dobrze. Byłem w Moskwie wiele razy. W tamtych czasach Stany Zjednoczone powiedziałyby Sowietom: „Nie możemy mieć z wami właściwych stosunków, jeśli nie pozwolicie na swobodną emigrację ze Związku Sowieckiego. Musicie pozwolić swoim ludziom wyjechać”. A Chiny pozwalają ludziom wyjeżdżać! W 2019 r. 130 milionów Chińczyków – czyli prawie tyle, ile wynosi populacja Rosji – swobodnie opuściło Chiny. Wielu z nich powróciło. Gdyby Chiny były społeczeństwem represyjnym, gułagiem, ci ludzie nie wyjechaliby, a jeśli w jakiś sposób udałoby im się wyjechać, nie wróciliby.

Często podkreśla pan, że największym strategicznym błędem Ameryki jest brak długofalowej strategii i brak głębokiego zrozumienia Chin. Jakie są największe luki w wiedzy o Chinach i rozumieniu Chin na Zachodzie?

Pierwszym poważnym nieporozumieniem jest myślenie, że konkurent chiński jest taki sam jak konkurent sowiecki. Na Zachodzie myśli się tak, ponieważ Chiny są zarządzane przez Komunistyczną Partię Chin, a Związek Sowiecki był zarządzany przez Komunistyczną Partię Związku Sowieckiego. Ale to ogromny błąd, ponieważ celem Komunistycznej Partii Chin nie jest wskrzeszenie komunizmu ani jego eksport na cały świat. Celem Komunistycznej Partii Chin jest wskrzeszenie chińskiej cywilizacji. A więc Stany Zjednoczone konkurują z liczącą cztery tysiące lat cywilizacją chińską, a nie z partią komunistyczną.

Pierwszym poważnym nieporozumieniem jest myślenie, że konkurent chiński jest taki sam jak konkurent sowiecki

Drugim błędem jest przekonanie, że Chiny również będą zachowywać się jak Związek Sowiecki, tj. że będą próbowały przy pomocy środków militarnych rozszerzyć swój wpływ za ocean i wojskowo konkurować ze Stanami Zjednoczonymi. W rzeczywistości Chińczycy w ogóle nie mają ochoty rywalizować w wymiarze militarnym. Pekin jest całkiem zadowolony z tego, że Stany Zjednoczone marnują niepotrzebnie mnóstwo pieniędzy na obronę. Fareed Zakaria napisał w „Washington Post” felieton, w którym zwrócił uwagę, że budżet obronny USA jest o wiele, wiele większy niż budżet obronny Chin, a większość z niego to marnowanie pieniędzy.

Trzecim często popełnianym błędem jest obawa, że w taki czy inny sposób Chiny będą chciały podważyć amerykańską demokrację lub bezpośrednio zagrozić Stanom Zjednoczonym. Tymczasem Chiny nie mają absolutnie żadnego zamiaru mieszać się w wewnętrzne sprawy Ameryki, nie mają też żadnego zamiaru podbijać Ameryki ani zakładać w niej baz.  W tym sensie fundamentem błędów, jakie popełniają Stany Zjednoczone, jest to, że przyjmują wszystkie założenia z czasów zimnej wojny i stosują je wobec Chin, podczas gdy nie są one adekwatne.

Wspomniał pan również, że twierdzę, iż Stanom Zjednoczonym brakuje strategii w kontaktach z Chinami. Jak pisałem w książce, to spostrzeżenie przekazał mi Henry Kissinger. Napisał on całą książkę pt. „O Chinach”, w której udowadniał, że Chińczycy zawsze myślą długoterminowo i działają strategicznie, a Stany Zjednoczone kierują się względami krótkoterminowymi i opinią publiczną, a nie starannym, długoterminowym myśleniem strategicznym.

Jednak bardzo trudno zgodzić się z tym, że Chiny nie są krajem ekspansjonistycznym, biorąc pod uwagę napięcia militarne w Azji Południowo-Wschodniej i wokół Tajwanu.

Spośród pięciu wielkich mocarstw, czyli Stanów Zjednoczonych, Rosji, Francji, Wielkiej Brytanii i Chin, Chiny są jedynym państwem, które od 40 lat nie toczyło żadnej poważnej wojny. Chiny nie wystrzeliły nawet pocisku poza swoją granicę. Miały jedynie starcie z Indiami, gdzie indyjscy i chińscy żołnierze walczyli na pięści. Jeśli więc spojrzeć na historię Chin pod względem użycia siły militarnej, to są one najbardziej powściągliwym krajem.

W swojej książce „Destined for War” Graham Allison stwierdza, że Amerykanie często życzyliby sobie, by Chiny były jak USA. Należy jednak być ostrożnym w takich marzeniach, ponieważ Chiny dzisiaj, w 2021 roku, są tam, gdzie Ameryka była około roku 1890, kiedy zaczynała być wielkim mocarstwem. I gdy tylko się nim stała, wypowiedziała wojnę Hiszpanii, zajęła Filipiny, zdobyła Kanał Panamski, zaczęła być ekspansywna. Graham Allison twierdzi, że Chiny tak nie działają – tak mówi amerykański politolog! Na Morzu Południowochińskim Chiny mają spory terytorialne z czterema krajami ASEAN – Malezją, Filipinami, Brunei i Wietnamem. Gdyby chińskie wojsko chciało przejąć wszystkie sporne terytoria na wybrzeżu Morza Południowochińskiego, mogłoby to zrobić już jutro. Jest znacznie silniejsze, a mimo to nie przejęło żadnej z tych plaż. Chiny w istocie nie użyły wojska na Morzu Południowochińskim. Gdyby to zrobiły, wygrałyby.

Co do Tajwanu – należy podkreślić, że większość państw na świecie uznaje „politykę jednych Chin” – w ramach której Tajwan jest uznawany za część Chin kontynentalnych

Co do Tajwanu – należy podkreślić, że większość państw na świecie uznaje „politykę jednych Chin” – w ramach której Tajwan jest uznawany za część Chin kontynentalnych. Nawet Polska nawiązała oficjalne stosunki dyplomatyczne z Pekinem i nieoficjalne z Tajwanem. W tym rejonie istnieje niebezpieczeństwo wojny – zgadzam się. Ale nie dojdzie do niej, jeśli Tajwan nie ogłosi niepodległości. Jeśli tak się stanie, Chińczycy pójdą na wojnę. Ale dotąd minęło wiele lat i Chiny nie mają na Tajwanie aktywnych sił wojskowych.

Również polityka geostrategiczna i gospodarcza Chin sprawia, że bardzo trudno zgodzić się z tym, że Pekin nie jest ekspansjonistyczny. Zacytuję Państwu amerykańskiego politologa, Andrew Michtę, który mówi: „Chińczycy starają się zbudować alternatywny łańcuch dostaw na terenie całej Eurazji – i to jest właśnie Pas i Szlak. Moim zdaniem Europa – która jest obecnie punktem wejścia do Eurazji dla społeczności atlantyckiej, i czerpie z tego ogromne korzyści – stałaby się w takiej sytuacji końcową częścią chińskiego łańcucha dostaw. A mamy tu do czynienia z niedemokratycznym, w rzeczywistości totalitarnym, silnym państwem, które nie uznaje ważnych dla nas wartości. To oznacza zasadniczą zmianę. Gdyby Europa znalazła się w sferze wpływów chińskiego państwa imperialnego, konsekwencje dla całej cywilizacji zachodniej byłyby ogromne”.

Inicjatywa Pasa i Szlaku to oczywiście zupełnie inna sprawa. Kluczową kwestią, którą należy podkreślić, jest to, że do tej inicjatywy można się przyłączyć – lub nie. Wiele krajów odmówiło przyłączenia się do niej. Stany Zjednoczone nie dołączają, Australia nie dołącza, Japonia nie dołącza, Indie nie dołączają. Niektóre kraje postanowiły nie przystępować, ale spośród 193 krajów 130 przystąpiło dobrowolnie. Nie są do tego zmuszane. A robią to dlatego, że współpracując z Chinami, otrzymują na przykład – jak Indonezja – nowy szybki pociąg między Dżakartą a Bandungiem, albo – jak Uzbekistan – wspaniały tunel pod krajem. Zanim go zbudowano, przejazd przez cały kraj zajmował dziewięć dni ze względu na konieczność okrążania gór Kuramińskich. Chiny zbudowały tunel w 900 dni, i można nim przejechać w 900 sekund. To jest wybór, jakiego dokonują państwa. W rzeczywistości nawet Fareed Zakaria we wspomnianym felietonie pisał o tym, że Stany Zjednoczone wydały 1,7 biliona dolarów na budowę samolotu F-35, który jest wprawdzie fantastyczny, ale to strata pieniędzy – ponieważ w tym samym czasie Chiny wydały 1,7 biliona dolarów na Inicjatywę Pasa i Szlaku, do której można przyłączyć się za darmo. Jeśli Andrew Michta ma rację, to kraje europejskie nie powinny przystępować do Pasa i Szlaku. Nie są poddawane żadnej presji, aby się do niego przyłączyć.

Mike Pence twierdzi, że kraje europejskie powinny zdecydować, po której są stronie. A w swojej książce stwierdza pan, że w przyszłości Zachód będzie musiał podzielić się potęgą z Azją, głównie z Chinami, albo porzucić swoją dominację. Jak wyobraża pan sobie ten proces dzielenia się władzą? I czy naprawdę sądzi pan, że my – w Europie – nie powinniśmy się tego trochę obawiać? W rzeczywistości mamy do czynienia z zupełnie innym systemem. I z punktu widzenia naszego sposobu postrzegania świata jest on faktycznie represyjny, ponieważ większość z nas nie chciałaby żyć w warunkach takiej kontroli politycznej, jaka panuje w Chinach.

Jeśli chodzi o geopolitykę, większość państw stawia na pierwszym miejscu własne interesy narodowe, a nie wartości. W czasach zimnej wojny Chiny były o wiele bardziej represyjnym państwem pod rządami Mao Tse-Tunga, z rewolucją kulturalną i Wielkim Skokiem Naprzód. Ale w 1971 roku Stany Zjednoczone entuzjastycznie przyjęły Chiny do globalnych sieci, mimo że sytuacja w Chinach w zakresie praw człowieka była o wiele gorsza. Stany zrobiły to z jednego prostego powodu: w geopolityce zawsze na pierwszym miejscu stawia się interes narodowy. Nawet dzisiaj Stany Zjednoczone są sojusznikiem Arabii Saudyjskiej, mimo że nie jest ona demokracją. Dla dobra Europejczyków bardzo ważne jest, by nie byli naiwni w kwestii geopolityki. W geopolityce wartości i zasady są na drugim miejscu po interesach. Dużą część mojej książki poświęcam na wyjaśnienie, co jest największym wyzwaniem geopolitycznym, przed którym stoi dziś Europa.

Jeśli Europa chce chronić swoje interesy, powinna przede wszystkim wspierać rozwój w Afryce

Co to za wyzwanie?

W dawnych czasach największym lękiem Europy był lęk przed sowieckimi czołgami. Dziś największym wyzwaniem dla Starego Kontynentu nie są już czołgi ze Wschodu, ale eksplozja demograficzna w Afryce. Liczba ludności Afryki w 1950 r. była o połowę mniejsza niż ludność Europy, a dziś jest ponad dwukrotnie większa. Do 2100 r. liczba ludności Afryki będzie dziesięć razy większa od liczby ludności Europy. I gwarantuję, że jeśli w Afryce nie nastąpi rozwój, wielu Afrykańczyków będzie migrować do Europy. A kiedy tak się stanie, w Europie nastąpią reperkusje i bardzo wzmocnią się partie skrajnie prawicowe.

Dlatego jeśli Europa chce chronić swoje interesy, powinna przede wszystkim wspierać rozwój w Afryce. To jest wyzwanie strategiczne numer jeden. A najważniejszym inwestorem w Afryce nie są Stany Zjednoczone, a Chiny. Jeżeli więc chińskie inwestycje w Afryce – czy to w budowę portów, linii kolejowych, czy autostrad – będą owocować stworzeniem tam miejsc pracy, to jest to w istocie geopolityczny prezent dla Europy. Powiedziałbym więc, że jeśli chodzi o geopolitykę, Europejczycy powinni być tak sprytni jak wszystkie inne wielkie mocarstwa, i stawiać swoje interesy na pierwszym miejscu, aby chronić własnych obywateli.

>>>WESPRZYJ ZBIÓRKĘ NA POLSKIE WYDANIE “HAS CHINA WON?” (“CZY CHINY WYGRAŁY?”)<<<

Zdjęcie: https://www.zurich.com/en/about-us/corporate-governance/kishore-mahbubani

główny ekspert do spraw społecznych Nowej Konfederacji, socjolog, publicysta (m.in. "Więź", "Rzeczpospolita"), współwłaściciel Centrum Rozwoju Społeczno-Gospodarczego, współpracownik Centrum Wyzwań Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, Fundacji Pole Dialogu i Ośrodka Ewaluacji. Główne obszary jego zainteresowań to rozwój lokalny i regionalny, kultura, społeczeństwo obywatelskie i rynek pracy. Autor i współautor wielu publikacji, np. "Pomysłowość miejska. Studium trajektorii realizacji oddolnych inicjatyw mieszkańców Warszawy"(Fundacja Pole Dialogu 2017). Autor powieści biograficznej "G.K.Chesterton", eSPe 2013).
singapurski filozof, historyk i politolog. Obecnie wykłada na National University of Singapore, gdzie jest dziekanem Lee Kuan Yew School of Public Policy. Wcześniej przez wiele lat pracował w singapurskiej dyplomacji, m.in. jako ambasador w USA. Jest znanym specjalistą od spraw Azji – jego komentarze i artykuły ukazują się na łamach pism takich jak "The New York Times" i "The Wall Street Journal". Periodyk "Foreign Affairs" umieścił go na liście stu najbardziej wpływowych intelektualistów świata.

Komentarze

7 odpowiedzi na “Trzy błędne przekonania Zachodu na temat Chin”

  1. spaceavenger pisze:

    Niebezpieczne brednie. Chiny są DOKŁADNIE takie same jak ZSRR w kontekście “zagrożenia”, którego nie ma, które jest przeszacowane i wyprodukowane przez ich propagandę. To samo w kółko. USA tym razem nie dały się nabrać, ignorują “chińskie zagrożenie”, bo odrobiły swoją lekcję – Związek Radziecki mógł być pokonany znacznie szybciej, ale udało się mu nastraszyć znacznie potężniejszego przeciwnika – Zachód. Było to wykorzystywane przez całe dekady do osłabiania przeciwnika poprzez strategię proxy i podkopywanie globalnego zaufania do USA. Przykładowo kryzys kubański – jedna wielka propagandowa akcja, zorientowana na ośmieszenie przeciwnika i oczywiście wycofanie się na końcu, ale w chwale, bo znacznie słabsze ZSRR zostało publicznie uznane równe USA. To dlatego potencjalny konflikt zbrojny Chin z USA skończyłby się teraz na poziomie decyzji wydanych w Waszyngtonie na szczeblu zastępcy sekretarza stanu do spraw Dalekiego Wschodu. W ogóle zachwycanie sie Chinami na tym portalu to coś co mnie od niego odpycha, dajecie się nabierać i manipulować sobą tak jak pokolenie naszych rodziców i dziadków Sowietom.

  2. Kacper pisze:

    Trochę pusty wywiad, Mahbubani wydaje się bardziej wypowiadać jak polityk, omijając istotę pytania czy kierujące je na inne tory.

    Chyba też warto zauważyć, że bardzo mocno jest politycznie i ideologicznie zaangażowany jeżeli chodzi o kraj, z którego pochodzi – Singapur.
    Singapur też jest pod rządami jednej partii i też w wielu kwestiach jest krajem bardzo opresyjnym (np. ranking wolności prasy, 160 pozycja).

  3. Georealista pisze:

    Generalnie zdecyduje wyścig technologiczny sprzęgnięty z ekonomią. Czyli skok militarny RMA nowych systemów siecicoentrycznych precyzyjnej projekcji siły w każdej domenie – w czasie rzeczywistym. A ekonomia – to wdrożenie na skale masowa Przemysłu 4.0. będzie szybciej generował postęp technologiczny [i w ślad za nim – niezbędny postęp organizacyjny] – oraz kto szybciej będzie przetwarzał wyniki badań w demonstratory technologii, demonstratory w prototypy do masowej produkcji – ten wygra. Wojna może się rozegrać w ostatnim etapie – na poziomie niekinetycznym. Np. cyberataku czy skierowanych impulsów elektromagnetycznych – dla likwidacji cyberinfrastruktury przeciwnika – także cywilnej. Czyli wpędzenie przeciwnika w regres na długie pokolenia. Wojna kinetyczna też możliwa – szczególnie w sytuacji, gdy słabszy dojdzie do wniosku ‘nie mamy nic do stracenia – a wszystko do zyskania”. Możliwa tez wojna jądrowa – aczkolwiek “armageddon jądrowy” i wygubienie ludzkości wg doktryny MAD – nie jest już aktualnym scenariuszem. Bo – w przeciwieństwie do zimnej wojny – gdy rozrzut uderzenia względem celu na kilometry kompensowano megatonami – już teraz można wygrać wojnę jądrową precyzyjnymi uderzeniami “małej” mocy np. po 5 KT – używając precyzyjnych nosicieli “hit-to-kill”. Konkretnie: 10 tys głowic po 5 KT likwiduje aktywa strategiczne przeciwnika – przy zużyciu odpowiednika 50 MT – a więc mniej, niż jedna Car-Bomba 58 MT odpalona przez Chruszczowa. Moim zdaniem – każdy scenariusz jest na stole w Waszyngtonie i Pekinie. Włącznie z “pierwszym uderzeniem” z kosmosu – czy użyciem broni sejsmicznych w “czułych punktach” skorupy ziemskiej. niestety – to wszystko nie jest fantastyka – a jedynie przedmiotem analiz wg SWOT i kalkulacji koszt/efekt. W tym sensie optymizm Kishore Mahubhani jest nieuzasadniony. Obawiam się, że już okres przed decydującą konfrontacją przyniesie olbrzymie straty ekonomiczne światu, a w ślad za tym osłabieniem świata – wspomaganym przez uderzenia asymetryczne [np. ukierunkowane wg haplogrup pandemie] – nastąpi walka regionalna – oraz głód. Co znowu wywoła olbrzymie ruchy i w Afryce – i w pasie półksiężyca. Jeżeli ten okres chaosu [pułapki Kindlebergera] się przedłuży – dojdzie jeszcze wpływ nasilenia się katastrof naturalnych [klimatycznych]. Z katastrofalnymi suszami w jednych miejscach – i powodziami w drugich. Do Pana Jaremy Piekutowskiego mam pytanie: o JAKICH wartościach Zachodu mówimy? w kontekście “zagrożenia ze strony Chin” – czy tych wartości z czasów antycznej i potem chrześcijańskiej Europy? – które jeszcze przyświecały Schumanowi, gdy projektował Unię Europejską? – czy też obecne “wartości” forsowane totalitarna propaganda rzekomego “postępu” i w istocie pozbawiania człowieka wszelkiej tożsamości i wolnego myslenia – czyli ataku ideologii antykultury “LGBTQX-gender-postprawdy-relatywizmu-szkoły frankfurckiej” skrzyżowanej amerykańską “krytyczna teoria rasy”, która mnie osobiście przypomina “teorię” Stalina o “wzrastającej walce klasowej wraz z postępem wdrażania komunizmu”? Myślę, że odpowiedź na to pytanie jest zasadnicza. Jeżeli społeczeństwa i narody, którym drogie są “tradycyjne” wartości – wybiorą Chiny – to mogą się spodziewać podrzędności ekonomicznej – ale stałości społecznej i powolnego wzrostu stopy życiowej w ślad za Państwem Środka. Natomiast kontynuowanie obecnego wdrażania marksizmu w UE i USA – to nie tylko duchowa śmierć Zachodu. Elity i iich socmanipulatorzy już nam projektują Nowy Wspaniały Swiat pod hasłem Klausa Schwaba “W 2030 nie będziesz miał niczego – i będziesz szczęśliwy”. Ja w tym “raju” siebie nie widzę – ani mojej rodziny. Ze znajomych też nie znam ani jednej osoby, która by się do tego odgórnie szykowanego nam “postępu” paliła. A są to ludzie z różnych opcji – PiS, PO, Konfederacja, PSL, Hołownia, Lewica, itd… nawet od Biedronia…

  4. Georealista pisze:

    Przekaz Pana Kishore Mahbubani jest nader optymistyczny – skrojony dokładnie pod geopolityczne potrzeby Singapuru. Singapur to samo jądro dylematu Malakka – między młotem a kowadłem konfrontacji USA i Chin. Które idą o przepływy strategiczne. Decouplig, deglobalizacja, wojny celne, protekcjonizm, demontaż tak wrażliwych łańcuchów dostaw, postawienie na autonomizację gospodarek – to najgorszy koszmar Singapuru – który zwiędnie wtedy nawet bez wojny. Mówiąc słowami Hugh White – Singapur siedzi okrakiem na płocie w stanie chwiejnej równowagi – i boi się, że dziejowe zmiany go zmiażdżą. A w razie wojny – stanie się łupem silniejszego. Np. Indonezji – czy innych graczy. Singapur ma siły zbrojne skrojone w istocie na potrzeby czasu pokoju – niejako specjalne siły dozorowo-policyjne – zdolne do ograniczonej interwencji kryzysowej i zabezpieczające specyficzną pozycję i funkcjonowanie tego polis – ale tylko w globalnie sprzyjającym, otwartym, prohandlowym otoczeniu. I to najlepiej, gdy jeden hegemon oceanu narzuca ład konstruktywistyczny – także w strefie Rimlandu [gdzie Singapur ma “gniazdo” – i otoczenie] . A ten ład już jest przeszłością – z opcją negatywną – czyli z trendem na wzmaganie chaosu oraz konfrontacji siłowej. Nieunikniony staje się moment wyboru strony – można go odsuwać – ale im później nastąpi – tym pewnie gwałtowniejsze skutki przyniesie. Tu każda opcja jest zła – być może za wyjątkiem bardzo szybkiego i możliwie “zlokalizowanego” rozstrzygnięcia wielkiej gry o prymat globalny. Idealnie, gdyby USA bardzo szybko przegrały i się wycofały – a Chiny przejęły cały zglobalizowany system. Czyli jak w Davos 2017 – gdy Chiny deklaratywnie wskoczyły w buty dotychczasowego lidera globalizmu, czyli USA. Sęk w tym, że na taki scenariusz “szybkiego i bezbolesnego rozstrzygnięcia i wymiany lidera globalizacji i gwaranta ładu światowego – i utrzymania starego systemu” to USA zbyt wolno słabną, a Chiny zbyt wolno rosną.

  5. Marcin Żmuda pisze:

    PKB Sowietów stanowiło 40% USA, Chiny dziś dobijają do 70

  6. Nowa Konfederacja pisze:

    @Scavenger – przekonanie o naszym zachwycie jakimkolwiek państwem jest błędne. Przedstawiamy osoby o różnych poglądach. Zapraszamy do lektury wywiadów z Andrew Michtą:
    https://nowakonfederacja.pl/europa-powinna-stanac-po-stronie-usa-w-rywalizacji-z-chinami/
    https://nowakonfederacja.pl/wlaczenie-chin-do-zglobalizowanej-gospodarki-bylo-bledem/

    @Georealista odpowiedź od J. Piekutowskiego: “Szanowny Panie, co do wartości, niestety nie da się tego tak łatwo podzielić. Wartością współczesnego Zachodu są zarówno cnoty antyczne i chrześcijańskie, o których Pan mówi, powołując się na Schumana, jak i otwartość oraz liberalizm”

  7. Georealista pisze:

    Panie Piekutowski – to nie jest jeden worek wartości. Tu idzie już o prawdę – albo kłamstwo. UE w kształcie forsowanym przez Niemcy to tak naprawdę nowy totalitaryzm – bez otwartości i liberalizmu – za to z forsowaniem “jedynie słusznej racji”, jednego światopoglądu – całkowicie sprzecznego ze wszystkimi zasadami, które dały wzrost i pozycje Europy. Licząc także “hard power” – z technologią jako rdzeniem. Dokonuje się demontaż Zachodu – demontaż klasy średniej – demontaż realnego postępu decydującego o pozycji gracza. Patrząc szerzej – to typowa racjonalizacja procesów degeneracyjnych – dokładnie wg schematu eksperymentu Calhouna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz