Towarzysz Syme doskonali Worda

Mechanizm, który uniemożliwi napisanie słowa, jakie mogło nam przyjść do głowy, który literalnie wykreśli je ze słownika – to coś więcej niż Wielki Brat

Wiadomo, redaktorzy miewają swoje poglądy, co bardziej zgorzkniali czytelnicy ich dorobku skłonni byliby nawet uznać, że nie mają nic więcej, i że all news are views. Co chwila spotykamy się z oświetlaniem tych samych zjawisk w radykalnie różny sposób przez różne stacje telewizyjne, konkurujące tygodniki i portale dostrzegają zupełnie inne fragmenty rzeczywistości. Nie jest to zresztą nic nowego: jednym z lepszych figlów Tuwima w Dwudziestoleciu było zaprezentowanie prostego incydentu komunikacyjnego („Szofer Hilary Pęcikowski skazany został na zapłacenie 10 zł kary za nadmiernie szybką jazdę, podczas której ledwo nie przejechał człowieka niewiadomego nazwiska”) w oświetleniu, jak to ujął,  pięciu pism warszawskich.

Oberredaktorzy, przykrawający rzeczywistość do swojej wizji świata, niczym mało pojętne dziecko, wciskające walcowaty klocek w kwadratową dziurkę, to jedno. Cenzura, która wyrzuca z publicznego obiegu nazwiska, daty i pojęcia, względnie zamyka je w drut kolczasty ironicznego cudzysłowu, to drugie

I działo się (pod piórem Tuwima): tam, gdzie zdaniem „Robotnika”, można było dostrzec „metody walki rozjuszonej endecji i jej popleczników. Najemnik krwawego kapitalisty, chadek Hilary Pęcikowski od dawna czyhał na towarzysza naszego, niewiadomego nazwiska, który podążał na wiec w sprawie tajnego, równego, ośmiogodzinnego tygodnia roboczego…” – „Gazeta Poranna 2 Grosze” widziała, jak zatytułowano fikcyjną notkę, „bezczelność żydowską”: „Jakiś rudy pejsaty Żyd rzucił się nagle z okrzykiem «Niech żyją Sowiety» pod przejeżdżający samochód, plugawiąc jednocześnie świętości narodowe. Uczynił on to niewątpliwie w tym celu, aby wyjechać do Ameryki i pokazywać na odczytach rany, otrzymane jakoby podczas pogromu w Polsce. Ale domyślny szofer, Hilary Pęcikowski, w jednej chwili zorientował się, jakie ukryte cele ma chytry Żyd, zatrzymał auto i w ten sposób przyczynił się do uratowania naszej opinii za granicą”.

Dziś można by się domyślić podobnych notek prasowych. W jednej z nich szofer Hilary Pęcikowski masakrowałby 82-letniego weterana Pen Clubu i Poznania ’56, wracającego z pikiety KOD pod Sejmem, drugiej nie trzeba by nawet specjalnie przerabiać – szło by, jak zwykle, o zniesławienie Polski. W obu przypadkach rolę ofiary mógłby obsadzić słynny kaskader Wojciech Diduszko.

Wygląda jednak na to, że nie trzeba będzie go niepokoić. Wobec zgiełku, w jakim żyje świat, niemal bez echa przeszła wiadomość z połowy maja, w której koncern Microsoft zapowiada wprowadzenie w nowej wersji najpopularniejszego na świecie edytora tekstów, czyli Worda, narzędzi edycyjnych, które sugerowałyby sformułowania „bardziej inkluzywne”.

Z terminem „inclusive” jest zresztą kłopot: pokolenia gimnazjalistów poznawały je wyłącznie ucząc się o muchach czy mrówkach zakrzepłych w bursztynie, szczęściarze, którzy załapali się na polski bieda-boom tłumaczyli na wyjazdach wakacyjnych „all inclusive” jako „żarcie à discrétion”. Współcześnie w ogóle nie wiadomo, co myśleć, skoro „inclusive Europe” tłumaczone bywa jako „Europa oparta i otwarta na integrację”, „inclusive education” jako „edukacja integracyjna”, zaś „inclusive negotiations” jako „negocjacje globalne”. Na szczęście Jon Roach, pracownik działu PR koncernu Microsoft, który poinformował świat o przyszłych udogodnieniach, zdawał sobie sprawę z tej wieloznaczności i jako przykład inkluzywnej poprawki Worda podał zamianę terminu „policeman” na „police officer”. I to pozwala nam zrozumieć kierunek działania nowego narzędzia edycyjnego, wobec którego rzeczywiście jesteśmy trochę jak mucha w bursztynie.

Oczywiście, zmiany początkowo ograniczone będą jedynie do najnowszej wersji Worda Online – i, rzecz jasna, tylko w wersji angielskiej. Naturalnie koncern podkreśla, że służyć mają jedynie uczynieniu języka bardziej elastycznym i przyjaznym dla wszystkich użytkowników. Rzecz jasna, nowe narzędzie, działające w oparciu o AI i techniki uczenia maszynowego, początkowo jedynie sugerować będzie możliwe zmiany – w takim trybie, w jakim obecnie podkreśla nam na czerwono oczywiste błędy ortograficzne, „wyrażenia, które mogą zostać uznane za kolokwialne” czy jakiekolwiek archaizmy, do których jesteśmy prywatnie przywiązani (już dawno przyzwyczaiłem się, że jeśli chcę, by w jakimś tekście pojawiło się słowo „tryumf”, a nie „triumf” – wolę wersję, która kojarzy mi się z kolędą z kancjonału benedyktynek z XVIII w. niż marką kostiumów kąpielowych – muszę dodzwonić się do działu korekty i zanosić w tej sprawie korną suplikę). No i wreszcie, jeśli nam się nie podoba polityczna poprawność zarządzana przez kalifornijską sztuczną inteligencję, zawsze przecież możemy zrezygnować z Worda!

Wszystko to prawda. A jednak, stroniąc na co dzień od retoryki apokaliptycznej, sięgnąłem po powieść, której siedemdziesięciolecie wydania właśnie obchodzimy, i odszukałem tam fragment monologu towarzysza Syme’a, wygłoszonego z ogniem nad grudą szaroróżowego gulaszu i szklanką dżinu:

„Czy nie rozumiesz” – perswaduje on swojemu rozmówcy – „że nadrzędnym celem nowomowy jest zawężenie zakresu myślenia? W końcu doprowadzimy do tego, że myślozbrodnia stanie się fizycznie niemożliwa, gdyż zabraknie słów, żeby ją popełnić. Każde pojęcie da się wyrazić wyłącznie przez jedno słowo o ściśle określonym znaczeniu, natomiast wszystkie znaczenia uboczne zostaną wymazane i zapomniane. W jedenastym wydaniu jesteśmy już bardzo blisko tego celu. Lecz proces ten będzie postępował długo po naszej śmierci. Z roku na rok będzie coraz mniej słów i coraz węższy zakres świadomości. Nawet teraz, oczywiście, nie ma żadnych podstaw ani usprawiedliwień dla myślozbrodni. To jedynie kwestia samodyscypliny, regulacji faktów. Ale w końcu technika ta stanie się zbędna. Rewolucja zwycięży ostatecznie, gdy język osiągnie doskonałość”.

Tak, sięgnięcie po powyższy fragment „Roku 1984” (w którym, nota bene, słowo „myślozbrodnia” zostało demaskująco podkreślone) nie wydaje mi się przesadzone. Bowiem, by sięgnąć po dwa cytaty znoszone od ciągłego przywoływania, ale nadal zachowujące swój sens, jak królewski płaszcz koronacyjny, roniący kępki gronostajowego włosia, lecz wciąż dostojny: „granice mojego języka oznaczają granice mojego świata”, i jeszcze: „Co jest niewymówione, zmierza do nieistnienia”.

Co, na dobrą sprawę, miałoby powstrzymać projektantów, marketerów i ideologów przez rozwojem wydarzeń w zarysowanym powyżej kierunku, skoro raz uznali, że człowiekowi nie zaszkodzi delikatne popychanie języczka wagi, czubka pióra?

Niewiele więcej da się powiedzieć. Oberredaktorzy, przykrawający rzeczywistość do swojej wizji świata, niczym mało pojętne dziecko, wciskające walcowaty klocek w kwadratową dziurkę, to jedno. Cenzura, która wyrzuca z publicznego obiegu nazwiska, daty i pojęcia, względnie zamyka je w drut kolczasty ironicznego cudzysłowu, to drugie. Ale mechanizm, który uniemożliwi nam napisanie słowa, jakie mogło nam przyjść do głowy, który literalnie wykreśli je ze słownika – to coś więcej niż Wielki Brat, który pozwalał Winstonowi Smithowi (do czasu) na pisanie piórem w „czystym grubym zeszycie o marmurkowej okładce i czerwonym grzbiecie”.

Oczywiście, pisać piórem w zeszycie wolno będzie pewnie i nadal. Wobec jednak procesów cyfryzacji i standaryzacji nie jest przesadnym wyobrażenie sytuacji, w którym portale, redakcje i sieci społecznościowe przyjmować będą jedynie pliki tekstowe sformatowane w zgodzie z określonym standardem. Dlaczego nie miałby to być standard Worda Online v. 2.1? I gdzie wówczas podzieją się wasze marmurki, pióra i oboczności gramatyczne?

Pewnie tam, gdzie ich użytkownicy: do rezerwatów. „Ci którzy przegrali tańczą z dzwonkami u nóg”. Bo co, na dobrą sprawę, miałoby powstrzymać projektantów, marketerów i ideologów przez rozwojem wydarzeń w zarysowanym powyżej kierunku, skoro raz uznali, że człowiekowi nie zaszkodzi delikatne popychanie języczka wagi, czubka pióra? Przy czym, dodajmy, to popychanie może dokonywać się w różnym kierunku. Biorąc pod uwagę dzisiejszy rozkład wpływów, sympatii i histerii w świecie, oczywiście, najbardziej prawdopodobne wydaje się wygładzanie języka w kierunku poprawności politycznej – i Słowu nie pomoże wówczas nawet fakt, że po polsku ma ono rodzaj nijaki, czyli gender non-prescribed. Co jednak, jeśli kontrolę nad zarządzającą Wordem Online AI przejęliby ikonoklaści, islamiści albo incele? To samo: cisza.

Jadziem stąd, panie Pęcikowski.

 

Dr historii, o XX-wiecznych Bałkanach, Polsce i emigracji rosyjskiej pisuje od „Aspen Review” po „Teologię Polityczną”. Do stycznia 2017 r. redaktor magazynu „Plus Minus”. Lubi sielanki.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Towarzysz Syme doskonali Worda”

  1. raj pisze:

    Chcecie używać oprogramowania wielkich korporacji, to macie. LibreOffice na pewno nie będzie miał takiego mechanizmu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz