Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Tryumfy ciemnych reakcjonistów

Książka Marca Lilli „The Shipwrecked Mind” nie ukazała się jesienią 2016 przypadkiem: to reakcja na wielki zwrot w postawach ludzi Zachodu, którego pierwszymi objawami były Brexit i zwycięstwo Trumpa

Książka Marca Lilli „The Shipwrecked Mind” nie ukazała się jesienią 2016 przypadkiem: to reakcja na wielki zwrot w postawach ludzi Zachodu, którego pierwszymi objawami były Brexit i zwycięstwo Trumpa

Najnowszy zbiór esejów Marca Lilli, pod niełatwym do przełożenia tytułem „The Shipwrecked Mind” (jako wersję roboczą przekładu zaryzykujmy mocno niedoskonałą „Mentalność rozbitków”), jest mniej jednorodny niż poprzednie dokonania tego autora. „The Reckless Mind” (2001, wyd. polskie jako „Beztroski umysł”, 2007) czy „The Stillborn God” (2007, wyd. polskie jako „Bezsilny Bóg”, 2009) od początku pisane były w formule traktatów. „Mentalność rozbitków” to scalony i przeredagowany zbiór kilkunastu publikowanych wcześniej szkiców.

Ba, ale jakich szkiców! Nieprawdopodobna sprawność autora w wiązaniu dziesiątków wątków kultury, budowaniu paralel i wywodów, prowadzących od sprzeczności protestantyzmu do kształtu alejek w hipermarketach Walmartu to zdolność, którą wśród współczesnych autorów anglosaskich, obecnych na polskim rynku historii idei, posiadł może jeden George Steiner. Tyle blasku, tyle salt w powietrzu, tyle świetnych nazwisk, od Franza Rosenzweiga po Houellebecqa – i wszystko to po to, by pokazać nam, jak we współczesnym świecie górę biorą, ku głębokiemu zaniepokojeniu autora, reakcjoniści.

Wielkie oskarżenie?

Naturalnie, upraszczam i obciosuję „The Shipwrecked Mind” w sposób tym bardziej karygodny, że książkę tę, o której wadze daje wyobrażenie już choćby liczba i temperatura poświęconych jej recenzji, czytać można na sposób prawdziwie szkatułkowy, przy czym najgłośniejsi krytycy, jak Daniel McCarthy z „Timesa” czy John Banville, który omówił pracę Lilli na łamach „Guardiana”, podsuwają niejako kolejny, niezamierzony zapewne przez autora do końca, poziom lektury. Praca wykładowcy Columbii, mimo pojawiających się w niej pamfletowych motywów, nie jest jednak „wielkim oskarżeniem europejskiej i amerykańskiej prawicy”. Odczytują ją natomiast w tym duchu wpływowi krytycy, z Samem Tanenhausem z „New Yorkera” na czele.

Leo Strauss miał może pięć minut za czasów oświeconych korwinistów – dziś głośniej o Carlu Schmitcie, którego wielu prawicowych intelektualistów ma za swego mentora

Co nie znaczy, że Lilla pisze beznamiętnie. Pierwszy klucz, w jakim możemy czytać jego książkę, to świetnie nakreślone portrety trzech myślicieli europejskich, których badacz uznaje za „ojców założycieli” współczesnego radykalnego konserwatyzmu amerykańskiego: to Franz Rosenzweig, Eric Voegelin i Leo Strauss.

Trzy nazwiska, trzy poziomy rozpoznawalności. Eric Voegelin zaczyna być szerzej rozpoznawalny dopiero za sprawą „Teologii Politycznej”, wydającej od dwóch lat jego „dzieła wybrane”. Leo Strauss miał może pięć minut za czasów oświeconych korwinistów – dziś głośniej o Carlu Schmitcie, którego wielu prawicowych intelektualistów ma za swego mentora. Pewne frazy Straussa weszły jednak do obiegu, i moim zdaniem niebawem nadejdzie dzień, w którym marka Red is Bad wypuści (i sprzeda z zyskiem) T-shirt z napisem „Immanentyzacja eschatonu” – co, jak wiemy, stanowiło chwytliwy opis stanu rzeczy filozofa z Chicago. Rosenzweig, ze swoim nieśmiałym uśmiechem, „Gwiazdą Zbawienia”, umieraniem na stwardnienie zanikowe, pozostał wdzięcznym bohaterem ezoterycznych seminariów.

Konserwatyzm pokazuje kły

Dlaczego Lilla zestawia ich ze sobą i łączy? Jego zdaniem ci trzej myśliciele (Rosenzweig i Strauss połączeni byli doświadczeniem „żydowskości” w weimarskich Niemczech, z kolei Voegelin i Strauss znali smak ucieczki przed nazistami do Stanów i względnego bodaj sukcesu w świecie akademickim) jako pierwsi w sposób tak radykalny stwierdzili, że w kulturze europejskiej ukryta jest skaza odpowiedzialna za „kryzys wieku”. I to nie w rozumieniu ennui, niepowodzeń ostatnich dekad: Rosenzweig i Voegelin, każdy na swój sposób i ze swoją wiernością, upatrywali jego przyczyny w „zakażeniu” myśli politycznej eschatologicznymi marzeniami o Zbawieniu i Królestwie Bożym. Ich zdaniem, niecierpliwi ludzie postanowili przybliżyć ten stan rzeczy, tworząc w oparciu o religię ideologie; Strauss winił raczej oświecenie i ducha utylitaryzmu.

Oczywiście, interpretacje przeszłości były obecne w myśli konserwatywnej już wcześniej – ale do czasu Voegelina i Straussa nie miały charakteru tak całościowego: Burke i Chateaubriand owszem, winili za rewolucyjną zapaść wyalienowane i skłonne do abstrakcyjnych syntez umysły „prawników, filozofów i domorosłych teologów” – ale nie pisali o skazie, obecnej już w zawiązkach cywilizacji. To uczniowie Voegelina (czy może raczej jego czytelnicy), skłonni byli miotać gromy przeciw dwóm rewolucjom: bolszewickiej oraz „tej, która dokonuje się za sprawą księgowości i przepisów odrolniających”. Nowoczesny konserwatyzm pokazuje zatem kły i za zgubne uważa regulowanie ludzkiego życia i aktywności za pomocą ideologii i przepisów, niezależnie od tego, czy są one wykuwane na Kremlu czy Kapitolu. To ważki zwrot: moment, gdy nurt myśli politycznej, który wyrósł ze sprzeciwu wobec dogmatyzmu i całościowych teorii, sam zaczyna tworzyć całościowe teorie.

W III RP do przyjęcia był elegancki i bezsilny konserwatyzm Aleksandra Halla, Tomasza Wołka czy Jarosława Gowina, którym wolno było nawet czasem na łamach „Gazety Świątecznej” napisać coś w obronie dawnego ładu – ot, pochwałę gry w preferansa, fularów lub dowcipny pamflet na raperów

Czy ten zwrot to sprzeniewierzenie się początkom, czy dowód osiągnięcia przez konserwatyzm dojrzałości? To pozostaje do dyskusji. Jednak Lilla i jego akolici z radością wytykają konserwatystom moment, gdy z eleganckich kontestatorów Rewolucji stają się jej przeciwnikami, gdy w miejsce „podszczypywania dokonujących się przemian” wzywają do walki z nimi. Warto to odnotować, bo nie wykluczam, że z podobnym zakreślaniem granic tego, co dozwolone, mieliśmy do czynienia w III RP. Do przyjęcia był wtedy elegancki i bezsilny konserwatyzm Aleksandra Halla, Tomasza Wołka czy Jarosława Gowina, którym wolno było nawet czasem na łamach „Gazety Świątecznej” napisać coś w obronie dawnego ładu – ot, pochwałę gry w preferansa, fularów lub dowcipny pamflet na raperów. Na prawo od nich byli już jednak – przynajmniej w oczach mainstreamu III RP – tylko chuligani.

Sąsiedzi Arendt

O Voegelinie i Rosenzweigu znalazłoby się kilka innych, może i lepszych książek. Największym atutem szkiców Lilla dla polskiego czytelnika jest, moim zdaniem, niesystematyczne, dokonywane mimochodem, ale i tak fascynujące ukazanie historii myśli konserwatywnej i inspirowanych przez nią inicjatyw politycznej w powojennej Ameryce.

To rzecz fascynująca dwojako. Na poziomie historii idei – bo zaryzykuję opinię, że ewolucja refleksji konserwatywnej w USA jest w Polsce niemal nieznana. Każdy ma swojego ulubionego autora zachowawczego – ktoś de Maistre’a, ktoś Russella Kirka, ktoś Roberta Nisbeta – i każdy cytuje mądrości mistrza z oryginału lub przekładu, rzadko tylko znając etapy, spory i „skoki ewolucyjne” tej refleksji. Paradoksalnie, w Polsce dobrze znane są dzieje Hannah Arendt i jej „szkoły” nowojorskich liberałów. Świetnie, ale przecież o kilka przecznic mieszkali jej oponenci… Lilla nie ogranicza się do opisu bladego życia akademickiego, następujących po sobie mistrzów i doktorantów. Zamiast tego kreśli, tak lekko, że jakby od niechcenia, obraz połączonych, przeplatających się „sieci” nauki, publicystyki, ideologii i polityki, w których krążą idee konserwatywne, stając się paliwem dla kolejnych kampanii. Taki opis byłby, wierzę, fascynujący również w przypadku Luksemburga: ale w Stanach, z ich rozmachem, zasobami i wielością istniejących środków czyta się to niczym historię wojen. W połowie lat 50. myśl Voegelina fascynuje redakcję pisma „National Review”: William F. Buckley, jego wydawca lubujący się w barokowym stylu, na serio sięga po frazę „immanentyzacja eschatonu”.

Jego redakcyjny kolega Frank Meyer sięgnie o krok dalej i „rozwodni” naczelną tezę Voegelina twierdzącego, że zło tego świata wzięło się z pragnienia opanowania i redystrybuowania wszystkich jego dóbr. W roku 1962, podczas zlotu konserwatywnej młodzieży („The Conservative Rally for World Liberation”) w Madison Square Garden, ghostwriter Barry’ego Goldwatera, L. Brent Bozell, po raz pierwszy przedstawia na forum – innym niż akademickie – poglądy Voegelina. Krytykuje z jednakową niemal siłą „gnostycyzm liberalnego Kennedy’ego” i komunizm Chruszczowa, by upomnieć się o alternatywę – „prawdziwie chrześcijańską” cywilizację. Czy to jeszcze popularyzowanie doktryny, czy jej zawłaszczenie i prymitywizacja?

Idee mają konsekwencje

Podobnych powiązań jest więcej, a Lilla ukazuje je, tłumacząc nam niejako mimochodem, jak daleko idące konsekwencje mają te idee. Na seminaria Leo Straussa uczęszczał młody William Kristol (syn Irvina), w niedalekiej przyszłości jeden z głównych architektów polityki personalnej Republikanów. Obecny był na nich również Allan Bloom, w przyszłości autor słynnego „Umysłu zamkniętego”, krytykującego system panujący na wyższych uczelniach – a kolegą Blooma z roku i z seminarium był zastępca sekretarza obrony Paul Wolfowitz – „szary kardynał”, stojący za amerykańską interwencją w Iraku. Mało państwu parantel? Losy drugiego pokolenia „straussistów” są równie fascynujące i jeszcze bliższe współczesności. Zapoczątkował je Harry Jaffa, słuchacz Straussa w nowojorskiej New School for Social Research, który już swoją pierwszą pracą – „Crisis of the House Divided” – zapoczątkował zupełnie nowe podejście do sporów Lincolna z jego współczesnymi o naturę Konstytucji USA.

Główna teza Lilli brzmi bowiem: czasy współczesne to triumf nie tyle „grzecznych neokonserwatystów”, co reakcjonistów właśnie – systematycznie i bez daru różnicowania odrzucających współczesność i jej dokonania

Kilka lat później Jaffa objął katedrę w kalifornijskim Claremont McKenna College – i tam bierze swój początek „zachodnia szkoła straussistów”. Jej członkowie i wyznawcy, określani przez przeciwników zjadliwą frazą „Claremonsters”, zajęli się w kolejnych latach fundamentalną krytyką Woodrowa Wilsona (jako „konstrukcjonisty”), położyli fundament pod nurt „konstytucyjnego konserwatyzmu”, wspierali intelektualnie konserwatywnego sędziego Sądu Najwyższego Clarence’a Thomasa, Biały Dom za Busha juniora, założycieli Tea Party – a kilka miesięcy temu zaistnieli na arenie publicznej, jako najpoważniejsze bodaj środowisko popierające Donalda Trumpa w ramach ruchu „Scholars and Writers for America”.

Mentalność reakcyjna

Wspominając to, dochodzimy do trzeciego poziomu rozważań Lilli i jego pierwszych czytelników. „Umysł rozbitków” nie ukazał się bowiem jesienią 2016 przypadkiem: stanowi, nomen omen, reakcję na wielki zwrot w postawach ludzi Zachodu, którego pierwszymi objawami okazały się Brexit i zwycięstwo Trumpa, kolejnych zaś możemy się zasadnie spodziewać w nadchodzących europejskich wyborach i rewoltach.

Główna teza Lilli – w żadnym razie nie optymistyczna, owszem, oskarżycielska i defetystyczna zarazem – brzmi bowiem: czasy współczesne to triumf nie tyle „grzecznych neokonserwatystów”, co reakcjonistów właśnie – systematycznie i bez daru różnicowania odrzucających współczesność i jej dokonania. Wykładowca Columbii tłumaczy ten triumf na szereg sposobów. W kilku miejscach odwołuje się do ustaleń neurobiologów, triumfalnie ogłaszających w ostatnich latach, że różnice między „mentalnością” konserwatywną a lewicowo-liberalną biorą swój początek w innych schematach poznawczych i operacyjnych, wykształconych jeszcze w niemowlęctwie i mocno zdeterminowanych genetycznie. Nie koncentrując się jednak na tym, obcym mu, poziomie rozważań, konstatuje istnienie „mentalności reakcyjnej”. Jak ujmuje to w świetnej literacko frazie, „podczas gdy inni patrzą na rzekę czasu jako na coś, co płynęło i będzie płynąć, bo taka jest natura rzeczy, reakcjonista, patrząc na nią, widzi szczątki Raju, niesione przez mętne wody po potopie”.

Niewykluczone, że każdy ma swój Złoty Wiek – jak mógłbym w tym momencie nie przytoczyć skrzydlatej frazy „Bo chodzi o to, żeby było tak, jak było” Agnieszki Holland, niezmordowanej egerii KOD – i skazani jesteśmy na spory między nostalgiami

Nie jest to opis życzliwy – Lilla, zestawiając w ostatnich rozdziałach swojej książki entuzjastów Brexitu, Trumpa, Putina, Voegelina, Houellebecqa i ISIS (a wolno przypuszczać, że zwolennicy Kaczyńskiego i Orbana nie znaleźli się w tej wyliczance tylko dlatego, że są rozpaczliwie prowincjonalni) ukazuje reakcjonistów jako zdominowanych przez nostalgię, która nie pozwala im ani rozpoznać świata, ani się z nim zmierzyć. Tęsknią za Złotym Wiekiem, za czasem sprzed rozpadu – nawet, jeśli putinista sytuuje Eden w czasach późnego Breżniewa, a voegelinista – późnego hellenizmu.

Nostalgia jako broń

Czy tak szeroki wspólny mianownik ma jeszcze sens? To rzecz do dyskusji. Warto jednak odnotować próby takiego opisu świata. Po pierwsze dlatego, że z pewnością nie zabraknie polskich komentatorów, którzy ochoczo zredefiniują elektorat PiS-u jako „reakcyjnych nostalgików”, z rozkoszą odnajdując silniejsze niż dotąd podobieństwo między nimi a wyborcami Trumpa. Po drugie zaś – ponieważ niewykluczone, że rzeczywiście wszyscy jesteśmy reakcjonistami w jeszcze szerszym sensie, niż chciałby Lilla. Możliwe, że każdy ma swój Złoty Wiek – jak mógłbym w tym momencie nie przytoczyć skrzydlatej frazy „Bo chodzi o to, żeby było tak, jak było” Agnieszki Holland, niezmordowanej egerii KOD – i skazani jesteśmy na spory między nostalgiami.

Być może dzieje się tak dlatego, że świat, w jakim znajdujemy się obecnie oraz ten, w jaki ewoluuje on na naszych oczach, staje się coraz mniej zachęcający i możliwy choćby do opisania, by nie wspominać już o możliwości jego przekształcenia. Konserwatyzm Burke’a i Metternicha rodził się z przerażenia przemianą świata. Wówczas na pozór dokonywała się ona tylko w Paryżu i w Manchesterze, chociaż najbardziej przewidujący czuli już, że siekiera przyłożona jest do pnia. Jak pisze jednak sam Lilla, „życie we współczesnym świecie, podlegającym bezustannym przemianom społecznym i technologicznym, sprawia, że wszystkim nam dane jest doświadczenie permanentnej rewolucji”. A skoro tak, nostalgia, dawniej uważana za unik lub ucieczkę, okazuje się, w obliczu transhumanizmów, narodzin sztucznej inteligencji i nowych dyktatur, wyborem jak najbardziej usprawiedliwionym. Co nie znaczy, niestety, że skutecznym.

Mark Lilla, „The Shipwrecked Mind: On Political Reaction”, New York Review Books, 2016.

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Lubi sielanki.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz